Dziecko w kąpieli

Poczta milczy, na przeglądanie nowych postępowań nie mam za bardzo czasu, czas więc na post z aktualności. Zacznijmy od wolności słowa, o sporze wobec której przypomina nam prof. Śliwerski. Jedna Pani chciała coś powiedzieć, uniwersytet jednak nie chciał, minister upomniał uniwersytety, one odpowiedziały. Ja stoję po stronie uniwersytetów.

 

Bo ja, po pierwsze, chciałbym, żeby min. Gowin z równą żarliwością wypowiadał się na temat nauczania ‚dżynderu’ (oraz tworzenia list pracowników go nauczająych) i wynurzeń na temat bruzdy in vitro, co na tematy jemu bliższe. Po drugie, żeby nastąpił dialog, Panie Ministrze, obie strony muszą mieć do powiedzenia coś, z czym da się dyskutować. Kampania ideologiczna, bez względu na to, czy się z nią zgadzamy czy nie, nie jest platformą do dialogu naukowego, ani do ścierania się czegokolwiek. Podobnie nie warto dyskutować z tezami, że księżyc jest zrobiony z sera, a ludzie o lewicowych poglądach mają kłopoty z niepłodnością. Odmowa udziału w takich dyskusjach nie ma nic wspólnego z wolnością słowa, tylko z szacunkiem wobec tego, co robimy. Prowadząc takie dyskusje, obrażamy intelektualnych gigantów, dzięki którym tu jesteśmy.

 

Druga rzecz, to wczorajsza dyskusja na temat angielskiego – dawno nie było tak gorącej i spolaryzowanej dyskusji tutaj, a na dodatek podważającej oczywistość świata, który znam. Oczywiste jest dla mnie, a może już tylko było, że warto się uczyć języka angielskiego i im więcej osób mówi po angielsku, tym lepiej. A tu przychodzą lingwiści i mowią: hola, nie tak szybko; tu linka do wpisu prof. Galasińskiego, który na gorąco skomentował wczorajszą dyskusję (pingi nie działają!). Ja z kolei, pomimo tego, że zazdroszczę umiejętności wymiany uprzejmości w języku joruba (z pewnym zażenowaniem przyznaję, że nie miałem o nim zielonego pojęcia), ja staję po stronie @charioteer. Świat idzie do przodu, brak języka angielskiego może prowadzić do wykluczenia cywilizacyjnego.

 

Innym jednak problemem jest nauczanie naszych studentów w języku angielskim. Tak, mówię swobodnie po angielsku, prowadziłem już takie zajęcia. Jednak znaczna część moich kolegów i koleżanek (być może większość) nie sprosta takiemu zadaniu, pomimo tego, że po angielsku publikują. I ja chcę zwrócić uwagę nie na samą konieczność zajęć w języku obcym (są wady, są zalety), ale na to, że z dnia na dzień wprowadzamy nowe kryterium zawodowe dla pracwoników naukowych. Be dyskusji, bez wsparcia, bez powszechnego dokształcania językowego. Warto też zwrócić uwagę na różnice pokoleniowe, o których pisał @StaryZgred. Zajęcia po angielsku będą prowadzone prawie wyłącznie przez młodszych pracowników naukowych. Wykluczamy tych, którzy przynajmniej powinni mieć najwięcej do powiedzenia (nie zawsze mają, ale często jednak tak), którzy mogą się podzielić ze studentami nie tylko wiedzą, ale rownież doświadczeniem.

 

Gdy to pisałem, pomyślałem sobie, że do tej pory nauka broniła się przed kultem młodości – ciało bez celulitu i zmarszczek nie było jeszcze wyznacznikiem jakości pracownika. Paradoksalnie to właśnie konserwatywny min. Gowin właśnie nam zadekretował wymóg, za przeproszeniem, młodego akademickiego tyłka.

 

Dziecka w kąpieli już dawno nie ma, a my niedługo zaczniemy udawać, że go nigdy nie było!