Męskie idiotki?

Postanowiłem zabrać głos w sprawie, która w dość zaskakujący sposób stała się przez chwilę ważna w naszym pięknym kraju. Otóż co rusz pojawiają się na moim Twitterze zajadłe dyskusje na temat form żeńskich nazw zawodów. Parę dni temu pojawił się następujący tweet:

Tweet jak tweet, jednak dyskusja pod nim taka, jakby życie dyskutujących, narodu, a może i nawet świata zależało od tego, czy zgodzimy się z tezą p. Matysiak, czy nie. Sprawa stała się tak ważna, że zabrał głos niejaki Rafał Ziemkiewicz, który zatweetował:

Nieznana mi bliżej gazeta „Najwyższy czas” podsumowała ten tweet jako zmasakrowanie lewaczki.

Zanim powiem, co myślę ( a dużo nie myślę) przypomnę głos dyżurnego lingwisty, prof. Galasińskiego, który napisał już jakiś czas temu na ten temat, tytułując wpis „Inferior researchers”. Lingwista pisze i o tym, że formy żeńskie są nielubiane przez Polaków, a i o tym, że Rada Języka Polskiego stwierdziła, że będzie więcej homonimów (to jest ten ultraskomplikowany problem p. Ziemkiewicza, który, jak sądzę, powinien zacząć się przeciwstawiać takim słowom jak  ‚zamek’, ‚golf’, nie mówiąc o ‚granacie’). Nawet pisze o tym, że niektóre formy brzmią źle, ‚profesorka’ kojarzy mu się z profesorkiem, na przykład. Osobiście mi się nie podobają te pseudo-zdrobnienia i dlatego sam nie używam np. słowa ‚profesorka’.

Niestety, Galasiński nie oferuje rozwiązania, choć jego wpis wyraźnie sugeruje, że odrzuca argumenty przeciwko żeńskim formom; mam też wrażenie, że mówi, że nie warto się kopać z koniem Ziemkiewicza, który po prostu nie rozumie. Są znacznie ważniejsze sprawy na świecie niż to czy pani minister będzie minstrą (mi się zresztą żeńskie „ministra” bardzo podoba). Z czasem i tak jakoś się ułoży.

To teraz ja, nieznający się. Otóż nie rozumiem, dlaczego kogoś, kto chce być filolożką czy profesorką, tak nie nazywać? Jeśli komuś na tym zależy, czy rzeczywiście świat się zawali, jeśli zrobimy ukłon wobec p. Matysiak, której wyraźnie na tym zależy? Moim zdaniem, nie. Odwróciłbym też argument. Skoro nie ma sensu nazywać kobiet profesorkami, zacznijmy nazywać mężczyzn nauczycielkami (wszak to nauczycielki są normą w polskiej edukacji). A może nawet męskich idiotów idiotkami. Coś mi się wydaje, że to się naszym milusińskim panom nie spodoba. A jeśli nauczyciele nie chcą być nauczycielkami, dlaczego narzucamy innym sytuację odwrotną. Pewnego masakrującego redaktora zacząłbym też nazywać redaktorką.