Habilitacja czy doktorat?

Jakiś czas temu pisałem o habilitantach w naukach o zdrowiu. Zakończyło się drugie postępowanie, kolejne już, które spowodowało u mnie rozdziawioną buzię. I tak to czytam recenzje, w której recenzent uznaje, że sumaryczny IF w wysokości niewiele wyższej niż 1 (przy czterech cytowaniach) jest problemem. I pisze recenzję negatywną. Co więcej, recenzent ów dodaje, że osiągnięcia naukowe habilitantki

 

‚nie przewyższają znacząco wymagań stawianych w przewodzie doktorskim.’

 

I tu już przeżywam szok. Nie spotkałem się jeszcze z tak sformułowaną krytyka dorobku habilitanta. Recenzent przecież mówi, że habilitantka ma dorobek doktoranta!! I co? Ano nic. Pozostali dwaj recenzenci są zachwyceni. Choć jeden z recenzentów chyba czuł pismo nosem i  był tak miły, że sam sprawdził, czy czasem sie habilitantce nie zwiększyło. I okazało się, że sie zwiększyło. Ba, podwoiło się! Jeszcze jedną jedynkę habilitantka załapała.

 

 I mam dwa komentarze. Po pierwsze, po raz kolejny mamy recenzje przeciwstawne. Ich nie da się złożyć w spójną całość oceny dorobku habilitantki. Po drugie, nie rozumiem tego, dlaczego recenzent wychodzi poza dokumentację złożoną przez habilitanta. Nie wiem, jaki jest status prawny tego, co zrobił recenzent, jednak nie podoba mi się to. Tak, tym razem recenzent zrobił to na korzyść habilitantki, ale jeśli dokumentacja nie musi stanowić podstawy postępowania, to wszystko wolno.