Habilitacyjny tenis

Czytam wymiany habilitacyjne na forum i mi się nie chce brać w nich udziału. Nie rozumiem idei ‚zdążania’ z habilitacją, nie rozumiem kalkulacji, czy starczy, czy nie starczy. Chciałem zawsze mieć jak najlepszy dorobek. Taki, żeby nie trzeba było się martwić o układy (nie mam żadnych, nie mam pleców, nie wiem, czy mam wrogów), recenzentów, przychylności. Chciałem, żeby sprawy były dla recenzentów oczywiste. Czy to się udało, jeszcze nie wiem oczywiście, ale taki był plan (sądząc po innych autoreferatach w dyscyplinie, nie powinno byc źle).

 

Habilitacja zawsze była dla mnie oczywistością, ale tylko w tym sensie, że wiadomo było, że ona jest do zrobienia. Mnie zawsze kręciły i nadal kręcą badania, ‚tworzenie wiedzy’, nawet tej najmniej ważnej i malutkiej, ale zawsze chciałem móc powiedzieć coś nowego. Czasem się udało, czasem nie, jednak o to zawsze mi chodziło i chodzi dalej. Szło o to, by być dobrym uczonym, a nie trafić w linię na habilitacyjnym korcie!

 

Mam nadzieję, że nie będę musiał (i chciał) zmienić zdania.