Jak Chuck Norris

Jestem w dużym napięciu. Kompletnie nieprzespana noc. Mam poczucie idiotyzmu mojego ‚uczenia się’. To błądzenie po omacku. Czytam rzeczy, o których wiem, niczego się nie dowiaduję, poza jakimiś szczegółami, które uważam za nieistotne (co nie znaczy, ze pytający nie uznają ich za kluczowe). Mam tego serdecznie dość. Nawet strony CK są wyłączone i nie mogę oddać się rozrywce czytania dokumentacji postępowań. To czekanie mnie wykańcza.

 

Myślę nieustannie o strategii. Również myślę, że ci, którzy mieli wyrobić sobie zdanie, wyrobili je sobie już. Szanse, że kogoś przekonam, są minimalne. Nikt nie rzuci się mi do kolan rwąc włosy z głowy i innych części ciała, błagając o wybaczenie za to, że zbłądził. Podwórkowy ma bez wątpienia rację. Powiedziałbym nawet, że wątpię, by pozytywni recezenci nagle się wycofali z powodu tego, że nie odpowiem na jakieś pytanie. Co zatem chcę osiągnąć strategią? Chyba tylko dobre wrażenie. Właściwie należy sobie tyko zadać pytanie, na czym ma polegać to dobre wrażenie. Pewności siebie? Obyciu? Wygadaniu? Swobodzie wypowiedzi? Czy może jednak szacunku dla srebrem przyprószonych skroni….

 

To, że nikogo nie przekonam, dotyczy również rady wydziału. Ci, co postanowili zagłosować na nie, zagłosują na nie, nawet gdy okaże się, że potrafię lewitować z obciążeniem, moje łzy leczą raka, a w moja obecność powoduje wzrost połowów śledzia w Bałtyku. W dużym stopniu myślę, że wszystko się sprowadzi do tych w radzie wydziału, którym obojętnie. Są poza dyscypliną, poza specjalnością. Latają im i powiewają kłótnie na temat mojego dorobku i jego pasowania i wpasowania. Mam nadzieję, że rozumieją, że wstrzymanie się od głosu jest głosem przeciw i właściwie na tyle im obojętnie, że zagłosują na tak. Żeby było miło.