Jaka habilitacja? cd.

Oto ciąg dalszy mych ‚tez habilitacyjnych’.

 

5. Uważam, co więcej, że habilitanci powinni być oceniani na tym samym poziomie, co ich odpowiednicy za granicą. A zatem habilitant powinien mieć dorobek podobny do amerykańskiego Associate Professora czy brytyjskiego Readera. Zdaję sobie sprawę, że w obu krajach występują znaczne różnice w dorobku osób ubiegających się o te stanowiska. Z jednej strony dlatego, że różne uniwersytety różnie oceniają dorobek, z drugiej dlatego, że uwzględniają różnie elementy dorobku. Jednak sądzę, że można wypośrodkować taki dorobek.

 

6. Uważam również, że poważnie należy traktować dorobek recenzentów. Powinni to być naukowcy:

a. aktywni badawczo, a zatem badacze wpsiujący się w obszar wiedzy, w którym recenzują;

b. z dorobkiem przynajmniej ponadprzeciętnym, a docelowo z dorobkiem uznanym międzynarodowo  – słabi naukowo recenzenci podważają i, potencjalnie, niszczą procedurę.

Nierealistyczne jest oczekiwanie, że w każdym przewodzie habilitacyjnym znajdzie się recenzent międzynarodowy (tak powinno by w wypadku profesur!). Jednak całowicie realistyczne jest oczekiwanie, że recenzentami będą recenzenci uznani międzynarodowo. Można to weryfikować np. za pomocą publikacji czy ilości cytowań. Widzę oczywiście problem z dyscyplinami takimi jak historia, jednak może są jednak historycy, którzy zaznali świata poza województwem, w którym mieszkają i pracują. Zawsze też można wprowadzić, proszę wybaczyć złośliwość dodatkowy stopień – dr hab hum. Będzie wiadomo, o co chodzi.

 

Na razie nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Ale myślę dalej.