Jeden z pięciu na dwadzieścia

Czytam dyskusję na temat wyższości artykułów nad książkami, a może odwrotnie i przypominam sobie propozycję, żeby ograniczyć liczbę wszystkich publikacji jednej osoby do, powiedzmy, 20 (niestety, nie potrafię znaleźć źródła, z którego się o tym dowiedziałem). Każdy świeżo upieczony doktor dostawałbym 20 oczek na całość kariery. Po opublikowaniu 20. publikacji delikwent nie mógłby dalej publikować. Koniec.

 

Propozycja, rzecz jasna, nie do końca poważna, ale warta uwagi. A to dlatego, że zamiast rozważać, czy warto publikować książkę czy artykuł, ja bym wolał się zastanawiać, czy w ogóle warto opublikować tę książkę czy artykuł.

 

Jakiś czas temu natknąłem się również na stronę Slow science, pochwałę namysłu w nauce. Bardzo podobałoby mi się, gdybym, na przykład, mógł mieć jeden rok na każde pięć (może siedem, nie wiem), w którym mógłbym tylko myśleć. Nie musiałbym pisać wniosków, raportów, artykułów. Mógłbym poczytać, zastanowić się. Wiecie, poszerzyć horyzonty.

 

I mam pytanie do czytelników. Zakładając, że macie do dyspozycji tylko 20 publikacji na całą karierę, ile z Waszych dotychczasowych publikacji weszłoby do tej dwudziestki? Bo jak ja się zastanowiłem, to wyszło mi, że jestem gdzieś w 1/4. Mneij więcej. I że może nie zapełnię moich wszystkich 20 pozycji.