Jednostka dorobkowa

Nigdy nie zastanawiałem się, czy chciałbym, żeby mnie moi recenzenci znali osobiście i jeśli już, to zakładałem implicytnie, że nie będą mnie znali. Pomyślałem o tym, po tym wpisie . I powiem jednak: niestety, to może być błędne założenie.

 

Jeśli miałbym wybierać, wolałbym nie znać moich recenzentów, wolałbym, żeby oni mnie nie znali. Nie chcę myśleć o dodatkowej dynamice recenzji. O sympatiach, antypatiach, o tym, czy kiedyś byłem uprzejmy, czy nieuprzejmy, czy na konferencji byłem agresywny, czy zadałem komuś nieuprzejmie pytanie. Dlaczego (nie)chodzę w garniturze, w dżinsach, w podkoszulku. A może wolą wyższego, niższego, bardziej lub mniej umięśnionego, a na dodatek ten kouros/antaeus/bleu czy inna woda, którą się skrapiam. Brrrr/ciacho.  Oczywiście, wszyscy twierdzimy, że to nie ma znaczenia, ja jednak pozostanę sceptykiem. Czy to może przeważyć? Pewnie nie, ale….! Ale jest to ‚ale’.

 

Chciałbym, żeby mnie ocenili recenzenci skupiający się na moim dorobku. I tylko na moim dorobku. Nie tylko ja, ale i ustawa odrzuca to, że habilitant ma mieć jakieś cechy osobowościowe, ma być krasomówcą, a studenci (lub studentki) powinni go uwielbiać. Habilitant nie musi być ‚ciachem’, a habilitantka, powiedzmy, ‚niezłą laską’. Wbrew dzisiejszej modzie (byc może nawet słusznej), by pacjenta widzieć ‚holistycznie’, jako całą ukontekstowioną osobę, wolę, by habilitanta widziano nie jako osobę, ale jako ‚jednostkę chorobową’, znaczy, jednostkę dorobkową.