Koszta przewodu habilitacyjnego

Cały czas nie przestudiowałem ustawy, ciągle coś znajduję, co mi przeszkadza w tym. I tak oto,  przeglądając strony Centralnej Komisji, natknąłem sie na nastepujący komunikat:

 

Koszty wynagrodzeń członków komisji habilitacyjnej (w tym recenzji) oraz pozostałe, ustalone w umowie koszty ponosi albo jednostka przeprowadzająca postępowanie habilitacyjne, albo habilitant, albo inna jednostka zatrudniająca habilitanta – na podstawie odrębnie zawartych umów cywilnoprawnych między dziekanem wydziału (dyrektorem instytutu) i habilitantem albo kierownikiem jednostki zatrudniającej habilitanta (§ 5 rozporządzenia, o którym mowa w pkt 6).

 

Nieco mnie to zmartwiło, bo to trzeba opłacić 7 osób, na dodatek pewnie ich delegacje. Samo Rozporządzenie dość konkretnie ustala wynagrodzenia członków komisji oraz recenzentów, posługując sie pojęciem minimalnej stawki wynagrodzenia dla profesora zwyczajnego. Niestety, nie znalazłem tej stawki i nie wiem, ile, potencjalnie, może taki przewód kosztować. Poza tym, że dość dużo.

 

Oczywiście, nie spodziewam się konieczności zapłaty za przewód. Mam nadzieję, że zrobi to za mnie moja uczelnia. Jednak problem wydaje mi się niebanalny. Mówimy tu bowiem o niebanalnych, nawet w skali instytutu, kwotach. Mówimy tu bowiem, jak mi się wydaje, o sumach krążących wokół 10 tysięcy złotych. Przy, powiedzmy, trzech habilitantach w ciagu jakiegoś roku presja na budżet jednostki może być znaczna. Czy to oznacza, że będziemy się habilitować czekając na lepsze czasy finansowe? Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby uczelnia odmówiła finansowania.

 

Zdaję sobie sprawy z tego, że recenzentom trzeba zapłacić. Wykonują oni konkretną pracę, muszą przeczytać rozprawę (którą pewnie by i tak przeczytali), być może czytają resztę dorobku (szczerze wątpię, a jeśli są ekspertami, to pewnie teksty te już znają). To zajmuje czas, jest pewnym wysiłkiem. Nie jestem pewien jednak, czy stawka rzędu połowy miesięcznej pensji profesorskiej jest stawką stosowną. Bardzo wątpię, by recenzent poświęcał bite pół miesiąca na przygotowanie recenzji. Tak się bowiem składa, że recenzowałem ksiązki do druku. Tak, recenzja inna, ale książkę przeczytać trzeba i recenzje wysmarować. Zdecydowanie nie zajmowało mi to  dwóch tygodni (tzn. 8 godzin dziennie, codziennie, przez dwa tygodnie). Nieprównywalnie mniej pracy jednak mają inni członkowie komisji. Za co zatem płacimy im 1/3 miesięcznej stawki profesora zwyczajnego (swoją drogą, niewielka różnica w stawce członka i recenzenta wskazuje, co minister myśli o recenzenckim nakładzie pracy)? Za to że przeglądną recenzję i przewertują teksty, które na dodatek dostaną za darmo (znam przypadek habilitanta, który miał pecha publikować książkę za granicą – dostarczenie wymaganej ilości egzemplarzy pochłonęło znaczną część jego adiunkckiej pensji).

 

Nie przemawia mi do przekonania potencjalny argument, że jeśli nie zapłacimy sowicie, to nikt nie będzie chciał tego robić. Mam ochotę powiedzieć: no to nie! To pokażmy się jako środowisko, które głównie goni za kasą i wprowadźmy opłaty za minutę rozmowy ze studentem. Możemy żądać za ‚dodatkowy’ mail do studenta, ponadnormatywne rozmowy, prace semestralne powyżej X stron. Zyć, nie umierać! Sky is the limit!

 

Być może jestem jeszcze naiwny i zbyt entuzjastyczny (habilitacyjnie), jednak wydaje mi się, że dobrze pamiętać o naszych obowiązkach profesjonalnych. I że są rzeczy, które się robi, być może za nominalną opłatę, z pewnością bez ponoszenia kosztów (zwrot kosztów delegacji na zebranie komisji), ale robi się je dlatego, bo należy je zrobić. Przewód habilitacyjny nie powinien być jednak sposobem na (niezłe) dorobienie. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 

Mam też nadzieje, że nigdy nie będziemy sobie liczyć za rozmowę ze studentem.

 

Pfg, nie zapeszam i nie dziękuję. Z radością donoszę, że blog się rozwija czytelniczo.