Lokalna habilitacja

Z odsieczą przyszła koleżanka kramka – okazuje się, że o polskiej pszenicy da się publikować za granicą. Napisała kramka to:

 

To jest własnie sztuka, by z lokalnego obiektu uczynic obiekt światowy, ale do tego potrzeba światowego pomysłu na temat i światowej metodyki badan. 

I te słowa świetnie oddają to, co myślę. Właśnie dokładnie o to idzie – jak lokalne przedstawić tak, by było interesujące dla kogoś spoza lokalnego.

 

Przykład badań z Chorynia ma dla mnie dwa morały. Jeden, że sobie ‚pomędzrzę’, to taki, że może nie warto zakładać, że sie nie da opublikować. Są badania międzynarodowe, o których by się nam nie śniło, a oparte są na lokalnych kontekstach, lokalnych próbach, lokalnych eksperymentach. Problem w tym, żeby je jakoś ugryźć. Drugi morał jest taki, wracając do moich wpisów z czerwca, że hablitacje powiatowe może nie do końca są koniecznością. Może jednak warto spróbować.

 

W najnowszym ‚Wprost’ jest wywiad z Normanem Daviesem (budzącym wesołość na forum, choć podejrzewam, że niewielu historyków polskich publikuje w OUP czy Random House), człowiekiem, który żyje z tego, że pisze o historii Polski (jak pisze, tak pisze, nie wypowiadam się, ale żyje i to nieźle). W wywiadzie mówi, że zachodni historyk potrafi mówić o II wojnie światowej bez wspominania Polski. Nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że nie wie. Pozostaje mi jedynie żałować, że polscy historycy wolą siedzieć w powiecie i województwie zamiast pisać, by nauczyć owego historyka.  Ileż tu pięknych habilitacji można by napisać.