Mentor

Od kilku dni toczy się dyskusja na temat nauczania doktorantów oraz mentorów. Parę słów ode mnie.  Pisałem jakiś czas temu o tym, że brakowało (brakuje) mi w moim życiu naukowym mistrza. Że to ktoś, kto na zawsze, ktoś, na kim będzie się można oprzeć nawet gdy formalne relacje ustaną. To, o czym nie napisałem, to właśnie o mistrzu jako mentorze. Mistrzu, który wprowadzi w świat nauki (jak ktoś to napisał w dyskusji).

 

Mówiąc metaforycznie, dla mnie taki mentor to ktoś, kto potrafi dostrzec diament i go oszlifować. Tak sobie kogoś takiego wyobrażam. I są chyba sfery takiego ‚szlifowania’. Po pierwsze, mentor to ktoś, kto wspomoże w pisaniu pracy doktorskiej. Będzie potrafił dawać wskazówki, które pozwolą doktorantowi osiągnąć swój potencjał intelektualny. Bo mentor to nie jest ktoś, kto powie, jak ma być, mentor to ktoś, kto umożliwi doktorantowi na dojście do tego. Po drugie, mentor to ktoś, kto pomoże młodemu magistrowi, a później doktorowi stawiać pierwsze kroki publikacyjne. Ta koszmarna strata czasu, bo się promotorowi nie chciało, bo nie umiał, nie wiedział, albo wiedział lepiej. Albo to, co dla niego było osiągnięciem, osiągnięciem tak naprawdę nie było. Niewielu spotkałem mentorów, ale może się nie rozglądałem….

 

Ale w dyskusjach brakuje jednego według mnie. Żeby móc wejść w taką relację z doktorantem, ten doktorant musi mieć potencjał. Nie każdy doktorant taki potencjał ma.

 

I jeszcze jedno. Od wielu lat zaskakuje mnie to, że idąc do biblioteki uniwersytetów na świecie,  szczególnie anglosaskich, widzę masę przeróżnych podręczników z ‚research methods’, z przeróżnych dziedzin i dyscyplin. W Polsce ich nie ma (poza wyjątkami), a jeśli są, są tłumaczeniami tych podręczników po angielsku, niekoniecznie tych, które warto przetłumaczyć. Ot, ciekawostka.