Minimum ponad wszystko!

Parę dodatkowych słów na temat proponowanych zmian w ustawie o stopniach. Słów, które są kolejną powtórką tego, co napisałem już na tym blogu kilkukrotnie. Otóż dr Kulczycki, w linkowanym parę dni temu przeze mnie poście, wspomina, że w przeciwieństwie do doktoratów, nadal nie przewiduje się interdyscyplinarnych habilitacji. Jest to dla mnie niezrozumiałe – no przecież nie ma sensu myśleć, że interdyscyplinarni doktorzy będą gremialnie nudzić się swą interdyscyplianrnością. Brak konsekwencji ustawodawcy jest uderzający.

 

Jednak można argumentować, że skoro w wypadku habilitacji nie ma wymogu, by recenzenci mieli konkretną przynależność dyscyplinarną, nie ma przeszkód, by były habilitacje interdyscyplinarne. Problemy jednak są dwa. Po pierwsze, habilitant musi określić nie tylko dziedzinę, ale również dyscyplinę, w której zamierza się habilitować. Po drugie, praktyka recenzencka wskazuje, że przynależność dyscyplinarna jest dla recenzentów ważna i przypominam sobie habilitacje, które padły ze względu na to, że recenzenci uznali, że to nie ta dyscyplina.

 

Powstaje więc pytanie. Czy wymóg dyscyplinarności habilitacji przynosi jakiekolwiek korzyści? Myślę o tym i myślę i nie znajduję żadnych. Potrafię wymyślić wady szufladek dyscyplinarnych – choćby ograniczenia tematów badawczych, ograniczenia w rozwoju naukowym, czy w zainteresowaniach badawczych (potencjalnych) habilitantów. Zalet nadal nie widzę. To skąd, ziewam, ten nacisk na przynależność dyscyplinarną? Ano, oczywiście, interdyscyplinarna habilitacja nie pozwoliłaby na proste i jasne zakwalifikowanie doktora habilitowanego do konkretnego minimum kadrowego. A to przecież jest największy priorytet nauki polskiej.