Moc habilitanta

Poczytałem to, co napisałem w tym blogu od początku. Coraz bardziej doceniam ten zapis. Pokazuje mi on bowiem trajektorię tego procesu. I ta trajektoria mi się nie podoba. Chcę wrócić do początku. Chcę wrócić do przekonania o swojej mocy. Do przekonania, że autoreferat ma być taki, jak ja chcę. Pokazujący mnie jako badacza, który ma przyzwoity międzynarodowy dorobek, a ten dorobek jako ciekawie wpisujący się w dyscyplinę. Chcę wrócić do przekonania, że nie muszę grać, że nie muszę robić tego, co po angielsku nazywa się second-guessing. Gdy emocje po kłótni na forum opadły, strategia świeczki i ogarka wydaje się coraz mniej atrakcyjna. Ot, kolejny kompromis.

Moja znajoma ymyśliła coś ciekawego, nowatorskiego, bardzo nowatorskiego. Jednak recenzenci uznali, że to, co pisze, jest ciekawe, ale trzeba to wpisać w istniejące schematy. Odmówiła i postanowiła opublikować gdzie indziej, na niższej półce. Myślę, że ma rację, pomimo straty.

 

Strata ‚habilitacyjna’ jest oczywiście nieporównywalnie większa, jednak gdybym nie myśał, że mój dorobek jest bardziej niż wystarczający, nie myślałbym o habilitacji. Nigdy nie myślałem, że mam habilitację w kieszeni (zdecydowanie nie!), jednak bardzo pewnie myślę o dorobku. Przynajmniej o jego jakości (problem oczywiście w jego interdyscyplinarności). No i może rzeczywiście autoreferat nie ma aż takiego znaczenia, jakie mu przypisuję i tym bardziej warto napisać ‚po swojemu’.

 

W przyszłym tygodniu siadam do autoreferatu. I napiszę go tak, jak zawsze chciałem. Mam dość lawirowania, nawet w głowie.