My chcemy igrzysk!

Ostatno kilkukrotnie rozmawiałem o habilitacji i naszła mnie refleksja na temat walki o habilitacje. Mam wrażenie, że zaostrzył się konflikt między reformatorami i tradycjonalistami. Szczególni ci drudzy coraz głośniej domagają się powrotu do ‚starej habilitacji’, z kolokwium, z ‚poznaniem’ habilitanta. Jest to walka o przywrócenie utraconych przywilejów. Nie idzie tu bowiem o żadne podniesienie poziomu habilitacji, chodzi jedynie o jak najpełniejszą kontrolę nad rzeczywistością.

 

Gdy zmieniono procedurę habilitacyjną, miałem nadzieję, że to początek zmian w dobrym kierunku. Obok przejrzystości, nastąpił wyraźniejszy nacisk na dorobek międzynadorowy, ocena skupiona bardziej na dorobku, wyeliminowanie kolokwium jako najbardziej subiektywnej i ‚lokalnej’ części postępowania. Okazuje się jednak, że te zmiany to za dużo. Kontrola wchodzących do klubu musi zawierać, jak to ujął celnie p. Chałupka, pokaz w strojach kąpielowych.

 

Jednak to nie jest tylko walka o kontrolę nad dostępem do klubu. To walka o subiektywizację oceny, o ponowne wprowadzenie ‚widzimisię’. Do recenzentów już chyba dotarłą jawność recenzji habilitacyjnych i to, że są one komentowane, krytykowane, wyśmiewane. Tego już najprawdopodobniej nie zmieni się, ale kolokwium habilitacyjne daje przecież przestrzeń do powiedzenia każdej głupoty czy podstawienia habilitantowi nogi z pełną bezkarnością.

 

Dwa lata temu pisałem o tym, że postępowanie habilitacyjne przestało być instytutowymi czy wydziałowymi igrzyskami. Harcownicy siedzą znudzeni nie mogąc wdawać się w pojedynki, które muszą wygrać. Wtedy dochodziły do mnie plotki, dzisiaj walka rozpoczęła się na dobre.