Nie ma jak u mamy

Od jakiegoś czasu w „Forum Akademickim” pojawiają się artykuły o rodach naukowych. Za każdym razem wywołują u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony miło jest przeczytać o rodzinach, w których z pokolenia na pokolenie znajdujemy osoby zajmujące się nauką i to na zauważalnym poziomie. Niestety, ja nie potrafię nie widzieć tych artykułów w kontekście tego, co obserwuję, na szczęście z dala, w środowisku, w którym się obracam.

 

„Ród naukowy” zatracił dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, pozytywny wydźwięk poświęcenia się nauce. Dla mnie dzisiaj to przede wszystkim gama ułatwień dla profesorskich (i nie tylko) dzieci, od znajomości, przez egzaminy, do szybszych doktoratów czy łatwiejszych habilitacji. Uśmiech tutaj, słówko gdzie indziej i ‚ród’ się kręci. A my wszyscy puszczamy oko do siebie i udajemy, że nic nie widać.

 

Oczywiście nie sugeruję nawet w najmniejszym stopniu, że w opisywanych przez FA rodach dochodziło do takich ułatwień, opisuję jedynie moje wrażenia z artykułów. Niestety, póki nie wykluczona zostanie możliwość doktoratu ‚u taty’ czy ‚u mamy’ i podobnych patologii, ród naukowy będzie mi się kojarzył z forami, których ja nie miałem.