O czym (roz)mowa?

Zacząłem się przygotowywać do ‚rozmowy’. Mówiąc inaczej, zacząłem się uczyć. I mam poczucie kompletnego bezsensu. No, kurde, no! Pomijam to, że ja już chyba nie za bardzo umiem się uczyć, jednak ta bezsensowność głównie wynika z absurdalności zestawienia: uczę się na egzamin na profesora. No przecież to jest absurd, nie? Ja naprawdę nie rozumiem, jak tych ileś pytań pozwoli ustalić, czy się nadaję czy nie.

 

W dużym stopniu nie ma znaczenia, jakie to będą pytania. Ja po prostu odrzucam pomysł, że odpowiedź na kilka pytań jest ważniejsza niż ileś lat pracy na dorobkiem. Jest dla mnie kompletnym absurdem, że decyzja o moim przyszlym życiu profesjonalnym zostanie podjęta na podstawie odpowiedzi na kilka pytań. Odpowiedzi w dużym stresie, odpowiedzi w dużym stopniu warunkowanych tym, czy pytający zechcą mi zadać pytanie, na które odpowiem czy nie. Jestem bowiem przekonany, że każdemu habilitantowi można zadać pytanie, na które wiadomo, że nie odpowie.

 

Kolokwium sprowadza się do dobrej woli zadających pytania. A każda procedura, która się sprowadza do dobrej woli, jest złą procedurą. Nawet jeśli znakomita większość ludzi przez nią przechodzi. Zupełnie nie rozumiem, co się osiąga taką rozmową.