Opowieści z kina Luna

W zaskakująco ostrym tekście prof. Jacek Bartyzel ubolewa nad tym, że

 

nie trzeba będzie – jak ja musiałem, czego zresztą wcale nie żałuję, bo sprawiało mi to intelektualną przyjemność – pisać grubych książek, aby uzyskać każdy stopień, każdy tytuł i każdy awans zawodowy osobno, a jedynie wykazywać się sprytem w pozyskiwaniu grantów i publikowaniu byle czego w zagranicznych czasopismach, za które jeszcze trzeba płacić z własnej kieszeni.

 

I oto jawi się obraz nauki widziany oczami osoby, dla którego jest ona działalnością już może nie na scenie wojewódzkiej, ale z pewnością nie wychodzącej poza ramy narodowego towarzystwa wzajemnej adoracji.

 

Otóż widzenie uzyskiwania najbardziej prestiżowych grantów jako sprytu jest nieporozumieniem i to kompletnym! Na dodatek jest całkowitym niezrozumieniem, na czym polega uprawianie nauki na najwyższym poziomie. To obraz nauki kogoś, kto nigdy nie musiał się o taki grant starać i kto nigdy nie musiał przeskoczyć przez bariery jakości wniosku grantowego, który do polskich wniosków ma się tak, jak to ktoś powiedział, jak kino Luna do księżyca. Podobny zresztą jest komentarz na temat publikowania ‚byle czego’. No to może by prof. Bartyzel coś takiego opublikował? Bo dla mnie to opublikowanie wysokich kilkuset książek i artykułów nazywa się sraczką publikacyjną. A uwzględnianie w publikacjach artykułów w gazetach codziennych jest niepoważne.

 

Oto obraz nauki, którego doświadcza się z zewnątrz, nie biorąc w tej nauce nawet najmniejszego udziału. I może lepiej by się o tej nauce nie wypowiadać w związku z tym.

 

Nawiasem mówiąc, ten wpis jest również kontrapunktem do poprzedniego o 40-procentowym limicie książek i rozdziałów. Ja nadal uważam, że ministerstwu nic do tego, gdzie ja publikuję. Jednak obraz „grubej książki” jako warunku awansu naukowego jest dość zabawny.