Otwarty sezon

Pod poprzednim wpisem dyskusja na temat słów niejakiego Czarnka, dr.hab. prawa, który to prawo wykłada i wypowiedział się na temat osób o orientacjach nieheteronormatywnych. Wypowiedział się przy tym profesor podwórkowy, co mnie ucieszyło bardzo. Przyznaje podwórkowy, że słowa Czarnka są obrzydliwie, pisze jednak dalej tak:

trudna sprawa, dla mnie wybitnie graniczna. Kto pamięta, ten pamięta – ale ja zawsze byłem i jestem za maksymalnie szeroką swobodą wypowiedzi w akademii oraz przeciw postępowaniom dyscyplinarnym za zachowania niezwiązane bezpośrednio z akademią (niezależnie od tego, czy dotyczy to studenta czy pracownika naukowego).
Gdyby Pan Czarnek był fizykiem/geologiem/literaturoznawcą/historykiem, byłbym zdecydowanie przeciw wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego.
Ale jeśli wykłada on prawo konstytucyjne, gdzie ma przedstawiać interpretacje konstytucyjnych pojęć godności człowieka/równości wobec prawa/wolności osobistej, to istnieje realna wątpliwość, czy on te pojęcia rozumie i czy uczciwie przedstawia je na zajęciach.
Sprawa do przebadania; czy do zwolnienia – tego nie wiem.

A ja nadal nie rozumiem, dlaczego takie sprawy traktować w kategorii wolności słowa. Nie znam się, ale, po raz kolejny, nie o wolność słowa tu chodzi. MOim skromnym i nieprawniczym zdaniem tu idzie o przemoc. Fakt, przemoc niefizyczną, ale przemoc.

Załóżmy, że taki homofob tak bardzo gejów nie lubi, że podchodzi do jednego i daje mu prosto w pysk. Miałbym nadzieję, że homofob czym prędzej zostałby oskarżony ze stosownego paragrafu, bo ludzi bić nie wolno.

I teraz mamy słowa Czarnka, który uważa, że między innymi jego pracowi koledzy niehetero są obywatelami znacznie gorszego sortu niż jego koledzy hetero-poprawni.  I jak dla mnie jego słowa należy traktować jako  przemoc symboliczną wobec tychże pierwszych kolegów. Bo nie dość, że kolegom może być przykro (pal sześć), to na dodatek mogą doznać innych traum psychicznych (w mediach pojawiają się sensowne apele, by zaprzestać jawnej państwowej homofobii również dlatego, że może ona mieć konsekwencje tragiczne). Ba, gorzej jeszcze, mogą się nieheteronormatywni bać, że taki Czarnek będzie dalej ich obrażał, podważał, a konsekwencje tego mogą być nader poważne. Wiele przemocy zaczyna się od tego, że jakaś grupa społeczna jest językowo demonizowana.

A ja z kolei myślę, że wszyscy mamy prawo do tego, by pracować w środowisku, w którym nie obawiamy się o to, że spotka nas w nim delikt w postaci dyskryminacji, szyderstwa, nie mówiąc o przemocy.

Czy bowiem wyobrażamy sobie, że słowa p. Czarnka nie dotyczą ludzi, którzy kochają innych niż uważa się to za moralne, ale osób niepełnosprawnych. Wyobraźmy sobie, że słowa, o których mówimy brzmiały:

skończmy słuchać tych idiotyzmów, o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ludzie kalecy nie są równi ludziom normalnym i skończmy wreszcie z tą dyskusją.

Czy też uznalibyśmy te słowa za wolnościowo dopuszczalne, a p. Czarnka za fajnego kolegę z pracy. Tylko że on ma takie niehalo, że uważa, że ten pokurcz na wózku nie jest normalny i równy takiemu, co na dwóch własnych nogach po korytarzach śmiga.  Nasze wzmożenie moralne, coś mi się zdaje, byłoby znacznie większe.

No i tu dochodzimy do konkluzji, którą już sugerowałem. Moim zdaniem, słowa Czarnka to słowa, których ja się boję. One zmieniają środowisko pracy. Zmieniają tak, że osoby należące do grupy ‚nierównych’ nie tylko nie mogą się już czuć komfortowo w pracy, oni mogą się nie czuć bezpiecznie. I dlatego uważam, że nie idzie tu o żadną wolność słowa, ale o stosowanie przemocy (symbolicznej).

Rozumiem oczywiście, że niełatwo będzie przeróżne wypowiedzi klasyfikować tak czy owak. Jednak podobnie jest z przemocą fizyczną. O ile podejście do kogoś i danie mu w ryja może być ocenione z pewną łatwością, już wszelkie poszturchiwania wymagają zapewne niuansów, od których najtężsi prawnicy zeza dostają. I podobnie będzie ze słowami. Ale, jak mówił pewien fajny prezydent, Yes, we can. O zgrozo, to był prezydent z czarną skórą. Strach się bać!

I tu jeszcze dwa małe postscriptumy. Czarnek już zapewnia, że słowa wyrwano z kontekstu. Ja cię kręcę,  prawica to strona iście kontekstualna, ciągle coś im ktoś wyrywa. A mi marzy się, przyznam szczerze, taki ktoś, kto powie – tak, ja to powiedziałem, ja tak myślę, jestem gotów ponieść konsekwencje. Niestety, do tego trzeba odwagi i kręgosłupa.

Drugie postscriptum jest takie, że niech sobie Czarnek pieprzy jak potłuczony, ile tylko chce. Niech pisze, mówi, a nawet śpiewa o nierównych prawnie gejach. Jednak to, że wolność słowa mu na to pozwala, nie oznacza, że ja jako pracodawca chcę kogoś takiego zatrudniać. I skoro już pytają mnie o to, czy byłem karany, bo inaczej do rady dyscypliny nie mogę wejść, to mogą mnie pytać również o to, czy ja uważam, że wszyscy pracownicy uczelni są równi wobec prawa i uczelni. I skoro taki Czarnek tak nie uważa, to ja jako pracodawca nie mam przyjemności go zatrudniać. I dlatego zresztą uważam, że należy go z KULu wypieprzyć na zbity pysk. Ba, wydawałoby się, że szczególnie KUL powinien to zrobić. Bo choć teolog ze mnie jak z koziego zadu trąba, to nie mam wielu wątpliwości, że Jezus (bez względu na nasze poglądy na jego świętość) szedłby ręka w rękę z tymiż gejami. Szedłby właśnie dlatego, że  dzisiaj otwarty sezon (symbolicznych) polowań na nich mamy.