Pamiętajmy o porażkach!

I skoro już opisuję swe stanowisko, to pójdę na całość. Wyobraźmy sobie habilitanta, którego badania okazują się, z czasem, ślepą uliczką. Okazuje się, że prowadzą w złym kierunku. Tak, są opublikowane w porządnych czasopismach, ale okazuje się, że to nie to. Do problemu należy podejść inaczej. Inni to robią, między innymi dlatego, że kto inny już poszedł w tę ślepą uliczkę.

 

Czy ktoś z takim profilem powinien dostać habilitację? Oceniając poszczególne publikacje: oczywiście nie. Oceniając WKŁAD, nie mam żadnych wątpliwości, że tak. Bo rozwój nauki to nie tylko sukcesy. I trzeba niezłych porażek, ba, wysokiej jakości porażek, żeby się od nich odbić. Żeby nauka mogła się rozwijać!

 

I właśnie dlatego należy oceniać wkład w dyscyplinę. Również ten porażkami!

Co oceniać (drugie podejście)?

Mój wpis na temat tego, co oceniać, wywołał małą dyskusję na forum (jeszcze raz dziękuję za miłe słowa kramce). Jak można oczekiwać, poglądy na ten temat są podzielone, moje się nie zmieniły i postanowiłem wrócić do tematu. Na początku powiem jednak, że idea, że recenzent ma oceniać, czy cykl jest spójny i monotematyczny, jest tak niezrozumiała, że nie odniosę się do niej.

 

Otóż ustawa mówi, że habilitację nadaje się osobie, której osiągniecia można uznać za ‚stanowiące znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej’. Rozporządzenie ‚habilitacyjne’ MIiSW stanowi, iż kryteriami oceny (dla wszystkich obszarów wiedzy)  są (w skrócie):

 

(współ)autorstwo tekstów

sumaryczny imapct factor

liczba cytowań

kierowanie projektami

nagrody

wygłaszanie referatów.

 

W którym z kryteriów znajduje się ocena poszczególnych badań, ich tematyki, metodologii, wyników?

 

Tak się składa, że i ustawa (przy całej swej niespójności, którą wskazywał prof. Węgrzyn), i rozporządzenie dość spójnie konstruują kryteria wkładu. Co więcej i co ciekawe: wedle tych kryteriów Crick i Watson mogliby dostać habilitacje – ich tekst został zacytowany ponad 7000 razy – dość niezły wynik…… Bo właśnie o to idzie, że nie ma znaczenia, co oni napisali – idzie o to, jaki mieli WKŁAD w rozwój dyscypliny.

 

Niestety, gdy czytam recenzje, myślę, Crick i Watson nie dostaliby habilitacji. Tekst krótki, bez rozbudowanego aparatu, metodologii itd itd. Recenzenci wolą się wymądrzać na temat tego, jakie są badania, jakie wyniki, jaka metodologia. Jak można by je przeprowadzić inaczej. No i, kluczowa sprawa, czy cykl monotematyczny jest monotematyczny (wybacz, pfg, to jest kryterium należące do kosmicznych). No i jeszcze warto dodać zasięg ogólnopolski czasopism.

 

Tyle że ocenianie poszczególnych publikacji ma wielką zaletę: odsuwa konieczność ocenienia….wkładu w dyscyplinę. I powiedzmy sobie szczerze: to o to idzie, prawda? Jaki wkład w rozwój dyscypliny ma habilitant, który publikuje w powiecie czy może nawet w województwie?

 

Nie wiem, oczywiście, czy ja mam ‚wkład’. Nie do końca wiem, co to miałoby być. A gdy się zastanawiam, wychodzi mi, że pewnie nie mam. Nadal bowiem uważam, że znaczący wkład mają jednostki, nieliczne. Pomimo tego, nadal chciałbym, żeby mnie oceniono pod kątem wkładu, a nie słyszeć, że badania, które przeprowadziłem mają jakieś wady. Otóż nie ma badań bez wad i nigdy nie będzie.

 

I nadal nie widzę żadnego sensu w ocenianiu badań po tym, jak zostały zrecenzowane (w porządnym procesie recenzyjnym) i opublikowane.

Kolokwium habilitacyjne

Parę słów o kolokwium habilitacyjnym, za którym tęskni na forum pfg.

 

Zastanawiam się, jakie walory czy kompetencje habilitanta testowało kolokwium? Umiejętność odpowiedzi na pytania? Umiejętność zrozumienia pytań? A może orientację w całości dyscypliny? Co było takiego w kolokwium habilitacyjnym, co pozwoliło zobaczyć habilitanta jako pełniejszego uczonego? Bo przecież o to szło, prawda? Kolokwium miało być częścią procedury potwierdzającej samodzielność naukową uczonego. W jaki to zatem sposób odpowiedzi na kilka czy na kilkanaście pytań potwierdzało, że ktoś jest dobrym uczonym ze znacznnym wkładem, badź nie?

 

Rrozumiem, że kolokwium pozwalało habilitantowi rozwiać wątpliwości na temat swego dorobku. To argument, który często słyszałem. I moja reakcja zawsze była: no i? I co z tego? A od czego są recenzenci? A jak habilitant nie rozwieje, bo mu refleksu zabrakło, zdolności retorycznych, albo rada nie załapała, to to przekreśla jego ‚znaczny wkład’? Czy ów wkład zostanie przekreślony, jeśli nie odpowie nawet na jedno pytanie z sali? Bardzo w to wątpię.

 

Kolokwium było zabiegiem wskazującym ukośność relacji między radą a habilitantem, obrzędem przejścia, okazją do przeczolgania habilitanta, która się nijak nie miała do celów postępowania habilitacyjnego. I to, że w wielu przypadkach habilitanta nie przeczołgano, nie zmienia natury kolokwium.

Co oceniać?

Od jakiegoś czasu o tym myślę, a po ostatniej krótkiej dyskusji na forum, postanowiłem się tym podzielić. Otóż idzie mi o fundamentalne pytanie: co ocenia recenzent. Widzę bowiem problem. 

 

Z jednej bowiem strony, recenzenci wypowiadają się (a habilitanci pisza o tym w autoreferatach) na temat poszczególnych publikacji (czy badań), z drugiej strony oceniają (czy mają oceniać) ‚aktywność’ habilitanta. To niespójne. I to nie tylko dlatego, że publikacje zostały już opublikowane i nie ma większego sensu je recenzować. Wg mnie problem jest głębszy.

 

Otóż niespójność polega na tym, że część dorobku rozpatrywana jest na podstawie swej, by tak rzec, zawartości, a część na podstawie, powiedzmy, obecności. I tak to rozprawa habilitacyjna (po dzisiejszemu: osiągnięcie) analizowana jest podług sensowności argumentacji, jakości badań, ich metodologii czy procedur, znaczącości wyników. Z drugiej strony, już udział w konferencjach, aktywność dydaktyczna czy organizacyjna tak rozpatrywana nie jest. Nikt przecież się nie zastanawia, czy habilitant jest dobrym szefem czy nauczycielem. Nikt się nie zastanawia, czy habilitant jest aktywnym członkiem organizacji, do których należy, czy napisał sensowne recenzje magisterskie, a jego magistranci rozwinęli swe badawcze skrzydła pod jego pieczą. We wszystkich tych przypadkach recenzenci doceniają jedynie pewne fakty, doceniają aktywność.

 

Oczywiście, po części probem polega na tym, że w polskiej nauce dopiero od stosunkowo niedawna zaczęliśmy się zastanawiać nad aspektami bibliometrycznymi naszych publikacji, od niedawna mamy sensowny dostęp do literatury międzynarodowej. Ocena rozprawy zatem mogła być widziana jako poziom zabezpieczający jej jakość. Dziś jednak, przy zwiększonej presji (również ustawowo) publikowania w porządnych czasopismach, wydaje się, że ten element oceny jest redundantny. Ktoś, kto publikuje w porządnych czasopismach (można by rzec: o znaczącym profilu bibliometrycznym, czy nawet punktacji ministerialnej), przechodzi przez porządne recenzje. Recenzent habilitacyjny najprawdopodobniej niewiele wniesie. Pomijam sytuacje, w których recenzent nie ma takiego dorobku jako żenujące.

 

Z drugiej strony jednak, jeśli recenzent zachwyca się tym, że habilitant publikuje w czasopismach ogólnopolskich, to może rzeczywiście warto zostawić ocene jakości dorobku. Tyle że ja nie jestem pewien, czy ufam temu recenentowi. Same złośliwości się mi cisną tu na klawiaturę….

 

Jestem zwolennikiem habilitacji. Zawsze byłem. Coraz więcej widzę w niej problemów jednak. Może kiedyś ktoś zwróci na nie uwagę.

 

Dużo i szybko

W rosnącym wątku autoreferatowym króciutka dyskusja na temat recenzji historyka. Kończac pozytywną recenzję, jej autor konstatuje (chyba z zadowoleniem), że habilitant publikuje ‚dużo i szybko’, a na dodatek nie jest mu obca tematyka ogólnopolska. Ba! nawet publikuje w czasopismach o zasięgu ogólnopolskim. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

 

Podkreślanie lokalności habilitanta i robienie z tego zalety jest dla mnie czymś niezrozumiałym. Lokalne to nie znaczy przecież wojewódzkie czy powiatowe. Lokalne to właśnie ogólnopolskie. Nauka na poziomie wojewódzkim nie mieści mi się w głowie (ale może też i jest historia powiatowa, gminna może!). W moim świecie ‚dużo i szybko’, na pewno są jakieś szczególne wyjątki (choć żaden nie przychodzi do głowy), to znaczy byle jak.

 

Nie po raz pierwszy wydaje mi się, iż żyję w innym z możliwych wszechświatów.

Jajko czy kura?

Okazuje się (dzięki postowi rudejmarudy na DNU), że cytowany wczoraj recenzent, prof. Grzegorz Węgrzyn, jest zastępcą przewodniczącego CK. To dobra wiadomość, oczywiście. Podejrzewam jednak, że o niespójnościach w ustawie CK wiedziała wcześniej. Zastanawiam się zatem, czy nie zdążyła ich zakomunikować MNiSW, czy może ministerstwo postanowiło te wątpliwości zignorować. Koleżanka kramka na forum podejrzewa ten drugi scenariusz.

 

Tak czy owak, ręce opadają.

Interdyscyplinarność raz jeszcze

Po rozmowach bliżej jestem jeszcze jednej decyzji. Otóż skłaniam się ku traktowaniu mej interdyscyplinarności w autoreferacie z otwartą przyłbicą. Bez ściemniania. Ostateczna decyzja zostanie, rzecz jasna, podjęta w dniu wysłania autoreferatu do CK, jednak takie jest moje obecne myślenie na ten temat.

 

To myślenie nie wynika jednak z potrzeby uczciwości, mniej czy bardziej strategicznej, czy też innej naukowej rycerskości. Idzie raczej o to, że jeśli rzeczywiście w komisji będą sensowni ludzie, to nie będę obrażał ich inteligencji (tanią) ściemą, którą oni przejrzą jeśli nie natychmiast, to dość szybko. Nie chcę, żeby myśleli o mnie w takich kategoriach.

Recenzenci z dziedziny lub nie

Ustawa o stopniach naukowych itd. podaje, że

 

Art. 20(6) Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba posiadająca tytuł profesora lub stopień doktora habilitowanego w zakresie danej lub pokrewnej dyscypliny naukowej



co więcej w art 20(8), ustawa mówi:

 

Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba będąca pracownikiem zagranicznej szkoły wyŜszej lub instytucji naukowej, niespełniająca wymogów określonych w ust. 6, jeżeli rada jednostki lub Centralna Komisja, uzna, że osoba ta jest wybitnym znawcą problematyki, której dotyczy rozprawa doktorska lub postępowanie habilitacyjne.



Rozmarzyłem się, gdy to przeczytałem. Okazuje się, że mógłbym być recenzowany po prostu przez specjalistę. Przez kogoś, kto się po prostu zna na tym, co robię. Niestety, jakoś sobie myślę, że szansa, że rada czy nawet CK wyściubi nosa poza dyscyplinarną (jedynie słuszną) piaskownicę, jest tak mała, że szkoda się nią ekscytować. Już od dzieciństwa wiem, że oddanie swoich zabawek innym dzieciom jest baaardzo trudne.

 

A mogłoby być tak pięknie, znaczy, w sensie: normalnie.

Tańca ciąg dalszy

Jestem po długiej rozmowie w sprawie komisji i recenzentów. Bardzo się cieszę, że moje życzenia, by oceniali mnie, przynajmniej z naszej strony, ludzie z pierwszej ligi, zostały uznane za sensowne, ba, oczywiste. Cieszę się z tego bardzo.  Oczywiście, nie ma i nie może być pewności co do tego, jak będzie, jednak cieszę się, że człowiek wpływowy jest po mojej stronie. 

Małe jest piękne

Z pewnym wahaniem chcę parę słów powiedzieć o omawianej na DNU Radzie Młodych Naukowców – to jest blog poświęcony mojej habilitacji, a nie ‚nauce’. Nie mogę się jednak powstrzymać, szczególnie po może trochę za ostrym poście na forum.

 

Otóż nie jestem przeciwny idei RMN. Potencjalnie, to mogłoby być pożyteczne ciało reprezentujące młodych ludzi w nauce. Na razie jednak widzę dwie rzeczy. Po pierwsze widzę grupę ludzi, która uzurpuje sobie prawo do wypowiadania się w imieniu młodych naukowców, nawet nie usiłując nawiązać kontaktu z ludźmi reprezentowanymi. Trzeba mieć dużo dobrego samopoczucia, by tak postępować. Po drugie, jeśli występujący na forum członek rady reprezentuje poglądy innych członków, bardzo mi nie odpowiada zadęcie tej grupy.

 

‚Znajcie proporcją’, Państwo Radcy. Nie usprawniajcie ‚nauki polskiej’. Nie wypowiadajcie się, nie komentujcie, nie monitorujcie, nie nadzorujcie i nie kontrolujcie. A zatem: nie bijcie piany! Spróbujcie nawet nie rozwiązać, ale zapronować rozwiązanie dla choć jednego malutkiego problemiku młodych uczonych. Spróbujcie ulżyć w mikroskopijnej sprawie w życiu naukowym młodych uczonych. Spróbujcie dokonać czegoś najmniejszego, ale konkretnego! Zdejmę kapelusz, ukłonię się i wam pięknie podziękuję.

 

Chcę wierzyć, że w Radzie są ludzie, którzy nie myślą na wielką skalę, którzy są zdolni do ‚wielkiego miareczkowania’. Jeśli jesteście, to jestem z Wami, macie mój wirtualny i przez nikogo nieoczekiwany głos. Pomiareczkujcie, Państwo Radcy. Małe jest piękne, szczególnie jeśli konkretne.