Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza ‚instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Habilitacyjny klops onomastyczny

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy napisać o następującym linku, który obrazuje niesamowity zbieg okoliczności. Oto mamy dwie habilitacje (pierwsza padła, druga nie) habilitantów przez osoby o łudząco podobnych nazwiskach. Na szczęście  jednak pierwsza osoba nie podała drugiego imienia (może go po prostu nie ma), a druga podaje (może lubi je podawać). Wszelkie wątpliwości, że mogłaby to być ta sama osoba, rozwiewa fakt, że pierwsza habilitacja jest w naukach technicznych, a druga w naukach rolniczych.

To, co jest naprawdę niesamowite tutaj, to to, że zbiegów okoliczności jest w sprawie jeszcze więcej. Okazuje się bowiem, że te dwie osoby mają identyczne osiągnięcie naukowe. Zarówno pierwszy jak i drugi habilitant, tak się niesamowicie złożyło, chcieli się habilitować na podstawie osiągnięcia: „Metody oceny struktury przestrzennej i potencjału obszarów wiejskich wspomagające prace urządzeniowo-rolne i rewitalizacyjne”. I powiedziałbym, że to jest duże łau!

Można tylko powiedzieć, że dużo szczęścia mieli habilitanci, że nie chcieli się habilitować w tej samej dziedzinie. Uf, uf, uf!

Dodałbym już tylko, że ten drugi habilitant powinien również podziękować rodzicom za to, że dali mu drugie imię. W przeciwnym razie byłby klops.

Klechdy humanistyczne

Nowa odsłona, nowy entuzjazm, trzeci post w tyleż dni. Zanim usiądę i poczekam, aż mi przejdzie, kilka słów na temat wyobrażeń polskiej profesor nadzwyczajnej literaturoznawstwa. O wydawnictwach najlepszych uczelni światowych pisze prof. Magdalena Rabizo-Birek:

A przecież wiadomo, że oficyny te są dostępne wyłącznie dla pracowników tych uniwersytetów, finansowane z dotacji na ich programy badawcze i publikacja w nich nie ma nic wspólnego z wartością tych dzieł, o której decyduje wciąż jakość tego, co napisał autor.

A zatem w takim Oxford University Press, nie mówiąc już Harvard University Press, piszą tylko pracownicy Oxfordu (i Harvarda, odpowiednio), co więcej wydawnictwa te są finansowane z pieniędzy badawczych uniwersytetów, bo przecież bez tego by się nie utrzymały.

Muszę powiedzieć, że wkurzają mnie takie wynurzenia, by nie powiedzieć banialuki. Pani Profesor zapewne dawno nie zaglądała do katalogu OUP, bo gdyby zaglądała, zobaczyłaby, że autorzy OUP pochodzą z całego świata i uniwersytetów na wszystkich kontynentach. Oto strona książek historycznych OUP. Pierwszych trzech autorów pochodzi z Warwick, Idaho, Bard College. Warto też dodać, że OUP to największe wydawnictwo uniwersyteckie na świecie, czy naprawdę ktoś myśli, że utrzymywane jest z grantów, a nie ze sprzedaży książek? Naprawdę?

Muszę powiedzieć, że wiele argumentów na temat oceniania humanistyki mnie przekonuje. Jednak drażni mnie mocno to, gdy do tych argumentów zaprzęga się bzdury i posługuje mitami na temat tej głupiej nauki na świecie, której przeciwstawia się dzielna polska humanistyka, której perły wydaje się w Gorzowie, Kaliszu i w Siedlcach.

Nie wiem, gdzie dokładnie są granice, poza którymi przechodzi ludzkie pojęcie. Mam jednak wrażenie, że Pani Profesor mogłaby się zapoznać z nimi od strony, po której istnieje znany nam wszechświat.

Ale wstyd umarł

Jakiś czas temu napisałem o tym, że droga z akademii do polityki powinna być w jedną stronę.  Jak na zawołanie pojawił się problem wypowiedzi jednego z medialnych i politycznych socjologów na temat uczestników Okrągłego Stołu. Zamieszanie się zrobiło na tyle duże, że zabrała głos małżonka profesora socjologii (którego profesurę również niedawno opisywałem). A wszystko dlatego, że profesorowi zagrożono procesem. A jeśli proces przegra, to będzie musiał zapłacić i to niemało.

Nie mam zamiaru pisać o sprawie, bo to blog akademicki, a nie polityczny i  cieszę się bardzo z tego, że dyskusje tutaj są nadal spokojne i bez hejtu. Odnieść się jednak chcę do tego, co napisał Jacek Żakowski na temat sprawy. Otóż publicysta uważa, że karą dla profesora socjologii powinien być wstyd, a nie ruina finansowa. A ja się z tym nie zgadzam (pomijam to, że wątpię, by do ruiny finansowej doszło).

Wzrusza mnie to, że p. Żakowski nadal uważa, że w akademii jeszcze ktoś zwraca uwagę na wstyd. Otóż, proszę Pana, nie, w akademii wstyd umarł. Okazuje się, że ani doktoraty, ani habilitacje, ani profesury  nie są gwarantem racjonalnych wypowiedzi. Co więcej, ja uważam również, że  jak ktoś chce być elita, to niech się jak elita zachowuje.

Napisałem już kilka postów na temat żenujących i obrzydliwych wypowiedzi przeróżnych doktorów i profesorów; jakiś tydzień temu w komentarzach pojawiła się linka do obrzydliwie antysemickiej wypowiedzi profesora z UMK. I co? I nic. Nic!! Przestaliśmy zwracać uwagę na to, że nasi dostojni koledzy pieprzą jak potłuczeni. Wstyd umarł na śmierć.

Wracając więc do sprawy profesora socjologii, powiedziałbym, że od niego wymagam znacznie więcej niż od dresiarza przebranego w garnitur. I jeśli profesor socjologii uważa, że ma prawo do wypowiadania każdej bzdury, musi też zrozumieć to, że inni również mają się prawo przed jego słowami bronić. I ja bym na miejscu profesora wyjaśnił to koleżance małżonce. A Pana Żakowskiego  odnoszenie się do wolności wypowiedzi za niepoważne.

Podsumowując więc, powiedziałbym, że kto słownym mieczem wojuje, ten  mieczem finansowym może dostać, że zacytuję innego profesora, w ryja. 

Bestiarium habilitacyjne

Zwrócono mi uwagę na  postępowanie w naukach prawnych. Ono jest dopiero na etapie złożonego wniosku, ale warto będzie je śledzić. A oto dlatego.

Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na miejsca publikacji (odrzucam dwie sprzed 2013 roku).

  • Kraków (3 publikacje)
  • Sanok (2)
  • Koszyce (3)
  • Rzeszów (10)
  • Olsztyn (3)
  • Biała Podlaska (1)
  • Warszawa (1)

Muszę powiedzieć, że Rzeszów nie uderzył mnie jako centrum nauk prawnych w Polsce, nie mówiąc o świecie.  Obok Sanoka, Koszyc i Olsztyna, habilitantka nie pokazuje się jako badaczka, która porusza się nawet po górnej polskiej półce. Można się jednak cieszyć, że jej myśl dotarła do stolicy, do zapewne zacnej Wyższej Szkoły Informatyki, Zarządzania i Administracji.

Ale nie wyzłośliwiałbym się nad lokalnością dorobku, gdyby nie to, że dotarłem w autoreferacie do głównego osiągnięcia i problemów badawczych. Pominę już tak intelektualnie dociekliwe  pytania z kwestionariusza typu:

Problematyka ustawy „o bestiach” jest mi znana.

i dojdę do tego, że respondent miał określić procentowy stopień identyfikacji z takim stwierdzeniem. Np. jeśli respondent uznał, że identyfikuje się ze stwierdzeniem w 47 procentach, to wystąpiła u niego „dość silna identyfikacja”. Niestety, nie jest jasne dla mnie, czy dość silna identyfikacja ze stwierdzeniem oznacza również, że delikwentowi problematyka jest znana czy nie. A zatem identyfikuje się tylko ze stwierdzeniem, czy też mówi coś o sobie. I gdy tak sobie rozważałem te ważne problemy filozoficzne, stwierdziłem, że życie jest jednak za krótkie…

Choć wytrwałem w przekonaniu, bo gdy zacząłem się zastanawiać, co oznaczy uśredniona wartość identyfikacji związana z płcią. Czy to oznacza, że 68 procentach identyfikowały się osoby, które zaliczyć można do grupy upłciowionych? Od razu chciałbym się dowiedzieć, jaki poziom identyfikacji mieli ludzie bez płci!! Niestety, tej informacji nie było.

Tak się też zacząłem zastanawiać, czy wszyscy prawnicy używają terminu ‚ustawa o bestiach’ i jakie inny ksywki mają na inne ustawy. Np. ustawa o zdrowiu psychicznym mogłaby być ‚ustawą o czubkach’.

Habilitacja z czubków to byłoby coś, nie?

Nowa odsłona

Oto nowa odsłona bloga Robię habilitację.

W związku z planowanym zamknięciem platformy blox.pl, zostałem zmuszony do przeniesienia bloga. Po uwagach kilku czytelników, postanowiłem skorzystać z własnej domeny i niezależności, którą ona daje. Na starej platformie nie napiszę już żadnego posta, poza tym, w którym informuję o przeniesieniu bloga.

Udało się przenieść wszystkie wpisy z bloksa. Niestety, prawie 35 tysięcy komentarzy (tak, tak, 35000!!) pozostało na bloksie. Jeśli ktoś wie, w jaki sposób je uratować, choćby przez zdeponowanie ich w jakimś miejscu, proszę o kontakt. Bardzo chciałbym uratować te komentarze. To one powodowały, że blog ten stał się jednym z najpopularniejszych blogów na platformie bloksa.

Mój adres mailowy na portalu gazeta.pl działa nadal, jednak w duchu nowej odsłony, mam też nowy adres: habilitant2012@gmail.com.

Poza tym, nie zmienia się nic, ja nadal piszę, czytelnicy czytają, a grupa (zmieniająca się, ale chyba coraz większa) czytelników komentuje ignorując to, co piszę. Komentarze pozostają niemoderowane, mam nadzieję, że z czasem nie będzie nam przeszkadzał spam.

Zastanawiałem się, czy sugerować to, piszący komentarze zachowali swoje nicki.  Myślę, że dobrze by było, gdybyśmy mogli się rozpoznawać. Z drugiej strony jednak, każdy ma teraz szansę na nową odsłonę.

Mam jeszcze prośbę. Proszę nie krytykować nowego szablonu. Został wybrany ze względu na prostotę i (podobno) funkcjonalność. Mam nadzieję, że nikogo nie będzie bardzo raził. W każdym razie to jest teraz ten szablon i już.

Jeśli ktoś ma pomysł na zdjęcie na górę strony głównej, proszę dać znać.

To chyba wszystko. Nową odsłonę czas zacząć.

 

Megalomania akademicka (28.02)

Profesor Śliwerski piszeo nowym czasopiśmie pedagogicznym. Mam nadzieję, że Polish Educational Studies dostanie punktów ze dwie kopy, a może nawet jeszcze więcej. Może nawet tysiąc pincet, sto dziewincet!

Ja to najpierw to chciałem się powyzłośliwiać na temat języka. Ale jak już się napatrzyłem na to  „Emeritus Honored Editor”, to sobie pomyślałem, że w radzie są piękne polskie unwersytety. Oto dwa, które zwróciły moją szczególną uwagę:

University of Lower Silesia

Maria Grzegorzewska University

Nie jestem pewny w stu procentach, ale ten pierwszy to chyba wrocławska DSW, a ten drugi uniwersytet to szkoła z Warszawy. Są oczywiście inne. Na przykład, oto uniwersytet (zapewne) z tradycjami:

The University of Dabrowa Gornicza,

nie mówiąc o tak wybitnych instytucjach jak:

University of Social Sciences and Humanities

Kozminski University

Ten drugi brzmi właściwie tak samo jak Harvard University, albo Johns Hopkins University, którego w Polsce zazwyczaj przerabiają na zwykłego Johna.

I piszę te słowa, żałując, że nie ma w języku angielskim słowa, które byłoby jeszcze lepsze niż ‚university’. Bo wszystkie polskie uczelnie tak właśnie by się po angielsku nazywały. Pozostaje mi więc tylko napisać do London School of Economics, że oni takie głupki są, bo mogliby się nazywać, na przykład, The Econonic University of London, a nie chcą. Mógłbym też napisać do SWPS, żeby się nazywali, no, na przykład, Warsaw School of Social Psychology, ale oni to na pewno nie załapią, o co chodzi. Niechże się więc rektor SWPS na księcia, ba, na cesarza, przemianuje. Będzie jeszcze dostojniej.

 

Czerwona kreska (26.02)

Jako że pisałem o nieudanych habilitacjach wcześniej, z kronikarskiego obowiązku postanowiłem odnotować koniec batalii dr. Marka Migalskiego o uzyskanie habilitancji. UKSW (znany w pewnych kręgach jako Uksford) nadał politykowi stopień, kończąc tym samym 10-letnią drogę przez recenzje.

Tak jak poprzednio, nie mam zdania na temat habilitacji dr. Migalskiego. Mam jednak komentarze. Po pierwsze, cytowany w linkowanym artykule Antoni Dudek napisał:

W dniu dzisiejszym Rada Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW po długiej dyskusji zatwierdziła w tajnym głosowaniu habilitacje dra Marka Migalskiego. Za głosowało 36 członków Rady, przeciw 1, zaś 3 wstrzymało się od głosu. W ten sposób po 10 latach habilitacyjna odyseja dra Migalskiego, która niestety wystawia fatalne świadectwo polskiemu środowisku akademickiemu znalazła swój finał.

I rzeczywiście, warto przypomnieć, że w poprzednich postępowaniach, dorobek dr. Migalskiego uzyskiwał pozytywne recenzje. To rady naukowe odrzucały jego wniosek. Gdyby trzymać się osądu recenzentów, habilitant powinien był uzyskać habilitację już dawno temu.

Jednak sprawy nie są aż tak oczywiste. Twitter podrzucił mi ciekawy tweet w którym autor pisze:

Taka była „hipoteza” habilitacji dr. Migalskiego. I tak, startował w „naukach o polityce”, a nie w poezji, publicystyce, zawodach metaforycznych czy opowiadaniu bajek

https://twitter.com/BrzezinskiMich/status/1097938882925088769

.com/Brzezins

Hipoteza była o tym, że rząd PiS z determinacją podjął się „dzieła budowania narodu”. Przyznam, że nie znam się za bardzo, jednak mam duże wątpliwości co do falsyfikowalności takiej hipotezy. Na cytowanym już zresztą tutaj blogu, prof. Jaskułowski zrecenzował dzieło Migalskiego w poście pod znamiennym tytułem:  Jak nie pisać o narodzie.

I teraz uwagi natury ogólnej. Nigdy nie lubiłem Migalskiego-polityka. Nie lubię jego poglądów, nie lubię jego polityki. Jednak mój komentarz dotyczy wszystkich naukowców-polityków, również tych, których (jeśli tacy są) lubię. Wolałbym, żeby naukowiec, który stał się politykiem, został w polityce. I żeby polityk, obojętnie, czy po sukcesach czy po okresie politycznej nędzy i rozpaczy, nie wracał do nauki. Chciałbym, żeby kierunek na linii nauka-polityka odbywał się tylko w jedną stronę i żeby nie było powrotu. Moim zdaniem, jest to szczególnie ważne w naukach społecznych i humanistycznych. Naukowiec polityk niesie ze sobą bagaż polityczny, którego, jak to kiedyś mówił Andrzej Drawicz, nie sposób zostawić w szatni. Nie chciałbym też, żeby mnie uczył profersor-polityk. Bałbym się, czy nie zostanę uwalony, gdy wygłosze poglądy niezgodne z linią partyjną egzaminatora.

Oczywiście, bez żadnych wątpliwości, jest dla polityków miejsce na uczelniach. Ba, były MSZ pracuje obecnie na Harvardzie! Niech jednak (były-)polityk nie udaje, że jest badaczem, naukowcem, niech nie prowadzi doktorantów. Rozdzielmy politykę od nauki. Niech to będzie nasza gruba czerwona kreska.

Rektor to ma klawe życie (15.02)

W komentarzach pojawiła się linka do artykułu prof. prof. Dominika Antonowicza i Tomasza Pietrzykowskiego na temat nowej ustawy, zwanej, nie wiadomo dlaczego i po co, Konstytucją dla nauki. Artykuł jak artykuł, postanowiłem jednak zareagować, bo mnie zwyczajnie wkurzyły peany autorów na temat ‚urealnionej autonomii’ uczelni. Panowie Profesorowie piszą o tym, że teraz będzie ważniejszy rektor, a uczelnie będą mogły sobie statuty same pisać. Autonomia całą gębą!

I zastanawiam się, czy autorzy tak na poważnie, czy może jednak nie rozumieją. Nie rozumieją, że dopóty dopóki MNiSW ustala zasady finansowania dydaktyki, badań, a na dodatek wyznacza ramy parametryzacyjne uczelni, o żadnej autonomii nie może być mowy. Na tym blogu dyskutowano już nie raz zasady parametryzowania dyscyplin, podważanie interdyscyplinarności, zmiany w uprawnieniach do nadawania stopni i wiele innych. One wszystkie w rzeczywistości ograniczają tę wychwalaną autonomię.  Inymi słowy, gdzie tu autonomia, jeśli moi pracownicy nie mogą publikować książek, choć na całym świecie w historii to one się liczą, bo minister sobie tego zażyczył?!

Chciałbym, żebysmy mieli jasność. To minister ustala, co powinniśmy publikować!! I to jest autonomia uczelni? Panowie Profesorowie się ogarną, co?

Nonsensem jest twierdzenie, że badacze teraz będą mogli siebie nawzajem dobierać, a tematy badawcze będą sobie dzielnie sami tworzyć, bo w rzeczywiwstości to MNiSW wyznacza ramy takich działań. A osławiona lista wydawnictw podważa jakiekolwiek działania projakościowe! Zaiste nie rozumiem pomysłu, że to napisanie własnego statutu tworzy tę prawdziwą autonomię. A jak już rektor zostanie królem (na UW i UJ cesarzem), to już będzie naprawdę świetnie.

Nawiasem mówiąc, uważam, że pomysł, iż jednoosobowa władza na uczelni jest lepsza od wspólnego namysłu, jest zwyczajnie głupi. Pomijam już takie rzeczy jak na przykład wybieralność rektora, która moim zdaniem znacznie komplikuje rolę rektora-cysorza.

Nie jestem prawnikiem, ale wydawałoby mi się, że to nie ustawa tworzy autonomię uczelni. I jeśi już, to autonomię stworzyłby BRAK ustawy. I bardzo bym prosił nie pisać już o ‚konstytucji dla nauki’, jako o najlepszej rzeczy, która się przytrafiła polskiej nauce od czasu zejścia ludzkości z drzewa.

Opublikowano łącznie….

Zwrócono mi uwagę na Sprawozdanie 2016 – Polska Akademia Nauk w liczbach. Mój korespondent zachęcił mnie to wyszukania frazy „opublikowano łącznie”, no więc poszukałem. Oto obraz naszej naukowej elity w Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych:

  • Instytut Archeologii i Etnologii, opublikowano łącznie 336 prac, z czego 75 w recenzowanych czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym;
  • Instytut Badań Literackich (kategoria A+), odpowiednio, 528 – 36;
  • Instytut Filozofii i Socjologii (kategoria A+), 298 – 23;
  • Instytut Historii (kategoria A+), 684 – 21;
  • Instytut Historii Nauki, 181 – 25;
  • Instytut Języka Polskiego, 104 – 18;
  • Instytut Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych, 59 – 4;
  • Instytut Nauk Ekonomicznych, 70 – 5;
  • Instytut Nauk Prawnych, 277 – 1;
  • Instytut Psychologii, 62 – 30;
  • Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa, 64 – 4;
  • Instytut Slawistyki, 229 – 11;
  • Instytut Studiów Politycznych, 264 – 18;
  • Instytut Sztuki (kategoria A+), 445 – 68.

Powiedziałbym, że temu palantowi w naukach prawnych, co obraz zaburza, dałbym naganę. Storpedował narrację o tym, że w prawie się nie da. Z drugiej strony wynik Instytutu Nauk Prawnych, który publikuje 276 razy więcej na rynku lokalnym niż międzynarodowym, budzi zachwyt.

Obraz PAN, jaki wyłania się z tej krótkiej listy, jest tyle mizerny, co nierówny. Jak zwykle przewodzą psycholodzy, jak zwykle historyków wena nie opuszcza. Obraz ten pokazuje również, że skala niemożności międzynarodowej dyscyplin jest znacznie szersza niż mogłoby się wydawać. O ile prawnicy zawsze tłumaczą, że w prawie nie ma sensu publikować nie po polsku, o tyle niemiędzynarodowa slawistyka dziwi. Wybitnie lokalny instytut rozwoju rolnictwa, powiedziałbym, zaskakuje, a już politologia, która nie występuje na świecie, szokuje.

A to wszystko w instytucji, która zajmuje się (prawie) tylko badaniami. PAŃstwo nie latają od zajęć do zajęć i nie organizują zaliczeń. Trochę chciałbym, żeby w związku z tym pokazali nam wszystkim, jak się robi naukę.

Na końcu dodałbym jeszcze, że skoro niektóre z powyższych instytutów zdobyły kategorię A+, większość pozostałych ma A, to aż strach pomyśleć, jak wyglądają polskie nauki humanistyczne i społeczne w jednostkach z kategorią B.