Łódź na mieliźnie

Dziennik Łódzki ogłosił plebiscyt na łódzką osobowość akademicką minionego roku. Mamy oto listę kilkudziesięciu osób, na które możemy głosować. Żal, co prawda, że nie ma na liście osoby w Łodzi akademickiej zasłużonej najbardziej, no ale niezbadane są wyroki redakcji DŁ.

Zacząłem się wczytywać się w uzasadnienia nominacji. Oto niektóre z nich. Nominatami zostali wybitni łodzianie za:

  • pokazywanie, że na studiowanie nigdy nie jest w życiu za późno (oj, czasem jest)
  • książkę pt. Piekło doktoratu (i potem się dziwić, że na habilitację nie ma sił)
  • znalezienie zastosowania dla łódzkiego grafenu (aż człek by się chciał dowiedzieć, co z grafenem warszawskim, bydgoskim oraz szczecińskim)
  • kierowanie pracownią, która porównuje DNA współczesnych Polaków z DNA naszych przodków sprzed tysięcy lat (mają już DNA króla Ćwieczka, pracują nad smokiem wawelskim)
  • otworzenie w Łodzi dwóch nowych wyższych uczelni teologicznych (i ja tu nie wiem, co powiedzieć)
  • pokierowanie studentami PŁ (a inni jak dzieci we mgle)
  • pielęgnowanie historii bełchatowskiej farmacji i medycyny (i to pieczołowite!)
  • kierowanie Biurem Współpracy z Zagranicą UŁ (codzienne!).

Nie jest moim zamiarem umniejszanie sukcesów tych i innych nominatów. Cieszę się, że kierownik kieruje, a nauczyciel akademicki uczy, a pracownia od badania DNA, uwaga, bada DNA. Cieszę się więc, że jest normalnie (w miarę, przynajmniej). Nie jestem jednak przekonany, że osobowość akademicka to kto, kto po prostu wykonuje swoje obowiązki, albo ma hobby i se studiuje. Zaiste na mieliznę łódź łódzkiej akademii wpłynęła, jeśli to są te najwybitniejsze osiągnięcia.

Martwi mnie też trochę to, że jak wygra Piekło doktoratu, to w Łodzi nie będą się już nawet doktoryzować. Zacząłem się zastanawiać też nad piekielnymi metaforami dla promotora, recenzentów i rady naukowej. Któż jest Lucyferem w tym piekiełku?

Życzę wszystkim nominatom sukcesu, mając po cichu nadzieję, że część z nich nawet nie wie, że zostali nominowani. Jeśli wiedzą, to współczuję, że na niektórych nawet rodzina i znajomi na nich nie zagłosowali. No, ale, shit happens.

Dziękuję osobie, która zwróciła mi uwagę na ten niezwykły plebiscyt.

Bez wodki nie razbieriosz

Oto pierwszy wpis w roku 2020. Chciałbym przypomnieć, że założyłem tego bloga w 2012 r. W najśmielszych marzeniach nie sądziłem….Ostatnio na blogu odnotowuję ok. 10 tysięcy odsłon tygodniowo. Ostatni rok to 380 tysięcy odsłon przy 15 tysiącach użytkowników. Miesięcznie pojawia się ok. 2-2.5 tysiąca  komentarzy (ale są znaczne różnice między miesiącami).

Blog jest czytany głównie w Polsce, a pierwsza 10 krajów to USA, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Kanada, Szwecja i Francja (na 10 miejscu jest kraj nieokreślony). Warto dodać, że w zeszłym roku na bloga weszli użytkownicy z 82 krajów, w tym z Togo, Uzbekistanu czy z Wybrzeża Kości Słoniowej.

A teraz wpis.

Nadrabiam zaległości w czytaniu blogu prof. Śliwerskiego. Piętnuje on ostatnio pseudonaukę i wszelkie inne nieetyczne patologie naukowe. Zastanowił mnie jednak jeden z wcześniejszych wpisów, w którym pedagog recenzuje artykuł, uwaga, zwykłego magistra. Wszak autor nie może być po prostu autorem, autor dla naszego pedagoga musi zostać zidentyfikowany stopniem/tytułem. Tak, żebyśmy mogli od razu wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Śliwerski pisze tak:

W najnowszym numerze kwartalnika Polskiej Akademii Nauk – NAUKA (4/2019) został opublikowany interesujący tekst socjologa – mgr. Łukasza Remisiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, który – choć nie rozumie w pełni procedur w postępowaniach habilitacyjnych, gdyż sam nie przeszedł jeszcze przez pierwszy próg – to jednak, pomimo słabych miejscami analiz i interpretacji przeprowadził niezwykle ważne badanie dokumentacji 196 postępowań habilitacyjnych z socjologii.

Nie napiszę, że nie wierzę własnym oczom, bo na blogu superpedagoga nie takie rzeczy już czytałem, jednak zaskoczyła mnie teza, że ktoś, kto nie ma habilitacji, nie może zrozumieć jej procedur. Usiłuję sobie wyobrazić konsekwencje tej tezy.

Myślę o tych wszystkich  habilitantach, którzy jak dzieci we mgle naiwnie myślą, że pojęli, o co idzie, a przecież, durne pały, nie mogli, bo tejże habilitacji jeszcze nie mają. Tylko doktor habilitowany może w pełni rozkminić habilitację, a i tak nie wiadomo, czy bez wódki to by się udało.

Jednak mój post nie ma być jedynie okazją do nabijania się ze prof. Śliwerskiego. Otóż przyznam szczerze, że mnie wkurza bardzo, jak to człowiek, który trzęsie polską pedagogiką argumentuje ad hominem. Czy naprawdę w rozumieniu argumentacji autora Remisiewicza potrzebna jest ta wrzuta, że on nie rozumie, bo on zwykły magister?

Prof. Śliwerski co rusz pisze o etyce, widząc wszędzie zabrudzone oczy, a może by tak się zastanowił nad belkami w swoich. Na przykład nad wpisami takimi jak ten z dość marną polemiką z dr Grubą. Bo przecież nie da się polemizować bez szafowania kompromitacją, a jeszcze, hahahaha, zamiast odmieniać nazwisko ‚Gruba’ jak nazwisko, lepiej jeszcze przywalić jej odmianą jak przymiotnika. Nie znam się, ale wydaje mi się, że przywalimy dr Grubie, a nie dr Grubej, nie? Ale to drugie jest przecież fajniejsze. Jakiż zabawny ten post…..I jakoś kodeks etyczny niedawno cytowany na blogu nie przeszkadza recenzować członkowi CK a teraz RDN postępowań habilitacyjnych….bo przecież o dobro nauki tylko chodzi!

Kończę wpis,  dedykując znaną balladę Jana Kaczmarka doktorantom i habilitantom, którzy myślą, że rozumieją….Oj naiwni, naiwni…. Może to właśnie o nich śpiewał mistrz Kacz Marek.

 

Oby nam nudniej było

Mija kolejny rok, ba, kończy się dekada (bardzo proszę o niewszczynanie debaty na temat tego, że TAK NAPRAWDĘ, to dekada się kończy w przyszłym roku). Jest coraz straszniej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozpoczynał się rok, a ja nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie, jaki może być jego koniec.

Zamiast więc tradycyjnie szczęśliwego, życzę wszystkim czytelnikom oraz dyskutantom jak najprzewidywalniejszczego nowego roku. Spokojnego też.

Jak zwykle zwracam się do wszystkich z prośbą o listy w sprawach akademickich. Gwarantuję anonimowość, a Państwa listy są źródłem najciekawszych postów.

Do siego roku!

Temat zastępczy

Pod poprzednim wpisem rozpoczęła się dyskusja na temat zniesienia habilitacji. Pomyślałem sobie, że warto by ten temat przenieść do nowego wpisu. Zacznę od kilku uwag na temat zniesienia habilitacji, które robiłem przez ileś tam lat. Jestem raczej przeciwny zniesieniu habilitacji, a przynajmniej przeciwny dzisiaj. Taki ruch należałoby przygotować. Oto kilka argumentów.

  1. Myślę, że niekontrowersyjne jest stwierdzenie, że każdy system ma jakąś formę awansu podoktorskiego. Czy nazwiemy to tenure czy habilitacją, nie jest to kluczowe. Różnica jest taka, że w Polsce stopień jest państwowy, a w USA jest uczelniany.  Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości, na większości uniwersytetów awans jest międzynarodowy (przynajmniej jeśli idzie o standardy i recenzentów), a poziom, który się osiąga jest w dużej mierze uznawany. Niewiele osób osiągając stanowisko podoktorskie – habilitację, associate professora czy readera, wraca w następnej pracy na stanowisko niższe. Choć formalnie nie ma stopnia, w praktyce stanowisko jest quasi-stopniem.
  2. Dużo większym problemem jest jakość postępowań. Nie rozumiem, jak zniesienie habilitacji zmieni ją. Moim zdaniem, jeśli stanie się cokolwiek, to raczej obniżenie jakości. Bo nic nie będzie transparentne. Co prawda, czytający ten blog prorektor UW nie wypowiedział się, jednak mam nadzieję, że UW poszło w pięty. To porządna uczelnia dbająca o wizerunek, a ten blog czytany jest nie tylko w Polsce. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało, że takie postępowania będzie można ukryć dużo łatwiej.
  3. Nie ma żadnych powodów, żeby dzisiaj habilitacje i profesury nie miały recenzentów i standardów międzynarodowych. Jeśli nie mają, to znaczy, że środowisko tego nie chce. Dlaczego miałoby się to zmienić po zniesieniu habilitacji?
  4. Przypadek umarzania postępowań habilitacyjnych jest, moim zdaniem, argumentem za ich utrzymaniem. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało jeszcze więcej przysiadów i przykuców po to, by ci co mają dostać stanowisko, dostali je. Działamy w systemie, który jest wysoko skorumpowany (akademicko). Rzetelność recenzji jest niska, towarzyskość postępowań wysoka. Ja już brałem udział w debatach nad doktoratami, jak i habilitacjami, w których argumentem było: Ale przecież on jest nasz, to jest Zenek, a nie jakiś obcy. Jak zmieni to zniesienie habilitacji?
  5. Wreszcie, ja się zgadzam z poglądem, że zniesienie habilitacji powinno być poprzedzone okresem przygotowawczym. Okresem, w czasie którego uczelnie zaczną stosować swoje własne reguły gry, będzie to poddane audytowi (kto to będzie robił – nie mam pojęcia). I jak już dojdziemy do momentu, że szanujemy samych siebie, można by znieść habilitacje. Zniesienie habilitacji z dnia na dzień pogrąży nas w jeszcze większym chaosie.
  6. Warto też skończyć z mitami, że ‚na zachodzie’  w dzień po obronie doktor staje się promotorem doktoratu.  To nieprawda. Przede wszystkim w systemie anglosaskim rzadko występują pojedynczy promotorzy. zazwyczaj doktorat promuje kilka osób. Wśród tych kilku osób są również świeżo upieczeni doktorzy, ale nie mają oni roli głównego promotora. Skoro w Polsce nadal najczęściej jest  jeden promotor, to nie, nie powinien być to ktoś świeżo po doktoracie To powinien być ktoś znacznie bardziej doświadczony.
  7. Na koniec. Temat zniesienia habilitacji jest tematem zastępczym. Wraca regularnie, żebyśmy się wykrzyczeli na jego temat. Gdyby jutro znieść habilitację, zapanuje chaos. Polska nauka przejdzie przez ten chaos. Czy będzie przez to lepsza? Nie, nie będzie.

Słoma habilitacyjna

Oto postępowanie habilitacyjne z geologii na, uwaga, uczelni zacnej, badawczej, a jakże, bo na samym Uniwersytecie Warszawskim. Aż piszący te słowa czuje presję wielkości.

W postępowaniu tym znajdujemy trzy recenzje, z których jedna jest negatywna, druga jest pozytywna ‚w stopniu minimalnym’, a trzecia jest pozytywna. Przyznam szczerze, że recenzji nie czytałem (nie chciało mi się) – zaglądnąłem jedynie do konkluzji. Pomimo tego, że recenzenci napisali (być może nawet dostali za to honoraria), postępowanie umorzono.

Smaczku dodaje to, że, jak się dowiadujemy z recenzji w postępowaniu poniższym, komisja habilitacyjna zebrała się i negatywnie zaopiniowała dorobek habilitanta. I jak już zaopiniowała, to wtedy rada wydziału umorzyła postępowanie. I ja bym powiedział, że to są kompletne i całkowite jaja.

Uważam, że rzeczone umorzenie jest skandaliczne. Recenzenci się wypowiedzieli, komisja habilitacyjna się wypowiedziała. jaki to więc ważny interes społeczny przemawia za tym, żeby powiedzieć, że to wszystko się nie liczy.

Mówiąc ogólniej, ja nie rozumiem umorzeń z zasady. Tak się składa, że jakieś pół roku temu głosowałem w sprawie umorzenia postępowania. Podnoszono dwie kwestie. Po pierwsze, to, że umarzamy, nie może oznaczać tego, że nie ponosimy kosztów. Po drugie, ważniejsze, nie możemy sobie robić sami z siebie jaj. Habilitacja to zbyt poważna sprawa, żeby sobie składać wniosek, a potem się rozmyślić. I ja się z tym zgadzam. Nie można się wycofywać z postępowania habilitacyjnego dlatego, bo grozi nam nienadanie stopnia. Jedynym sensownym powodem umorzenia mogłoby być to, że habilitant nie chce już pracować naukowo, dostał objawienia, idzie do klasztoru. Albo słonie ratować na Serengeti. Jeśli nie, to procedujemy do końca. Szanujmy się nawzajem, do cholery!

Jak już wskazałem, sprawa tej habilitacji jednak nie skończyła się wtedy. Otóż pół roku temu habilitant wnioskuje o wszczęcie nowego postępowania habilitacyjnego. Choć muszę powiedzieć, że nie jestem pewien, czy postępowanie jest nowe. Habilitant składa ten sam autoreferat (co uczciwie zaznacza). Powołuje się tę samą komisję, a recenzenci piszą te same recenzje. Jedna jest pozytywna, druga jest pozytywna w stopniu minimalnym, trzecia jest negatywna. Podobieństwo  postępowań jest na tyle duże, że recenzent negatywny pisze to wprost – nic się nie zmieniło, więc nie zmieniła się też jego ocena. Aż człek by się chciał dowiedzieć, czy posiedzenia w tych samych salach o tych samych porach się odbywały.

Niestety, nie dowiadujemy się, jaka była decyzja komisji habilitacyjnej, dokument nie jest zawieszony na stronach habilitacyjnych Wydziału Geologii UW (trzeba jednak przyznać, że to nie tylko w przypadku tego habilitanta nie ma tego dokumentu). Habilitacja jednak przeszła.

A ja mam kilka pytań. Co takiego się zmieniło w ocenie dorobku, że tym razem ta habilitacja przeszła? Czy każdy habilitant na UW może „sobie  umorzyć” postępowanie habilitacyjne, bo mu się decyzja komisji habilitacyjnej nie podoba? I wreszcie: czy u państwa, na Uniwersytecie Warszawskim, tak ogólnie takie jaja się robi? Bo ta nieustanna wyższość, z jaką mówią przedstawiciele UW, pół biedy, że irytuje, ale naprawdę nie licuje z  takim postępowaniem.

Podobno ten blog czyta prorektor UW. Może zechciałby odpowiedzieć na moje pytania. Bo wy, do ciężkiej cholery, macie świecić przykładem. A jeśli takie jaja są na UW, to czego tu oczekiwać w jakiejś Pipidówie? UW jest (podobno) polską czołówką, chce się gonić międzynarodowo. A okazuje się, że wam habilitacyjna słoma wychodzi z postępowań.

 

Wygraliśmy

Po turbulencjach, na który napotkał poprzedni wpis, postanowiłem napisać coś bardziej pozytywnego. I jest to więc wpis o zwycięstwie.  Wygraliśmy bitwę o tytanki! Rada Języka Polskiego wydała oświadczenie, że wręcz brakuje im żeńskich form językowych.

Nie podejmuję się skomentowania najnowszego oświadczenia RJP. Zrobił to jednak wczoraj prof. Galasinski, który na swym blogu trochę wyśmiewa się ze zwrotu o 180 stopni dokonanego przez Radę. Jeszcze parę lat temu, końcówki żeńskie były ósmą plagą egipską zesłaną na język, psuły go w stopniu wysokim. Kilka dni temu zaszła dobra zmiana. Rada stwierdziła, że nie dość, że feminatywy niczego nie psują, to na dodatek szkoda, że nie ma ich więcej.

Przyznam, że chciałbym być na tym posiedzeniu Rady, gdzie ktoś musiał wcześniej rozdać młotki, którymi szanowne grono się stuknęło i zobaczyło może nie tyle jasność, ale przynajmniej feminatywy. Może również zobaczyło swą przyszłość w charakterze językowej dinozaurii. Wiem, że są członkowie Rady, którzy zaglądają tutaj (nie powiem, kto i nie powiem, skąd wiem), mam więc bardzo cichą nadzieję, że usłyszymy jakąś ploteczkę czy dwie z tegoż posiedzenia.  Tak czy owak, profesory, ministry, dziekany i inne panie zostają. Wygraliśmy!

Mam też komentarz. Wielokrotnie pisałem o tym, że nauka nie powinna się mieszać do polityki. Powinna jednak być platformą rozwoju społeczeństwa. Nie mam  wątpliwości, że nauka powinna promować społeczną równość, jakakolwiek byłaby to równość.

I tu się miał post zakończyć. Dodam jeszcze, że bardzo się cieszę, że Śląski Uniwersytet Medyczny zaprzestał współpracy (tu linka)  z wykładowcą, który głosi opinie homofobiczne podając je, jak można wnioskować ze slajdu w artykule, jako naukowe (tu linka do kolejnych slajdów – polecam szczególnie bibliografię). Nauka wcale nie mówi o tym do ‚pasują do siebie’ tylko mężczyzna i kobieta. To zwykłe nadużycie. Podobnie jak nadużyciem jest twierdzenie o stabilności związków (tu linka do artykułu, który znalazłem w ciągu 5 sekund, tu drugi, tym razem blog, pokazujący bardziej skomplikowany obraz). To właśnie za takie przekłamania należało rozwiązać umowę z wykładowcą. I dobrze, że rozwiązano.

Zdarzyła się gratka, złamać życie studentce

Po mediach i po blogu przechadza się historia studentki medycyny, która nagrała bardzo wulgarne video na temat Ukrainki, która miała zająć jej miejsce w pociągu. Oglądałem  część tego nagania, nie zdzierżyłem. To taki bluzg, rzyg werbalny kogoś, kto zawodowo ma być empatyczny, pomocny itd. Jej uczelnia z Warmii, Mazur i okolic się odniosła, studentkę zawieszono. Jakby tego było mało, to teraz nawet studenci chcą, że ja ze studiów wyrzucić (tu linka) . A mnie, mówiąc szczerze szlag chce trafić. I modlę się do św. Hipokryzji, żeby mnie nie trafiło.

A szlag mnie trafia dlatego, że co rusz rozmawiamy o przeróżnej maści adiunktów, docentów i profesorów, którzy pieprzą jak potłuczeni, wypowiadają słowa, które w większości cywilizowanych krajów skończyłyby się wypieprzeniem z pracy. I co? I nic. Wolność słowa.

Przed chwilą jedna profesorka rzuca oskarżenia (politycy się za nią wstawiają), zdurniały pedagog-homofob dostaje nagrody od jakichś patriotów. Inny palant chce strzelać do demonstrantów, kolejny kretyn z uczelni badawczej  wypowiada słowa, których nie powstydziłby się esesman z Auschwitz. I co? No, nic. Wolność słowa, panie. 

A tu nagle przychodzi studentka medycyny, osoba młoda  i my z nią od razu lecimy do prokuratury? ! nawet u studentów wzmożenie moralne występuje i już się chcą pozbyć koleżanki z roku. Bo przecież od ich tolerancji słońce odbija się z jasnością taką, jak od zielonej muchy na świeżej kupie.

Ogarnijmy się, do cholery! Tak, ta studentka medycyny zrobiła cos idiotycznego. Ale  w domu, albo na uczelni, albo jeszcze gdzie indziej słyszy o tych złych Ukraińcach. Ale powiedzmy sobie szczerze, ona ma gdzie to wszystko usłyszeć. Ba, na tym blogu mamy kolegę uczonego, który parę dni temu pieprzy o wszystkich muzułmanach, bo kilka osób zwróciło się z prośbą. I ta jedna prośba daje dowód na to, że muzułmanie ogólnie są roszczeniowi. Tak, panna z Olsztyna użyła słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, ale czy naprawdę jej wypowiedź tak bardzo różni się od wypowiedzi, którym co rusz różne osoby dają tu odpór w dyskusjach?

To, co (i jak) ona powiedziała, można przeczytać na połowie polskiego internetu, a teksty te pisane są pod imieniem i nazwiskiem ich autorów. Ludzie się podpisują nie dlatego, bo są tak odważni, ale dlatego, bo uważają, że ich poglądy są dopuszczalne. Mieszczą się w granicach cywilizacji. I tej durnej studentce  po prostu wydawało się, że ona też może. Tylko ona chciała ‚na grubo’, jeszcze lepiej niż wszyscy inni.  No to rzuciła paroma kurwami, a na dodatek powiedziała, że ją stać. Jest wielka. Ale na nieszczęście dla niej okazało się, że ona nie profesor, ani nawet marny adiunkt, ona to zwykły ciućmok, który co najwyżej może se nagwizdać.

A my wszyscy, z uniwersytetem znad jezior i lasów znaleźliśmy sobie doskonałą ofiarę. Bo my wszyscy jesteśmy przecież oburzeni. A sam UWM teraz pokaże, jaki to jest tolerancyjny, dialogowy i ogólnie pławiący się w promieniach różanopalcej Jutrzenki. A rektor będzie dzisiaj spał spokojnie, zadowolony, że aż tyle pieczeni upiekł. A wszystko bezpiecznie i niekontrowersyjnie. Alleluja.

O święta Hipokryzjo, jak mnie wkur.iają te podwójne standardy. Jedne dla tych, którzy mogą każdą obrzydliwą bzdurę powiedzieć i drugie dla niewychowanej panny, która popełniła błąd. I za ten błąd życie jej złamiemy, klaszcząc ąż nam dłonie odpadną.  Bo ona taka rasistowska, nietolerancyjna. Żałosne.

I nie, nie proponuję jej pogrozić paluszkiem. Zacząłbym od obowiązkowych kursów tolerancji. Potem kazałbym jej pracować w ośrodku dla azylantów. Kazałbym jej chodzić na uniwersytecie z flagą ukraińską przez miesiąc. Niech zazna takich ludzi, jako ona sama. Może dojdzie do jej durnego łba, jak bardzo mają przewalone ludzie, których tak nienawidzi. A jak nie dojdzie? No to nie dojdzie. Na tym blogu  pojawiają się czasem takie teksty, że osobom, które je piszą, ręki bym nie podał. I co? I nic. Żyjemy.

Uwaga. Po komentarzu jednego z użytkowników, stonowałem wpis. Bo okazuje się, że choć jest to naprawdopodobniej jedyny tekst w cywilizowanym internecie, który studentki broni.

 

Walka o tytanki

Pomyślałem sobie, że włączę się w medialną debatę na temat końcówek i innych feminatywów, które zresztą pojawiły się i w komentarzach tutaj. Włączam się z powodu dwóch postów na blogach. Pierwszy to  post na blogu prof. Napiórkowskiego, semiotyka śledzącego mity współczesne. Napiórkowski nie tylko się wypowiada na temat feminatywów, on mówi, że to problem dużo  praktyczniejszy niż abstrakcyjne rozważania na temat języka. I wcale nie jest takie oczywiste, że mamy znacznie ważniejsze problemy.

Przykład semiotyka dotyczy zakładanej perspektywy męskiej w badaniach nad bezpieczeństwem samochodów. Samochody, relacjonuje Napiórkowski, są bezpieczne. Ale dla mężczyzn, bo manekiny oparte są na wzorcu ciała męskiego. Z tego argumentu, który zresztą mnie przekonuje,  Napiórkowski wywodzi, że warto stosować żeńskie końcówki, nawet jeśli nas dzisiaj rażą. Warto walczyć o nowy język, bo to czasem sprawa życia i śmierci.

Jednak odpowiada na ten argument prof. Galasiński. Tak, mówi lingwista, oczywiście, że można mówić o domyślnej męskiej perspektywie, tyle że te końcówki niewiele zmienią. Ba, same kobiety ich nie chcą. O ile rozumiem argumentację, to można by ją zastosować do znanego ‚dowcipu’ o sytuacji kobiet. Po tym, gdy kobieta mówi coś ważnego, dziekan mówi: dziękuję, czy mógłby teraz jakiś mężczyzna powiedzieć to, co powiedziała pani profesor? Galasiński mówi, że zmiana ‚profesor’ na ‚profesorka’ jest nieistotna. Ważniejsze jest to, żeby nie było przyzwolenia na takie sytuacje.

Nie znam się, nie będę stawał po żadnej stronie. Cytuję oba blogi z kilku powodów. Po pierwsze, pomyślałem sobie, że warto się odnieść do problemu  chyba dużo ważniejszego społecznie niżby się wydawało. Po drugie, podoba mi się polemika jednego profesora z drugim, bez zacietrzewienia, kulturalnie, bez chrzanienia o kompromitacji (tu puszczam oko w kierunku oczywistym). Chętnie zresztą zobaczyłbym odpowiedź Napiórkowskiego. Po trzecie, ja sam uważam, że może czas nazwać nasze koleżanki np. tytankami nauki. Co prawda ‚tytanka’  kojarzy mi się z Tańczącym z wilkami, w którym bizon był nazwany w lokalnym języku ‚tatanka’,  ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Po czwarte wreszcie, wkurza mnie ciągłe dezawuowanie ludzi, którzy zajmują się dżenderem.

No to się włączyłem. Uprasza się o niewrzeszczenie w komentarzach.

 

Profesorska przysługa

Pojawiła się petycja w sprawie profesury Michała Bilewicza. Gdy to piszę  110 osób ją podpisało, firmuje ją prof. Roland Imhoff.  A ja się nie mogę zdecydować, czy ona mi się nie podoba, czy mi się bardzo nie podoba. Petycja sugeruje, że niepodpisana nominacja profesorska dotyczy wyłącznie dr. Bilewicza, a na dodatek. że prezydent Duda nie podpisuje jej dlatego, bo Bilewicz bada uprzedzenia. A wszystko jest bez precedensu.

No i nie podoba mi się ta petycja, bo tu zapewne wcale nie chodzi tylko o jednego Bilewicza, a sprawa wcale nie jest bezprecedensowa. Wątpię też, by wstrzymywano Bilewicza przez jego badania. Wkurza mnie też, że świat w postaci prof. Imhoffa czy kogoś innego nie stanął w oburzeniu, gdy 10 lat temu mieliśmy pierwszą zamrażarkę profesorską (o czym parę osób i  tutaj i Twitterze już pisali).  Dziesiątki profesorantów czekało wtedy na prezydencki podpis, żaden z nich jednak nie miał tak dobrego kolegi jak prof. Imhoff.

Nie znam Bilewicza, darzę go jednak pewną sympatią jako uczonego o profilu publicznym, z żalem patrzę, jak jest obrzucany błotem szczególnie w mediach społecznościowych. Jednak w tym wszystkim nie o Bilewicza chodzi. Przecież tu nie chodzi o to, żeby Bilewiczowi dali, a inni dalej czekali, teraz czy za chwilę. Bo za innymi nikt się akurat nie wstawił. Jeśli idzie o cokolwiek, to o zasadę, a nie jednego psychologa, z mniejszym lub większym ego.

Zawsze uważałem, że tzw. profesura belwederska, a zatem nominowanie przez prezydenta,  jest czymś miłym. Fajną wisienką na miłym profesorskim torcie. Po raz drugi w niedługim czasie mamy prezydenta, który uznaje, że może sobie nie podpisać. Bo nie. Szkoda, bo zabiera nam tę wisienkę.

I niestety przykład dr. Bilewicza po raz kolejny  pokazuje, że profesura to zbyt poważna sprawa, by oddawać ja w ręce politykom.

Przy okazji jednak uważam, że petycja w sprawie jednej osoby, jakkolwiek sympatycznej, nie ma większego sensu. I stawiam orzechy przeciw migdałom, że jeśli coś ta petycja osiągnie, to to, że profesorant będzie czekał jeszcze dłużej. Bo przecież żaden Imhoff i jego klika nie będzie nam pluć w twarz i dzieci tumanić. Obawiam się, że ta petycja to niedźwiedzia przysługa dla p. Bilewicza.

No, ale zawsze mamy w zanadrzu  list otwarty. To listem uderzymy tam, gdzie naprawdę zaboli.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.