Skomplikowanie cepa

W najnowszym numerze Forum Akademickiego pojawiła się debata na tematy awansowe. Pisula, Galasiński, Stec oraz czwórka Wojtulek, Kamiński, Jarzembska i Jastrzębska dyskutują o tym, jak jeszcze lepiej zrobić habilitację.

Prof. Pisula i czwórka autorów mają propozycje zmian. Ten pierwszy chce tego, co już było – można się habilitować gdzie bądź, ale pod nadzorem Centralnej Komisji, tfu, znaczy Rady, w której tylko doskonałość da radę. Psycholog niestety nie odpowiada na pytanie, kto będzie kontrolował kontrolujących, a czasy minione (czyli dogorywającej CK) wskazują, że nie jest to problem trywialny.

Czwórka autorów chce z kolei fakultatywności habilitacji, żeby nie było wertykalnie. Bo wertykalnie jest źle, a bez habilitacji też można. No można, tylko że czworo autorów nie pochyla się nad szczegółami pytania, jak będzie przebiegał proces awansowy w uczelniach. Piszą, że jak już będziesz miał dorobek, to zostaniesz stanowisko, proste jak budowa cepa. A uczelnie będą teraz bardziej elastyczne. A wszystko zapewne będzie się odbywało zupełnie inaczej niż w habilitacji, która projakościowa nie jest. Wyjątkowej naiwności trzeba, by myśleć, że te procesy awansowe (ale niehabilitacyjne) będą już tylko projakościowe. Trudno się nawet do tego odnieść.

Stec i Galasiński piszą inaczej. Stec mówi, że „wiara, iż zmiana przepisów zmieni ludzi, jest miła, ale naiwna. Ważniejsza jest, według prawnika, ‚kultura cechu’. Zajmijmy się kulturą cechu, a dopiero potem reformujmy awanse. Galasinski pisze właściwie to samo, tylko wychodzi od negatywów. Skoro wśród nas zasiadają, piastują, namaszczają osoby nieuczciwe, to nie ma najmniejszego znaczenia, jakie będą awanse. Bo te osoby nadal będą nieuczciwe. Bardzo mi przy okazji miło, że lingwista cytuje tego bloga.

Rzadko, ale zdarza mi się zaglądać do moich wczesnych postów. To były posty, kiedy wierzyłem, że można. Tu trzeba zmienić, troche tu poprawić i habilitacja będzie jak ta lala. Niestety, nie będzie. Jak pisze Galasinski, zmiana przepisów nie spowoduje nagłego objawienia uczciwości akademickiej.

Stec i Galasiński się zgadzają. Są ważniejsze, podstawowsze, sprawy niż gadanie o habilitacji. Warto o tym pomyśleć po raz kolejny reformując akademickie postępowania awansowe.

Akademickie bonsai

Wysłałem właśnie maila, którego zakończyłem zdaniem: „Z pieśnią otwartości i wsparcia na ustach łamiemy ludziom kręgosłupy.”.

Tak się składa, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy dostałem kilka maili od ludzi ‚wypowiadających się’. Innymi słowy, moimi korespondentami są osoby, które odważyły się mówić więcej niż inni, bardziej wprost, czasem waląc między oczy. Okazuje się, że po chwili przejeżdża po nich walec uczelni. A tu profesura nie wychodzi z komisji, a tu habilitacja utknęła, a tu z chwili na chwilę zmieniamy warunki pracy tak, że delikwent szuka innej.

To, co jest najciekawsze w tych listach, to nie to, że to się dzieje. My wszyscy wiemy, albo podejrzewamy, że to się dzieje. Najciekawsze jest to, że to się dzieje w prestiżowych uczelniach, w uczelniach badawczych. W polskiej elicie akademickiej.

Jakiś czas temu  przysłano mi okólnik z jednego z uniwersytetów badawczych. W okólniku widnieje uprzejme zapytanie, czy odbiorcy mają zamiar składać wnioski o profesurę i kiedy. Odpowiedzi oczekiwano na już. Do jutra proszę się zdecydować w kluczowej sprawie swej kariery akademickiej.  Bo nad czym się tu zastanawiać? Marzec czy maj 2021?

Ja się z kolei zacząłem zastanawiać, po co takiego maila wysyłać. Przecież nie idzie tu o żadne zbieranie informacji. Zobowiązanie, że za rok, nie mówiąc, że za 3 lata złożę wniosek o profesurę nie jest warte nawet papieru, na którym mogłoby zostać wydrukowane. Nikt nie wie, ani czy będzie profesura, ani jakie będą kryteria, ani stu innych rzeczy. To po co pytać? No po to, by nawet tzw. samodzielni nie poczuli się zbyt pewnie.  To takie subtelne przypomnienie, żeby za bardzo kręgosłupa nie prostować. Bo my tu z niego nowym zarządzeniem jeszcze lepsze  bonsai zrobimy.

Smutne są czasy. Nie wiem, czy tylko teraz, czy cały czas takie były. Ale korespondencja, za którą jak zwykle serdecznie dziękuję,  jest ostatnio  dość dołująca.

 

Size matters

Właśnie przeczytałem nowy wpis na blogu prof. Galasińskiego. Wpis jest o konsultacjach akademickich za pomocą internetu. Oglądając mieszkania studentów, lingwista wskazuje, że konsultacje takie rozszerzają strefę akademicką kooptując do niej zarówno nasze mieszkania, jak i mieszkania studentów. Wpis jest ważny, moim zdaniem,  szczególnie jego dystopiczny koniec, ale natchnął mnie do zupełnie innego postu.

Otóż od czasu do czasu biorę udział w  zebraniach ważnych ciał i często na początku jest dyskusja o tym, kto ma większy księgozbiór. Wbrew Galasińskiemu, który ukrywa jadalnię, w której siedzi na tle pustej ściany, znaczna część moich kolegów i koleżanek (a jak się okazuje po konsultacjach, nie tylko moich) nie tylko nie ukrywa, ale wręcz prezentuje swoje gabinety i księgozbiory. Nie żadne obrazy, nie żadne telewizory czy dizajnerskie meble, ale to księgozbiór jest wyznacznikiem wartości człowieka.

No i to te księgozbiory, odpowiednio uplasowane na widoku kamery stają się przedmiotem dyskusji.

  • Ależ pan profesor ma piękny księgozbiór
  • No, uzbierało się tego przez lata, nieskromnie powiem. Ale pani profesor też niczego sobie.
  • No, rzeczywiście, jakoś tak się nazbierało.
  • Ale, ale, popatrzmy na pana profesora, pan to dopiero ma. Aaaa, widzę, że nawet encyklopedia brytanika na honorowym miejscu.
  • Oj, tak się jakoś wepchnęła na widok. Ale rzeczywiście, na co dzień korzystam!
  • Ale chyba nie zauważyliśmy pana profesora, do samego sufitu. ależ ta kamera ściąga.

I tak idziemy po profesorach i ich księgozbiorach. Niektórzy pozostają wkurzeni,  że ich półek nie doceniono w stopniu wystarczającym, inni dumnie się krygują, jak to ich zbiór to przecież kilka nic nie wartych broszurek. Oczywiście to powyżej to nie jest zapis prawdziwej rozmowy. To amalgamat iluś tam rozmów, których doświadczyłem i o których słyszałem.

I jak tak sobie dyskutujemy a ja mam wrażenie, ze to nie o księgozbiorach dyskutujemy i nie księgozbiory sobie porównujemy. Nie powiem, co porównujemy, żeby znów rynsztoku nie robić.

Ci, którzy na stosownym tle nie siedzą czym prędzej tłumaczą się, gdzie ich zacne księgozbiory. Tak się składa, że, małżonek akurat, wnusia prosiła…..

Niestety, nie przychodzi mi do głowy żadne mądre zakończenie. Trudno bowiem pisać o profesorskich ego (egach?) czy o profesorskich małostkowościach.  Wszystko to już wiemy. Tyle że okazuje się, że nie ma takiej sytuacji, której nie da się wykorzystać do tego, by jeszcze raz rozłożyć pawie pióra, szczególnie gdy nic innego rozłożyć się za bardzo nie da. Nie ma też takiej dyskusji, której nie da się poprzedzić dyskusją na temat bzdur.

Na szczęście jest  część członków ciał, którzy nie biorą udziału, w tych dyskusjach. Nie komentują, nie siadają na tle, po prostu czekają, aż podróż przez księgozbiory się skończy i będziemy mogli zacząć zebranie.

 

 

Oświadczenie rynsztokowe

Po raz kolejny dostałem maila w sprawie rynsztokowości mojego bloga. Tym razem kilku korespondentom uwłacza słowo ‚dupsko’. Postanowiłem zareagować i zapytałem moją partnerkę (o zgrozo!), czy słowo ‚dupsko’ jakoś jej szczególnie uwłacza. Mam do niej zaufanie, bo ona (prawie) nigdy nie używa tzw. brzydkich słów. No więc partnerka zadumała się przez chwilę i powiedziała, że jej ‚dupsko’ nie uwłacza. Choć ona by tak nie napisała, wcześniejsze ‚pieprzenie’ też jej nie uwłaczało. Wytłumaczyła mi, że trzeba rozumieć kontekst, w jakim słowa występują i że blog jest właśnie taką formą pisania, gdzie wolno więcej. Przestrzegła mnie jednak przed posuwaniem  (ja tu parsknąłem delikatnie, ale srogi wzrok partnerki mnie ukarał) się dalej, ale ‚dupsko’ zaakceptowała. Poczułem się nie tyle rozgrzeszony (bo grzechu wszak nie było), ale uniewinniony z zarzutu.

No więc powtórzę to, co już kilka razy miałem okazję napisać. Proszę Państwa, którym uwłacza: miło mi będzie otrzymywać Państwa maile, jednak nie mam najmniejszego zamiaru stosować się do Państwa połajanek. Jeśli Państwu tak bardzo przeszkadza to ‚pieprzenie’ czy to ‚dupsko’, proszę przestać się umartwiać i nie zaglądać tutaj. Jeśli jednak nie potraficie nie zaglądać, ciągnie was tu narkotycznie, to ja chętnie podejmę się roli obiektu waszych piorunów, wyklinań oraz oskarżeń o wszeteczność wredną i niezmierzoną.

 

O metaforycznym dupsku

Forum akademickie opublikowało sprostowanie zainteresowanego ‚rektorską habilitacją’. Ze sprostowania wynika, że artykuł prof. Wrońskiego zawiera kłamstwa. Tak się jednak niefortunnie składa, że autor tychże ‚kłamstw ‚  odpowiedział na zarzuty. Oto, przy okazji, inkryminowany artykuł.

Przyznam szczerze, że odpowiedź p. Wrońskiego mnie przekonuje. Sądzę również, że w jego najlepszym interesie jest pisać jeśli nie ‚prawdę’, to z pewnością to, co potrafi wykazać. A jeśli tak, to zacząłem się zastanawiać nad czymś innym. Otóż po co pisać sprostowanie? Moim zdaniem to zupełnie bez sensu (ale o tym niżej). Nie rozstrzygając sprawy podejrzanej habilitacji, postanowiłem więc wesprzeć wszelkich oskarżonych oszustów akademickich i wyjaśnić, dlaczego nie warto pisać sprostowań.

  1. Po pierwsze nie warto, bo szanujący się dziennikarz akademicki, jakim z całą pewnością jest prof. Wroński, z całą pewnością zebrał znaczną dokumentację wspierającą stwierdzenia w artykule.
  2. Jeśli więc okaże się, ze Wroński ma rację, to sprostowanie (które on z łatwością obala) będzie dodatkowym argumentem, że oszust jest jeszcze bardziej oszustem.
  3. Sprostowanie i na nie odpowiedź zwracają jeszcze bardziej uwagę na problem. Teraz oprócz czytelników FA, o sprawie przeczytają czytelnicy tego bloga, a jest ich dość sporo. Zwracanie uwagi na swój problem zaiste nie ma większego sensu.
  4. Szanse na to, że nieuczciwemu habilitantowi czy doktorantowi uda się po prostu wyłgać sprostowaniem są małe. To znaczy bez wątpienia łaska komisji dyscyplinarnych na pstrym koniu jeździ, jednak na tym blogu przypominać będziemy o sprawie jeszcze przez długi czas. Między innymi dlatego, że mnie wkurzyło sprostowanie.

I teraz tak. Ja zakładam, że może tak być, że habilitowany rektor jest habilitantem Bogu ducha winnym. Zarzuty wobec niego wyssane są z brudnego i zakażonego palca redaktora Wrońskiego (i jemu podobnych!). Padł ofiarą podstępu,  spisku, niewiedzy, czy zwykłego błędu. Jeśli tak, to nadal nie ma sensu pisać sprostowania. Wroński odpowiada na nie z łatwością, ja osobiście wierzę jemu a nie habilitantowi, więc sprostowanie jest nieużyteczne.

Lepiej było poczekać na wymierzoną sprawiedliwość komisji ministerialnej i po tym, jak komisja zwróci nam zabrany honor, w chwale tegoż honoru, w aureoli uczciwości, w nimbie czystości intelektualnej, napisać nie sprostowanie, ale oświadczenie, że oszczercy są oszczercami i że zasądzimy ich nie tylko o utratę honoru, ale i o znaczne odszkodowanie. Mamy też  nadzieję, że w samych skarpetkach, zarówno metaforycznych, jak i po przegranej finansowej, z gołym dupskiem i podkulonym ogonem (metaforycznym) paradować będą musieli.

 

Cosa Nostra

Oto najnowszy artykuł prof. Marka Wrońskiego. Dotyczy on plagiatu na UMK, na wydziale historii, który, jak wieść gminna niesie, jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym wydziałem historii w Polsce.

To, co opisuje Wroński, nie kwalifikuje się już do kategorii skandalu. To jest masakra, która spowodowała, że ludzkie pojęcie przeszło i poszło w cholerę. Być może trafiło już nawet do Elvisa.  Bo to, że nawet na najlepszym uniwersytecie zdarzają się plagiaty, nie dziwi mnie. To jednak, że te plagiaty się legitymizuje, to już jednak szokuje. Ale to, że akceptowane jest to, że  promotor usiłuje wymusić wycofanie zarzutów o plagiacie, to już są jaja pańskie. Co my jesteśmy, do ciężkiej cholery, jakaś mafia? Na inżynierii będziemy studentów uczyć tworzenia betonowych butów? Na wydziale psychologii stworzymy kurs pt. Wymuszenia 101?

Jeśli takie rzeczy dzieją się na jednym z elitarnych uniwersytetów badawczych, to naprawdę biada nam. Po przeczytaniu artykułu Wrońskiego, rektor powinien się podać do dymisji, razem z dziekanem, który powinien spalić się ze wstydu. Nazwiska ludzi biorących udział w tej akademickiej degrengoladzie na zawsze powinny się zapisać w księdze infamii nauki polskiej. Niestety, wstyd umarł, już zapomnieliśmy, gdzie został pochowany.

Mam też propozycję. Może zostawmy już w spokoju panią Kopernik. Mnie to nawet go żal, po aferze z pedagogiem, teraz to. I po co go w to mieszać. Wnioskuję więc o zmianę uczelni. Proponuję, jak się wydaje, znacznie stosowniejszą nazwę,  Uniwersytet im. Ala Capone. Wydział Historii mógłby przybrać imię  Cosa Nostra.

Masakra, drodzy Państwo, po prostu masakra.

 

Co się filozofom śniło

Jednym z częściej pojawiających się wątków w listach do mnie, jest wątek o tym, co powinno być podstawą postępowania awansowego. Innymi słowy, czy komisja ma prawo (a może czy powinna)  wychodzić poza wniosek awansowy. Pisałem już o tym kilkukrotnie na tym blogu, być może warto powtórzyć moje zdanie.

Przede wszystkim należy powiedzieć, że wychodzenie poza wniosek nie jest zjawiskiem jednorodnym i trudno udzielić jednoznaczną odpowiedź na każde taką próbę.

  1. Po pierwsze więc, możemy mieć do czynienia z wyjściem poza wniosek w postaci potwierdzenia informacji zawartych w tymże tym wniosku. Przypomina mi się wniosek habilitacyjny, który został uwalony przez dociekliwość prof. Śliwerskiego. Okazało się bowiem, że habilitant stworzył fikcyjną listę publikacji. Żaden z wymienionych przez niego artykułów nie istniał, co Śliwerski odkrył (chwała mu za to), a habilitant na wieki pozostanie habilitacyjnym oszustem. Moim zdaniem, działania potwierdzające informacje zawarte w dokumentacji są w pełni uzasadnione.
  2. Drugą formą wyjścia poza dokumentację, to uzupełnienie informacji. Habilitant powinien podać wydawnictwo, w której wydał książkę, liczbę stron, może też wartość indeksu h. Wydaje się, że można argumentować, iż tego typu działania mają na celu zwiększenie przejrzystości postępowania. Co więcej, nie podając np. wydawnictwa, w których się wydaje, można chcieć te wydawnictwa ukryć
  3. Trzecią formą, o której pisano do mnie, do ‚kontekstualizacja’ informacji zawartych w autoreferacie. W przeciwieństwie do poprzednich sytuacji, tutaj recenzent chce uzyskać nowe informacje. Trendy publikacyjne, trendy cytowań, dorobek współautorów, można sobie wyobrazić całą masę informacji uchodzących za ‚kontekstualizację’ tego, co piszę kandydat do stopnia czy tytułu. Moim zdaniem, takie poszukiwanie nowych informacji jest już na granicy akceptowalności. Można oczywiście wyobrazić sobie, że informacja na temat centrum badawczego, w którym przebywał habilitant, jest szczerym poszukiwaniem informacji przez kogoś, kto o centrum nie słyszał. Jednak moim zdaniem, poruszamy się tu już po gruncie grząskim, pełnym etycznych pułapek. Nie polecam, choć potrafię sobie wyobrazić sytuacje, które byłbym w stanie zaakceptować.
  4. Ostatnim sposobem wychodzenia poza dokumentację jest coś, co można by było nazwać wywiadem środowiskowym. Co o habilitancie ‚myśli się’, ba, co myśli habilitanta szef? Czy habilitant, o czym tak chętnie pisze najwybitniejszy pedagog, miał okazję się ‚skompromitować’? Warto przypomnieć sobie sprawę Diamentu polskiej inżynierii, który wypowiadał się nawet o orientacji seksualnej habilitanta. Wszystkie takie zabiegi są oczywiście godne potępienia. Jak często występują, tego nie będziemy wiedzieć. Podejrzewam jednak, że częściej niż się to filozofom śniło.

Oto moje zdanie na temat podstawy postępowań awansowych. Mam nadzieję, że uda się Państwu do tego postu odnieść, może przeczytamy o jakichś pozytywnych/negatywnych przykładach.

8 lat minęło

Właśnie minęło 8 lat istnienia tego bloga. To samo w sobie jest łałowe. Rozpoczyna się rok dziewiąty i to z blogiem, który przyspieszył szaleńczo. W ciągu ostatniego półtora tygodnia z odrobiną pojawiło się ponad 1800 komentarzy. W ostatnim miesiącu o 12 procent wzrosły też odsłony (było ich 50 tysięcy). O kilka punktów procentowych wzrosła też liczba nowych użytkowników (było ich prawie 10 proc.).

Niestety, w ostatnich dniach  nie nadążam za tym tempem, ale żeby ułatwić pisanie, wprowadzam nowy post.

Wszystkim Państwu piszącym, czytającym oraz od czasu do czasu zaglądającym, serdecznie dziękuję.  Proszę o więcej. Jak zwykle proszę o listy, choć wiem, że dwa czekają jeszcze na reakcję na blogu.

Z pandemicznymi pozdrowieniami,

Habilitant2012.

Bez krempacji

Dawno nie dostałem listu pełnego trzęsącej się agresji (tak przynajmniej ja go odczytuję). Listu nie zacytuję z chyba oczywistych względów. Zacytuję jednak prawie całą odpowiedź na niego. Z pewną dumą przyznam, że cytowana wersja tego listu jest bardzo różna od tej, którą napisałem na początku….

Dziękuję za podzielenie się ze mną swoimi opiniami. Przyjmuję do wiadomości, że mój  ostatni post (a może i nie tylko on)  miał poziom rynsztokowy. Myślę, że nie zmienię Pańskiego zdania. Wszak słowo ‚pieprzenie’ stoi jak latarnia morska. Muszę jednak powiedzieć, że bardzo wątpię, by ktoś ‚w rynsztoku’ go używał. Ba, powiedziałbym, że jeśli idzie o uzus, to sądzę, że jest to słowo ze sfer, w których również szanowny Pan się porusza. Tym samym dochodzimy do ciekawego problemu, gdzie jest rynsztok i kto w nim jest. Ale zostawmy filozofie….

Co do rodziny tradycyjnej, gdyby zadał sobie Pan odrobinę trudu i sam zaglądnął do owych podręczników, dowiedziałby się Pan, że to, co dzisiaj uznawane jest za tradycyjną rodzinę, niczym takim nie jest. Wyrażenie to to (w najlepszym razie) zabieg erystyczny. Pozwoli więc Pan, że poproszę o niepouczanie mnie z poziomu osoby, która sama tychże pouczeń nie stosuje.

Nie wiem, czego ‚wymaga się’  od osoby takiej jak ja. Nie jestem jednak w stanie zejść blogiem na poziom, który by przebił dyskryminację całych grup społecznych na wykładzie. Dodam prawie mimochodem, że w rzeczywistości ja się wcale nie wypowiadam na ‚każdy temat’. Ja się nieustannie wypowiadam na jeden temat. Proszę mi więc nie zarzucać braku pokory, a jeśli już ma Pan ochotę to zrobić, proszę to robić uczciwie. I nie obrażać mojej inteligencji tanim przekłamaniem.

Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że bardzo mi się nie podoba wyższość, z jaką Pan pisze. Niech Pan sobie daruje odniesienia do plebejuszy i ich języka. Ja wolę ów „plebejski język” niż zawoalowaną agresję samowyznaczającego się moralisty broniącą tego, czego obronić się w cywilizacji nie da. Ale to moje preferencje i jestem pewien, że Pan ich nie podziela, pluszcząc się radośnie na w swych olimpijskich ąściach i innych arcydziełach językowych z firmamentu niebieskiego zaczerpniętych.

Ponawiam podziękowania za list i za zaglądanie na bloga. Przypominam Panu przy okazji, że (na szczęście) mój ostatni post może być również ostatnim, jaki Pan w życiu przeczyta. Proszę się nie kalać moimi wulgaryzmami, plebejstwem, moralną degrengoladą i mariańską wręcz niższością wobec Pana.

Jeśli ktoś chciałby mi pozarzucać plebejskość i rynsztokowość, to bardzo proszę. Bez krępacji.

Wolność pieprzenia?

Prof. Śliwerski opublikował list otwarty  prof. Ewy Budzyńskiej w sprawie jej odejścia z Uniwersytetu Śląskiego. List mi się nie podoba, odniesienia do Gestapo i ZMSu uważam za niesmaczne.  No ale Pani Profesor zrezygnowała, a pedagog wszystkich pedagogów się oburza, a nawet dopuścił komentarz pod swym wpisem (nie pamiętam, kiedy ostatni raz pojawia się komentarz na blogu prof. Śliwerskiego). Komentarz (podejrzewam, że dęty), a jakże, od matki trójki dzieci w bardzo tradycyjnej rodzinie. Tak na nawiasem mówiąc, nigdy do końca nie wiem, co to jest ta ‚bardzo tradycyjna rodzina’.  Taka, w której mąż napieprza szlauchem żonę? Bo wiadomo, jak się baby nie obije, to jej wątroba gnije….

Wróćmy jednak do Pani Profesor, która, oburzona naganą, uniosła się honorem i z pracy zrezygnowała. Ja mam dwa pytania. Po pierwsze, czy zasługiwała na naganę, po drugie, czy to, co była łaskawa na wykładzie powiedzieć, powinno podpaść pod argument o wolności akademickiej.

Co więc powiedziała Pani Profesor. Oko.press donosi, że między innymi mówiła takie rzeczy:

  • stosowanie antykoncepcji jest „zachowaniem aspołecznym”;
  • „aborcja to morderstwo”, bez względu na przyczynę;
  • stosowanie wkładki domacicznej to aborcja;
  • „normalna rodzina zawsze składa się z mężczyzny i kobiety”;
  • „osoby homoseksualne to coś gorszego”;
  • „ideologia gender” jest jak komunizm;
  • wysyłanie dziecka do żłobka to robienie mu krzywdy.

Moim zdaniem, są to słowa żenujące i dyskwalifikujące Panią Profesor jako profesora. Ręki bym nie uścisnął, ale podejrzewam, że ona mojej też nie. I git.

Czy Pani Profesor ma prawo tak myśleć i mówić? Jest dla mnie oczywiste, że tak. Czy jednak Pani Profesor ma prawo takie rzeczy przekazywać studentom jako wiedzę. Moim zdaniem nie. Moim zdaniem, to, co co mówi Pani Profesor. to nie jest żadna uprawniona ‚interpretacja rzeczywistości’, tylko silnie  zideologizowane opinie i należy je traktować jako takie. Mówienie tutaj o jakiejś wolności akademickiej jest kompletnym nieporozumieniem, moim zdaniem.

Czy za te opinie jednak Pani Profesor powinna dostać naganę? Moim zdaniem, nie. Nieporozumieniem jest nagana za to, że ktoś ma jakąś opinię. Ja się fundamentalnie nie zgadzam z takimi opiniami, uważam, je za skandaliczne, jednak p. Budzyńska ma do nich prawo.

To co należało zrobić? Otóż moim zdaniem, uczelnia ma prawo określić podstawowy zbiór wartości, którymi się chce kierować. I na przykład, jedną z takich wartości powinien być bezwarunkowy szacunek dla wszystkich pracowników i studentów. W związku z tym, stwierdzenie, że osoby o orientacji homoseksualnej są ‚gorsze’ jest niewypowiadalna na tej uczelni. Nawiasem mówiąc, ciekawy jestem, czy gdyby ktoś chciał powiedzieć, że osoby czarnoskóre są gorsze, czy prof. Śliwerski również broniłby prawa do wolności akademickiej.

I następuje konflikt. Pani Profesor ma prawo do tego, żeby pieprzyć swoje bzdury, ile tylko chce. Ale uczelnia ma również prawo stwierdzić, że jej pieprzenie jest w sprzeczności z wartościami, którymi kieruje się uczelnia. I Pani Profesor ma wybór. Albo przestanie pieprzyć, albo zapraszamy ją do odejścia z pracy. Widzę też scenariusz, że uczelnia może powiedzieć, że docenia wkład naukowy Pani Profesor (gdyby ona zajmowała się np. fizyką) i zostawia ją na uczelni, ale odbiera prawo do nauczania.

I na koniec. Ja nadal nie mogę zrozumieć profesora pedagogiki, który broni słów, które w sposób oczywisty są dyskryminujące. Nie rozumiem tego. Przecież student-gej, który słyszy to, co mówi profesor uniwersytetu, musi się czuć koszmarnie. Może kilka samobójstw gejów po słowach dyskryminujących  by pomogło naczelnemu pedagogowi? Często rozczarowuje mnie to, co pisze profesor pedagogiki. Czasem jednak przechodzi siebie. W tym przypadku też tak było.