Owoce Szczecina…..

Gdy jakiś czas temu prześmiewczo pisałem o życiu płodowym, w którym habilitant rozpoczął swój marsz ku habilitacji, nie sądziłem, że autoreferat może wyjść poza cezurę, którą wyznacza data poczęcia kandydata na profesora. Okazało się (chciałoby się powiedzieć: jak zwykle), że moje niewczesne szyderstwa zostaną ukarane.

 

I tak oto nie mogę się powstrzymać i nie zauważyć habilitanta w naukach muzycznych (docenionego na moim ulubionym forum), który rozpoczyna autoreferat w momencie, kiedy….poznali się jego rodzice. Habilitant podaje, iż jest owocem  tegoż związku, rozpoczętego bez wątpienia romantycznie w Szczecinie.

 

I może lepiej zostawić ten wpis bez części komentującej. Nie mogę się jednak powstrzymać od jednego pytania: gdzie jest granica?! No właśnie….granica czego?

 

 

Ideał autoreferatu

Właśnie znalazłem autoreferat napisany tak, jak ja bym chciał go napisać. Habilitantka w naukach humanistycznych usytuuowała swe badania i publikacje w naukowym kontekście, w którym się porusza. Na dodatek opisała tradycje intelektualne, z których się wywodzi. Ideał autoreferatu, po prostu.  I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że to jest jej……trzecie podejście. Po pierwszym razie CK uznała, że to habilitantka miała rację w odwołaniu – oceniono jej dorobek, przyjmując niestosowne założenia teoretyczne; za drugim razem odmówiono jej stopnia, bo wykład Radzie/Komisji się nie podobał (decyzja o karierze habilitantki na podstawie nieudanego wykładu……nic dodać, nic ująć). Teraz habilitantka próbuje podejść trzeci raz, bardzo pozytywnie zresztą mówiąc o swym dorobku i jego unikalności swych rozważań i konkluzji.

 

Współczując habilitantce, mam poczucie pewnego tragizmu swej sytuacji (może nieco z przymrużeniem oka). Czy ideał autoreferatu może być pisany trzy razy?! A może jednak za bardzo się przechwalała?! Gorze mi…..

 

Będę śledził losy tej habilitantki. Niestety, nie wierzę w jej sukces, zupełnie nie wierzę. Stawka jest przecież niezwykle wysoka. Czyżby szanowne komisje i rady dwa razy się myliły? Dalibóg to niemożliwe…..Bardzo chciałbym nie mieć racji.

Autoreferat

Coraz intensywniej myślę o autoreferacie. Mniej więcej wiem, co napisać – chcę umieścić moje badania w szerszym kontekście (sub-)dyscyplin. Zacząłem się jednak zastanawiać też nad tym, jak to napisać. Na ile skromny, neutralny, czy optymistyczno-pozytywny mam być. Oczywiście, chciałbym napisać tak, ‚jak jest’. Jednak zakładając, że moje badania są rzeczywiście unikalne, nowatorskie – jednym słowem, niesamowite – to jak to napisać? Czy rzeczywiście po prostu napisać, że są ‚niesamowite’?

 

Kulturowo rzecz biorąc, najlepszą strategią jest opisanie faktów. Jednak ja nie będę oceniany na podstawie jedynie faktów. Mam być oceniany na podstawie wkładu w dyscyplinę i ma ten wkład być znaczny. I powstaje natychmiast pytanie, na ile ja mam o tym powiedzieć recenzentom.Na ile oni sami powinni zdecydować o tym?

 

Oczywiście, nie ma odpowiedzi na takie pytania. Wszystko, co mogę, to wyobrazić sobie, jaki autoreferat ja chciałbym przeczytać (wiem, pochlebiam sobie). Odpowiedź na takie pytanie, z kolei, jest dość prosta: chciałbym przeczytać autoreferat uczciwy. I jeśli uczciwą oceną jest napisanie ‚nowatorski’, ‚unikalny’ itp. to niech tak właśnie będzie.

 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że uda mi się napisać uczciwie.

Autoreferaty – cd.

Lektura autoreferatów innych habilitantów nadal jest źródłem zadziwień. Właśnie jestem po lekturze autoreferatu habilitantki w naukach humanistycznych. Wydawałoby mi się, że szczególnie u polonistki przeczytam dobrze  napisany autoreferat, opowiadający mi przynajmniej o tym, co habilitantka zrobiła, a może nawet co z tego wynika, dlaczego to ciekawe. Jednak habilitantka przyjęła wersję, by tak rzec,  minimalistyczną. Po poinformowaniu o ilości tekstów, które napisała, habilitantka…..wymieniła je wszystkie, dzieląc na grupy tematyczne. I nic więcej. I przeżywam tzw. opad szczęki. Już samo słowo ‚autoreferat’ zakłada jednak narrację, autorskie sprawozdanie. Lista publikacji sprawozdaniem nie jest, jest bowiem listą publikacji.

 

Od czasu, gdy zacząłem czytać autoreferaty, zacząłem się zastanawiać, na czym polega trudność napisania kilku stron o tym, co się zrobiło. I mam nieodparte wrażenie, że albo coś ze mną jest nie tak i jestem wręcz chorobliwie optymistyczny na temat moich zdolności napisania autoreferatu (psychiatria mówi chyba o urojeniach wielkościowych), albo …. no właśnie….albo źle się dzieje w państwie habilitacyjnym.

 

Dla własnej higieny psychicznej zostanę przy tym, że ja jestem jednak w stanie napisać przynajmniej średnio dobry autoreferat. I że napisanie go nie wymaga nawet doktoratu.

Po prostu dorobek

Jedna z habilitantek w naukach fizycznych wyznaczyła jako swe osiągnięcie (po staremu: rozprawę) jeden (tak, tak JEDEN) artykuł! Co prawda, brakuje temu artykułowi znacznie do mojego ideału jednostronicowego tekstu Cricka i Watsona, bowiem rzeczony tekst ma 62 strony, jednak jest to nadal jeden artykuł. Cieszę się, że tak się stało – kandydatka przełamała konwencję. Choć z serwowanymi nam kryteriami można z nimi żyć, wyobrażam sobie, że jakaś część habilitantów będzie publikowała dlatego, by spełnić kryteria. Nie ma to większego sensu, choć, tak, w skali problemów świata cykl monotematyczny czy książka habilitacyjna nie są kolejnymi plagami egipskimi. Tak, problem w tym raczej, żeby te kryteria oceny były rzetelnie stosowane wobec wszystkich.

 

Jednak mi się marzy habilitacja, w której mogliby być recenzentami ludzie ze świata. Pomijając kwestie językowe (autoreferaty i publikacje po angielsku coraz bardziej umożliwiają umiędzynarodowienie), jak tu jednak wyjaśnić takiemu etranżerowi, że MUSI być rozprawa, albo cykl monotematyczny, jak wyjaśnić, co to jest cykl i ile tekstów nań sie składa, czym dokładnie jest monotematyczność. O prawidłowości rozwoju nie wspomnę, bo nasz obcokrajowiec padnie trupem. Ze śmiechu!

 

Wolałbym zwykłą ocenę dorobku, tak jak sobie radzą z tym na całym świecie, bez ministerstw mówiących, co dokładnie należy ocenić i jak. Chciałbym móc mieć poczucie, że recenzja habilitacyjna nawiązuje (podkreślam: nawiązuje) do recenzji, które piszą Brytyjczycy oceniający dorobek kandydata na stanowisko Readera, czy Amerykanie na stanowisko Associate Professor.

 

Może kiedyś…..

Monotematyczność

Na forum dzisiaj trzy wątki na temat monotematyczności. Forumowicze zauważają, że monotematyczność cyklu publikacji jest czymś niejasnym, problematycznym, zdecydowanie podatnym na całą masę interpretacji.

 

Przyznam, że nie przyszło mi to głowy. Tak, widzę to: nie ma jasnych kryteriów monotematyczności. Wszak to, że cykl artykułow jest na temat, powiedzmy, cukrzycy, wcale nie znaczy, że są monotematyczne. Mogą przecież dotyczyć farmakoterapii, struktury opieki, kosztów hospitalizacji, samolecznictwa i wielu innych problemów związanych z cukrzycą. Z drugiej strony, chcę myśeć, że dobrze nie dać się zwariować. Nie zdawajmy sobie pytań, co to jest ‚monotematyczny’. Definicja jest, no kurcze, intersubiektywna. Innymi słowy, wszyscy wiemy, co to jest ‚monotematyczny’. Mam też nadzieję, że recezent też bedzie wiedział.

 

A swoją drogą, to często mi chodzi pytanie: jakiż to plan świata zostałby naruszony, gdybyśmy po prostu oceniali dorobek habilitanta? Jakąż to przewagę nad światem daje nam ów monotematyczny cykl publikacji? Czy naprawdę lepiej mieć 7 artykułów na jeden temat rozsianych po różnych czasopismach, zamiast 5 różnych artykułów w NEJM, Nature, Science….Co za różnica, że habilitant publikuje na ten sam temat? Argument, że idzie o rozmach badań, nie ma większego sensu: przecież nikt tego nie sprawdza. Oczywiście, to lepiej niż zmuszać fizyków czy biologów do pisania książek, ale nadal nie widzę tego X-factora, którego nie widzi nauka światowa. I w swej nieświadomości publikuje, jak jej się podoba, nie oceniając doświadczonych badaczy na podstawie tego, czy umieją napisać na ten sam temat czy nie.

Prawidłowy rozwój

Publikowane przez CK recenzje dostarczają coraz ciekawszej lektury. W recenzji oceniającej dorobek habilitanta w naukach medycznych recenzent pisze: 

„Rozwój naukowy dr X (tak, tak, nie ma kropki po ‚dr’) przebiegał w spoób prawidłowy.”

po chwili autor dodaje:

„Nie można mieć również zastrzeżeń do prawidłowości rozwoju naukowego.”

 

Natychmiast zacząłem się zastanawiać, co to znaczy, że rozwój jest prawidłowy. Jakie są kryteria prawidłowości rozwoju, poza widzimisię recenenta i wartości, którym hołduje? Kto miałby ustalać, że rozwój jest ‚prawidłowy’? Co więcej, zadałem sobie pytanie, jakim prawem recenzent chce oceniać, powiedzmy, mnie jako osobę z pewną trajektorią życiową. Bowiem, mówiąc wprost, recenzent uzurpuje sobie prawo do oceny mnie jako osoby, która dokonuje pewnych wyborów życiowych, na dodatek normatywizując je.

 

Napłynęły kolejne pytania. Czy jeśli najpierw byłem kucharzem, księgarzem czy rowerzystą zawodowym mniej zasługuję na habilitację? Czy jeśli po studiach stwierdziłem, że, przepraszając za wyrażenie, pieprzę naukę i założyłem grupę death metalową, to mniej zasługuję na habilitację? Śpieszę dodać, że ustawa nie wyraża się na temat ‚prawidłowości rozwoju’.

 

Oczywiście nie wiem, jak by recenzent napisał rzeczoną recenzję, gdyby nie pochwalał rozwoju naukowego habilitanta, gdyby uznał, że jego rozwój nie był prawidłowy. Nie jest to jednak ważne. Nie mam bowiem wątpliwości, że recenzja habilitacyjna powinna się skupiać na dorobku habilitanta. Jego wybory życiowe (w tym moje własne) w żadnym razie nie powinny być przedmiotem oceny recenzenta. Nie ma czegoś takiego, jak ‚prawdłowy rozwój zawodowy’, nie ma czegoś takiego, jak ‚prawidłowy rozwój naukowy’. Nie ma żadnych normatywnych przepisów wskazujących, jak ludzie mają sie rozwijać, planować swe kariery, czy układać plany naukowe. Recenzentom nic do tego!

 

Niestety, podejrzewam, że nikt nie zwrócił uwagi wynurzenia recenzenta na temat rozwoju habilitanta, a komisja sie zachwyciła jego prawidłowością. Według mnie jednak taka recenzja powinna zostać zdyskwalifikowana.

Dorobek ilościowy

Zastanawiając się nad mym dorobkiem, ulegam czasem pokusie, żeby myśleć o nim w kategoriach ilościowych. Pokusie, żeby się zastanawiać, czy wystarczy tyle tesktów, ile opublikowałem. Nie lubię tego. Bo przecież to nie o ilość idzie, idzie o jakość. Chodzi o to, żeby napisać świetne teksty, superteksty, teksty, które „ruszą z posad bryłę świata”. Jestem przeciwny wszelkim pułapom czy ilościowym kryteriom oceniania dorobku. Ocenom typu: żeby rozpocząć przewód habilitacyjny musisz mieć 100, 200, 300 czy milion punktów ministerialnych. Przecież to nie chodzi o to ile, to chodzi o to, co publikujemy!! I tylko o to chodzi!

 

28 lutego 1953, jak mówi legenda, do pubu pod Orłem w Cambridge wszedł Francis Crick i wypowiedział słynne: We have discovered the secret of life. Dwa miesiące później, wraz z Jamesem Watsonem,  opublikował w Nature tekst ‚Molecular structure of nucleic acids’. Patrzę właśnie na ten tekst. Ba! tekścik. Jest na niecałą stronę. Jest jednak, by tak rzec,  dość ważny. Chciałbym myśleć, że Crick i Watson, obaj za tę jedną publikację, dostaliby w Polsce habilitację! Za ten jeden artykuł. Nie musieliby przedstawiać jednotematycznego cyklu, dorobku. To po prostu byłaby habilitacja. Z drugiej strony, warto przypomnieć, że Watson został adiunktem (Assistant Professor) już po artykule, a Crick doktorat zrobił dopiero rok po publikacji. Gdzie im do habilitacji! Nagrodę Nobla dostali dopiero 9 lat po publikacji. Kudy do habilitacji!!

 

Ale mówiąc poważnie, powtórzę: to nie chodzi o to, ile opublikowałem. Chodzi o to, co opublikowałem. Mam nadzieję, że moi recenzenci również nad tym, co opublikowałem, będą się zastanawiać.

Recenzje

Na stronach CK pojawiły się pierwsze recenzje, na razie w naukach ekonomicznych. Wynik jest niezły: 4 postępowania, 3 porażki. Trudno na razie mówić o praktykach, poza tym, jeśli już, praktyki będą ściśle dyscyplinarne. To pierwsze recenzje, więc nie mogę się powstrzymać od komentarza.

 

Dwie rzeczy wydają się być natychmiast zauważalne. Po pierwsze, recenzenci wyraźnie nie dają się zwieść ilością dorobku. Odrzuceni habilitanci mieli w dorobku kilka, a nawet ponad 20 książek (muszę powiedzieć, że 20+ książek między doktoratem i habilitacją robi na mnie wrażenie, ale głównie w kategoriach dobrego samopoczucia autorki). Po drugie, dorobek kandydatki, której się powiodło, jest dość wyraźnie niemiędzynarodowy. Twierdzenie bowiem, że książka wydana po angielsku w Łodzi ma zasięg międzynarodowy, jest, powiedziałbym, nieporozumieniem. To wszystko recenzentom to jednak nie przeszkadza.

 

To pierwsze wrażenia, ciekawe, co będzie dalej. Swoją drogą ciekawe, jak się mają te recenzje do recenzji sprzed reformy. Tego jednak się nie dowiemy, choć nie wydaje się, żeby recenzenci przejmowali się za bardzo rozporządzeniem MNiSW w sprawie kryteriów oceny dorobku habilitanta.

Interdyscyplinarność

Myśląc coraz intensywniej nad swym dorobkiem, doszedłem do jego interdyscyplinarności. Nie żebym miał wątpliwości wobec dyscypliny, z której chciałbym się habilitować, jednak sprawy oczywiste nie są. Piszę na pograniczu i to, jak napisałem w na początku blogowania, na pograniczu dyscyplin z różnych dziedzin. Niestety, problemów tu jest wiele.

 

Pierwszy problem to oczywiście kolejne rozporządzenie, w którym to minister uznaje za stosowne ustalić, jakie są dyscypliny i dziedziny naukowe. Na stronach CK jest wykaz stary. Warto porównać, choćby dlatego, żeby się zastanowić, czy rzeczywiście coś się na świecie zmieniło przez to, że powołano w Polsce do istnienia dziedzinę nauk społecznych czy o kulturze fizycznej. Zadaję sobie pytanie, kto na świecie się przejął tym rozporządzeniem, poza habiltantami, rzecz jasna (oraz instytucjami mającymi uprawnienia habilitacyjne, do których wczoraj Jan i Ewa się liczyli, a od dzisiaj nie). Czy rzeczywiście zmieniła się natura badań socjologicznych tylo dlatego, że minister Kudrycka przeniosła socjologię z nauk humanistycznych do społecznych.

 

Drugi problem to oczywiście recenzenci. Załóżmy bowiem, że jest trzech recenzentów, którzy robią badania podobne do moich, mają rozeznanie w literaturze, w problemach itd. Są idealni. Ale okazuje się, że mają oni habiltację z tej drugiej dyscypliny….i co? I zawieszamy zdrowy rozsądek: nie powołujemy ich na recenzentów, ale  powołujemy innych. Co prawda, mogą się nie do końca znać, ale najważnijesze jest przyporządkowanie habiltacyjne. Rozporządzenie ustala, do jakiej dziedziny i dyscypliny należą.

 

I tu, chciałoby się po cichu, powiem coś strasznego i straszliwego, wręcz podważającego naukę polską. Otóż zdarzyło mi się recenzować doktorat. Wiem, wiem, mnie się też włos jeży, przecież ja nie jestem samodzielny! Jednak to było za granicą i nikt o tym nie wiedział. I teraz tak: doktorat był w departamecie X (gdzie X jest dyscypliną naukową), ja z kolei siedzę między dyscyplinami Y i Z,  o czym śpiesznie doniosłem, gdzie trzeba. Byłem przekonany, że z pogardą na mnie popatrzą wszyscy. Gdzie tam, ja, jakiś tam Ygrekowiec doktorat Xowca recenzować! Niestety, nie udało się. Straszność dominowała – otóż okazało się, że to ja się najbardziej znam na tym, co zrobił doktorant. I nie było zmiłuj się! Zrecenzowałem, ale od razu mówię, że z dużymi wyrzutami sumienia!

 

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy się przyznać do tej abominacji w autoreferacie. I chyba się nie przyznam (choćby dlatego, że tu o tym napisałem).

 

Trzeci problem, to właśnie zdrowy rozsądek. Jakiż to wielki plan galaktyczny by się zawalił, gdyby habilitację recenzowali ludzie, którzy sie na pewno znają na tym, co robię? Ja, co prawda, jestem umiarkowanie optymistyczny co do możliwości znalezienia recenzentów, co się znają, ale pewne to w żaden sposób nie jest. I wkurza mnie to. Na świecie badania interdyscypinarne to norma. Dorobki i prace są recenzowane jakoś – lepiej, czy gorzej, różnie pewnie bywa, ale przynajmniej nie trzeba się martwić o to, do jakiej kto jest dyscypliny przypisany. Bo co za różnica?!