Kryteria oceny habilitanta

Zacząłem sie zastanawiać, według jakich kryteriów będę oceniany. Ustala to rozporządzenie MNiSW w tejże  sprawie. Kryteria są następujące.

 

1. Jeśli idzie o publikacje, bardzo wyraźny nacisk rozporządzenie kładzie na artykuły w międzynarodowych czasopismach naukowych, notowanych na przeróżnych listach – od JCR po ERIH. Do tego do ‚dorobku’ liczyć się będą książki i inne publikacje.

 

Do tego oceniać będzie się:

2. sumaryczny impact factor publikacji;

3. indeks Hirscha (wg WoS)

4. kierowanie projektami (krajowymi lub międzynarodowymi) lub udział w nich.

5. referaty na konferencjach.

 

Zanim skomentuję, warto zaznaczyć, że ‚aktywność naukowa’, choć niewyróżniona, wydaje się być zawarta w tych kryteriach. To, że nie jest wyóżniona, wydajemi się błędem. Ale to, być może, na inny wpis.

 

Na początku powiedziałbym, że trudno nie zgodzić się z kierunkiem, jakie objęło ministerstwo. Umiędzynarodowienie nauki, jak juz pisałem wcześniej, jest czymś pozytywnym. Wydaje mi się jednak, że kryteria te wylewają dziecko razem z kąpielą.

 

O ile nacisk na artykuły w czasopismach międzynarodowych jest czymś pozytywnym, trudno nie zauważyć, że są to kryteria wyraźnie skrzywione w kierunku niektórych dziedzin i specjalności. Dla przykładu, filozofowie na całym świecie publikują i będą publikować książki i ‚degradowanie’ tych książek do publikacji drugiej kategorii jest nieporozumieniem. Dużo lepiej byłoby zauważyć, że wydawnictwo wydawnictwu nierówne, podobnie jak książka książce. Dokładnie jak w wypadku artykułów.

 

Podobnie jest z scjentometrią. Choć działa ona nieźle w części dyscyplin, nie działa w innych. Nawet wybór bazy danych jest problemem. Nie ma powodu bowiem, by decyzje w sprawie polskich stopni naukowych oparte były o decyzje prywatnej firmy z USA. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jestem przeciwny firmie Thomson-Reuters, ich ustalenia są przydatne i trudno je odrzucać. Jednak trudno też je przyjąć za wyrocznię. Choćby dlatego, że redaktorzy są w stanie i manipulują IF swoich czasopism. Indeks Hirscha z kolei, jeśli oparty o WoS, nie bierze pod uwagę książek, co w sposób oczywisty dyskryminuje tych, którzy je piszą.

 

Ale to nie tylko o filozofów chodzi – chodzi również o badania niszowe, o badania, które zostaną zacytowane za 5 lat. Bo przyjdzie moda, Chodzi też o to, że przeglądy literatury i metaanalizy są cytowane częściej, a przecież chodzi chyba o publkowanie badań! Już mi się nie chce pisać o tym, że nie ma sensu sumować IF czasopism, w których się publikuje. IF jest wartością mierzącą cytowalność czasopisma i tylko czasopisma! Warto też zwrócić uwagę, że w czasopiśmie owysokim IF zdarzają się teksty, które nie są cytowane! i na odwrót! Warto o tym poczytać choćby na Wikipedii.

 

O projektach i konferencjach pisałem w postach o aktywności naukowej.

 

I teraz tak: można powiedzieć, że te wszystkie uwagi nie mają większego znaczenia, bo od tego są recenzenci, żeby nawigowali między moją listą publikacji i rozporządzeniem. Problem jednak polega na tym, że ja nie chcę liczyć na to, że recenzent wynawiguje sensownie. Po co wprowadzać kryteria, które działają tylko w części przypadków?! Potencjalnie dajemy recenzentom bat na habilitanta, którego mogą używać wedle swego uznania.To nigdy nie jest dobre rozwiązanie.

 

Muszę przyznać, że jeszcze się wszystko dobrze nie zaczęło, a ja jestem głównie sfrustrowany. Podejrzewam jednak, że moja frustracja będzie rosła.

Aktywność habilitanta – errata

Pisząc o aktywności naukowej, nie zauważyłem,że w posługiwałem się wzorem dokumentacji w procesie o nadanie tytułu naukowego. Mogę tylko zakładać, ze aktywność habilitanta będzie oceniana podobnie. Rozporządzenie dotyczące kryteriów habilitacji nie wyjaśnia, co jest aktywnością habilitanta.

 

Coraz mniej rozumiem z tego wszystkiego.

Aktywność habilitanta – cd

Nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli ustawodawca, udałem się do drugiego źródła wiedzy – rozporządzenia. Rozporządzenie MNiSW w sprawie…..(habilitacji) precyzuje, o co idzie w sprawie aktywności naukowej. Otóż aktywność naukowa, która się liczy, to:

a. udział w konferencjach (krajowych i międzynarodowych);

b. członkowstwo w komitetach i radach czasopism;

c. zrealizowane projekty naukowe – od krajowych do globalnych;

d. kierowanie zespołami badawczymi.

 

Mam parę uwag. Po pierwsze, warto pamiętać, że konferencje muszą na siebie zarobić. Innymi słowy, jeśli dobrych referatów jest za mało, żeby forsa z wpisowego pokryła koszty konferencji, przyjmiemy referaty ‚mniej doskonałe’, a jeśli i tych nie starczy, to przyjmiemy te ‚zupełnie niedoskonałe’. Co więcej, na konferencje jeździ się wtedy, gdy ktoś za to zapłaci. Nie zapłaci, nie jadę. Dlaczego zatem oceniać mnie pod względem dostępnych mi budżetów konferencyjnych? Nie toczy mnie stado wątpliwości, że nie warto oceniać habilitantów pod względem uczestnictwa w konferencjach.

 

Po drugie, bez wątpienia członkowstwo w komitetach itd. jest czymś dobrym i warto być w takim komitecie. Jednak warto pamiętać, że uczestnictwo w takich komitetach jest często wyznacznikiem tego, kogo się zna, a nie tego, jak wielkim jest się uczonym. Czy jeśli mnie nie zaproszono do rady czasopisma, to jestem do kitu naukowcem? Może to oznaczać, że nie dbam o ‚networking’, a przy okazji, że moje badanie są niszowe. Czy na pewno warto oceniać habilitanta pod względem działalności ‚czasopismowej’? Z pewnościa można, ale czy ona wiele o habilitancie mówi? Wątpię.

 

Po trzecie, bez wątpienia granty (szczególnie te międzynarodowe) są czymś ultapozytywnym. Jednak warto również pamiętać, że pisania grantów trzeba się nauczyć. A gdzie prowincjonalny habilitant miałby się tego nauczyć? Zapytałbym inaczej: ile polskich uczelni ma sensownie zorganizowane i, co kluczowe, kompetentne biuro wspierające pisanie grantów europejskich? Ile polskich uczelni, śladem uczelni europejskich, ma swoich przedstawicieli w Komisji Europejskiej, ‚mierzących puls’ w Directorate-General for Research?

 

I wreszcie, po czwarte, jakie są szanse, że mały żuczek-adiunkt zostanie kierownikiem zespołu badawczego z pominięciem lokalnego profesora? Z całym szacunkiem, Pani Minister, ale proszę choć spróbować nawiązać kontakt z rzeczywistością. Przecież z definicji adiunkt jest niesamodzielnym pracownikiem naukowym, no to jakim cudem ma samodzielnie kierować zespołem badawczym?!?!

 

I teraz tak: nie chciałbym, żeby moje komentarze odebrane zostały jako chęć obniżenia poziomu habilitacji. Jestem za umiędzynarodwoieniem polskiej nauki, za wymaganiami nawiązującymi do kryteriów obowiązujaych na świecie (z rozsądkiem). Ale chcę być oceniany sensownie. Nie chcę być oceniany za to, że mnie kierownik nie lubi i nie płaci za konferencje. Nie chcę być penalizowany za niszowość moich badań i za to, że mój profesor ma rozbudowane ego i nigdy nie pozwoli mi na kierowanie projektem międzynarodowym.

 

i na koniec. Rozporządzenie MNiSW wskazuje, co należy brać po uwagę rozważając aktywność naukową. Ale co z istotną aktywnością naukową? Czy uczestnictwo w każdej konferencji jest istotne? Lokalna konferencja może być całkiem istotna dla moich badań! Skąd recenzent ma wiedzieć, czy uczestnictwo w konferencji było istotne? Przecież ja mogę celowo i strategicznie wybierać konferencję, zeby wypróbować idee kontrowersyjne. Skąd recenzent będzie to wiedział??

 

Myślę, że jasne jest to, że nie podoba mi się kryterium istotnej aktywności naukowej. Nie podoba mi się, bo jest kompletnie ambiwalentne. I ambiwalencji tej recenzenci nie są w stanie rozwiązać, według mnie. Źle się sprawy mają.

 

Aktywność habilitanta

Artykuł 16 Ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym rozpoczyna następujący passus:

Do postępowania habilitacyjnego może zostać dopuszczona osoba, która posiada stopień doktora oraz osiągnięcia naukowe lub artystyczne, uzyskane po otrzymaniu stopnia doktora, stanowiące znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej lub artystycznej oraz wykazuje się istotną aktywnością naukową lub artystyczną.

Co z niego wynika dla mnie? Otóż, po kolei,  wynika to, że

1. muszę mieć doktorat, który mam. 

2. muszę mieć osiągnięcie, które pkt drugi art 16 określa jako rozprawę lub jednotematyczny cykl publikacji. Tak na marginesie, niezwykłe jest dla mnie to, że nagroda Nobla w świetle tej ustawy nie jest osiągnięciem. Wbrew ustawie ja jednak bym się kłócił, że Nobel czy Fields to są jednak osiągnięcia, tylko język ustawy szwankuje. Osiągnięcie w rozumieniu ustawy mam, być może, mam zatem więcej niż jakiś noblista. I będę się tego trzymał! 

3. osiągnięcie owo musi być znacznym wkładem w ‚rozwój dyscypliny’. Muszę powiedzieć, że mam trudności z ustaleniem, dlaczego wkład musi być w rozwój, a nie może być w dyscyplinę, ale pal sześć. Oczywiście kluczowym elementem jest tu słowo ‚znaczny’, jest ono bowiem niejasne i podatne na subiektywny osąd recenzentów. Akceptuję jednak, że inaczej być nie może. To, czy moje osiągnięcie stanowi znaczny wkład, ocenią recenzenci. Ja sam, po rozmowach, uważam, że tak jest, dodałbym, że w rozumieniu ustawy. Można by dość łatwo bowiem wykazać, że znaczny wkład w rozwój dyscypliny mają nieliczne jednostki – kamienie milowe, a nie małe żuczki naukowe jak ja, czy też znakomita większość ludzi, których znam. Rozumiem jednak, że dobrze ustawowo ustalić, że każdy habilitowany jest wielki.

Na marginiesie dodam, że jestem  przeciwny ustalaniom pułapów punktowych, jak to się dzieje czym Polska długa i szeroka, a krótka dyskusja na ten temat pojawiła sie niedawno na forum, w tym o to wątku . Każde bowiem mechaniczne ustalenie pułapu będzie całkowicie arbitralne i wynikać będzie z widzimisię ustalającego. Wskazuje jednak również, dla mnie to kluczowe, na kompletny brak zaufania do recenzentów. Jeśli im z kolei nie ufamy, to po co w ogóle oczekujemy recenzji?

4. i wreszcie musze się wykazac istotną aktywnością naukową. Otóż, jak sądzę, owa aktywność naukowa zastępuje coś, co się nazywało dorobkiem habilitacyjnym. Wolałbym się jednak wykazywać dorobkiem, a nie aktywnością. O ile akceptuję to, że nie da się ustalić, czym jest znaczny wkład i należy to zostawić recenzentowi, ustalenie, czym jest istotna aktywność naukowa, jest niemożliwe.

Wszak słowo ‚istotny’ zakłada relację. Istotne jest coś dla kogoś, nie może być coś istotne w ogóle. Moja aktywność naukowa może być istotna dla mojej uczelni, ale to nie znaczy, że jest istotna dla innej uczelni. Może być istotna dla mnie i moich współpracowników, dla ludzi zaintersowanych, ale nie dla recenzenta. Na dodatek to, że jest istotna dla recenzenta, jest, jak dla mnie, nierelewantne. Nie sądzę bowiem, by o to właśnie szło ustawodawcy, by recenzent wypowiadał się na temat swych prywatnych preferencji. Niestety nie mam pojęcia, czym jest owa istotna aktywność naukowa i wolałbym, żeby mnie nie oceniano z niej. Niestety: Roma locuta, causa finita.

Koszta przewodu habilitacyjnego – cjd.

24000, o których napisał(a) boreliosis, potwierdzone na forum, jest sumą, której za skarby nie potrafię sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę linkowane wcześniej sumy z wyliczeń AGH. Chyba że brane są pod uwagę koszta prądu i czasu pracy administratorów, którzy otwierają pocztę, informują dziekana, a przecież jeszcze herbatka i ciacho z cukierni powinny się znaleźć na stole rady – nie ma powodu, żeby nie zapłacił za nie habilitant. Innymi słowy, podejrzewam, że uczelnie (wydziały) chcą sobie przy okazji zarobić.  I jest to niezwykle smutna, jak dla mnie, konstatacja.

Ale może, jak (jeśli) już zostanę habilitowanym i postawią mi na radzie świeże ciacho z supercukierni, do tego dobrą herbatkę, a nie zwykłą lurę, to sam zagłosuję za podwyższeniem opłat – wszak i kanapke człowiek by przegryzł w czasie trudnych obrad.

Okazuje się, że polska nauka udowodniła raz na zawsze: istnieje coś takiego jak free lunch.

Koszta przewodu habilitacyjnego – cd.

Minimalna stawka wynagrodzenia profesorskiego nie dała mi spokoju, więc postanowiłem zasięgnąć języka na forum, które czytuję, w tym oto  wątku. Sytuacja nie wygląda dobrze. 11 tysięcy za sam wynagrodzenia, do tego koszta przewozu, noclegów, wyżywienia to bardzo dużo. Pozostaje się modlić, żeby radzie nie wpadło do głowy ściągać kogoś zza granicy! Wtedy te 15 tysięcy, o których mowiono na forum nie wystarczy.

 

15 tysięcy za przewód habilitacyjny to dużo, szczególnie jesli wydziałowi czy instytutowi nie brakuje samodzielnych do minimum kadrowego lub po prostu nie ma forsy. To znacznie więcej, gdyby płacić za to miał habilitant z własnej kieszeni. Dobrze pamiętać, że nie wszyscy polscy naukowcy mają po kilka etatów i możliwości dorabiania.

 

Czy jest rozwiązanie? Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Przejęcie całosci kosztów przez państwo nie wydaje mi się zupełnie bezsensowne. Ostatecznie to państwo wymaga habilitacji, stworzyło wielką procedurę, niech zatem płaci. Warto pamiętać, że na świecie tego typu procedury załatwia się mailem, a komisja składa się z pracowników uczelni. Z drugiej jednak strony rozumiem jednak dobrze, dlaczego w Polsce stworzono taką procedurę. Skoro sami nie potrafimy się rządzić, musi nas do tego ktoś zmusić. I musimy ponieść tego koszty. Bardzo wątpię jednak, że koszt przewodów habilitacyjnych spędza minister Kudryckiej sen z oczu.

 

Idealny byłby oczywiście system, w którym państwo płaci za te przewody, gdy habilitant uczciwie nie ma na to forsy, jego uczelnia równie uczciwie nie jest w stanie mu zapłacić. Niestety taki system jest niemożliwy do wprowadzenia.

 

No i można jeszcze mniej płacić komisji. Ale to w którymś z równoległych wszechświatów.

Koszta przewodu habilitacyjnego

Cały czas nie przestudiowałem ustawy, ciągle coś znajduję, co mi przeszkadza w tym. I tak oto,  przeglądając strony Centralnej Komisji, natknąłem sie na nastepujący komunikat:

 

Koszty wynagrodzeń członków komisji habilitacyjnej (w tym recenzji) oraz pozostałe, ustalone w umowie koszty ponosi albo jednostka przeprowadzająca postępowanie habilitacyjne, albo habilitant, albo inna jednostka zatrudniająca habilitanta – na podstawie odrębnie zawartych umów cywilnoprawnych między dziekanem wydziału (dyrektorem instytutu) i habilitantem albo kierownikiem jednostki zatrudniającej habilitanta (§ 5 rozporządzenia, o którym mowa w pkt 6).

 

Nieco mnie to zmartwiło, bo to trzeba opłacić 7 osób, na dodatek pewnie ich delegacje. Samo Rozporządzenie dość konkretnie ustala wynagrodzenia członków komisji oraz recenzentów, posługując sie pojęciem minimalnej stawki wynagrodzenia dla profesora zwyczajnego. Niestety, nie znalazłem tej stawki i nie wiem, ile, potencjalnie, może taki przewód kosztować. Poza tym, że dość dużo.

 

Oczywiście, nie spodziewam się konieczności zapłaty za przewód. Mam nadzieję, że zrobi to za mnie moja uczelnia. Jednak problem wydaje mi się niebanalny. Mówimy tu bowiem o niebanalnych, nawet w skali instytutu, kwotach. Mówimy tu bowiem, jak mi się wydaje, o sumach krążących wokół 10 tysięcy złotych. Przy, powiedzmy, trzech habilitantach w ciagu jakiegoś roku presja na budżet jednostki może być znaczna. Czy to oznacza, że będziemy się habilitować czekając na lepsze czasy finansowe? Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby uczelnia odmówiła finansowania.

 

Zdaję sobie sprawy z tego, że recenzentom trzeba zapłacić. Wykonują oni konkretną pracę, muszą przeczytać rozprawę (którą pewnie by i tak przeczytali), być może czytają resztę dorobku (szczerze wątpię, a jeśli są ekspertami, to pewnie teksty te już znają). To zajmuje czas, jest pewnym wysiłkiem. Nie jestem pewien jednak, czy stawka rzędu połowy miesięcznej pensji profesorskiej jest stawką stosowną. Bardzo wątpię, by recenzent poświęcał bite pół miesiąca na przygotowanie recenzji. Tak się bowiem składa, że recenzowałem ksiązki do druku. Tak, recenzja inna, ale książkę przeczytać trzeba i recenzje wysmarować. Zdecydowanie nie zajmowało mi to  dwóch tygodni (tzn. 8 godzin dziennie, codziennie, przez dwa tygodnie). Nieprównywalnie mniej pracy jednak mają inni członkowie komisji. Za co zatem płacimy im 1/3 miesięcznej stawki profesora zwyczajnego (swoją drogą, niewielka różnica w stawce członka i recenzenta wskazuje, co minister myśli o recenzenckim nakładzie pracy)? Za to że przeglądną recenzję i przewertują teksty, które na dodatek dostaną za darmo (znam przypadek habilitanta, który miał pecha publikować książkę za granicą – dostarczenie wymaganej ilości egzemplarzy pochłonęło znaczną część jego adiunkckiej pensji).

 

Nie przemawia mi do przekonania potencjalny argument, że jeśli nie zapłacimy sowicie, to nikt nie będzie chciał tego robić. Mam ochotę powiedzieć: no to nie! To pokażmy się jako środowisko, które głównie goni za kasą i wprowadźmy opłaty za minutę rozmowy ze studentem. Możemy żądać za ‚dodatkowy’ mail do studenta, ponadnormatywne rozmowy, prace semestralne powyżej X stron. Zyć, nie umierać! Sky is the limit!

 

Być może jestem jeszcze naiwny i zbyt entuzjastyczny (habilitacyjnie), jednak wydaje mi się, że dobrze pamiętać o naszych obowiązkach profesjonalnych. I że są rzeczy, które się robi, być może za nominalną opłatę, z pewnością bez ponoszenia kosztów (zwrot kosztów delegacji na zebranie komisji), ale robi się je dlatego, bo należy je zrobić. Przewód habilitacyjny nie powinien być jednak sposobem na (niezłe) dorobienie. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 

Mam też nadzieje, że nigdy nie będziemy sobie liczyć za rozmowę ze studentem.

 

Pfg, nie zapeszam i nie dziękuję. Z radością donoszę, że blog się rozwija czytelniczo.

Habilitacja – procedura

Od jakiegś czasu zastanawiam się nad procedurą, według której mógłbym się habilitować. Jeszcze przez jakiś czas dostępna mi jest bowiem stara procedura. Z kolokwium habilitacyjnym. Ma ona  zalety. Główną zaletą jest to, że wszyscy wiedzą, co robią. Kolokwia organizowane są od dziesięcioleci, a co drugi profesor ma schemat recenzji w głowie, dużo bardziej niż schemat listy zakupów.  Co więcej, ja dość dobrze wypadam w sytuacjach mówienia publicznego, więc, potencjalnie, kolokwium nie powinno być mi straszne. Ba! Mogłoby być okazją, by dobrze wypaść.

 

Jednak ja się owego kolokwium boję. Osobę, która miło wspomina kolokwium, spotkałem jedną. Ludzie, którzy przez nie przeszli, twierdzą zazwyczaj, że to było w najlepszym wypadku bardzo stresujące i niekomfortowe, w najgorszym był to najgoszy dzień w życiu. I jest prawidłowość: ci pierwsi, dla których było to tylko stresujące, donoszą, że pytający krążyli wokół rozprawy, ci drudzy wskazują, że członkowie rady/komisji wychodzili znacznie poza rozprawę, mając straszną ochotę udowodnić habilitantowi, że jednak nie wie. Zazwyczaj udawało im się, a konstatowane to było głębokimi westchnieniami, oczyma wzniesionymi do nieba, tudzież kręceniem głowy.

 

Ja sie właśnie boję tego drugiego scenariusza. Przy interdyscyplinarnym dorobku, na dodatek możliwości, że mój dorobek jest ‚za dobry’, scenariusz drugi wydaje mi się prawdopodobny.Może nie bardzo prawdopodobny, ale jednak ryzyko jest wedlug mnie za duże.

 

A mówiąc ogólniej. Kolokwium habilitacyjne wydaje mi się procedurą, która całkowicie zależy od dobrej woli uczestników. Członkowie Rady mogą mnie zapytać o cokolwiek im w duszy zagra, wiedząc doskonale, że nie znam odpowiedzi na pytanie. Bo oczywiście nie ma habiltanta, który jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania w swojej dyscyplinie (na tym zresztą polega idiotyzm kolokwium habilitacyjnego). Czy chcę liczyć na dobrą wolę członków rady? No jednak nie chcę.

 

Boję się kolokwium. Nie chcę się narażać na ‚dobrą wolę’ po tym, gdy nie odpowiem na kolejne pytanie spoza specjalności, w której siedzę. Skoro już trzeba zrobić habilitację, to ja będę liczył na nową procedurę.

 

Zdaję sobie sprawy, że decyzja nie jest jednak do końca moja. Muszę ją skonsultować z ludżmi, u których konsultowałem dorobek. Mam jednak nadzieję, że zgodzą sie z moją argumentacją.

Autoreferaty

Od jakiegoś czasu zerkam na strony CK w poszukiwaniu autoreferatów – niedługo zacznę pisać swój. Znaczną część tych dokumentów zapisałem sobie, a dziś postanowiłem się z częścią przynajmniej gruntowniej zapoznać.  i tak, zamiast czytać ustawę, nie mogłem sie oderwać od lektury. Autoreferaty można  znaleźć tu : http://www.ck.gov.pl/index.php/postepowania-awansowe/postepowania-habilitacyjne (może się nauczę wklejać URLe ładniej). Polecam!

 

Trochę nie wypada mi chyba krytkować ludzi, z którymi jadę na tym samym wózku, jednak nie wytrzymam. No muszę przyznać, że znaczna większość autoreferatów, które przeczytałem, wywoływała we mnie niedowierzanie. Habilitant, który zaczyna swój autoreferat od miejsca urodzenia, wymienienia szkoły podstawowej, zainteresowań w liceum, tudzież na studiach musi sie narażać na śmieszność, nie? Jeden z habilitantów uznał a stosowne informować o tym, ze był gospodarzem klasy, inny ręczył słowem honoru za prawdziwość autoreferatu. No przecież to jest kompletna parodia! Mam wrażenie, że niektórzy z koleżanek i kolegów mieliby również ochotę napisać o swym życiu płodowym, w którym już oczywiście interesowali się tematem swej habilitacji.

 

O dorobku (dorobkach) wypowiadać się nie będę. Nie dość, że nie chcę się wymadrzać, to, jak już powiedziałem, jadę na tym samym wózku. I cholera wie, co się spodoba recenzentom.

 

I teraz moja perspektywa: gdy zacząłem myśleć o autoreferacie, zacząłem myśleć o nim, w kategoriach zainteresowania recenzentów moją pracą i badaniami. Chciałbym im ‚sprzedać’, że to, co robię, jest ciekawe i warte ich uwagi. Bardzo wątpię, że informacja o tym, że pierwszy kurs języka angieslkiego odbyłem już w szkole podstawowej, osiągnie ten cel. Chcę też przekonać recenzentów, że to, co robię, jest ważne, że zrobiłem badania i napisałem rzeczy, które może nie zmieniły świata, ale jednak stworzyły wiedzę, która jest ważna zarówno intelektualnie, jak i, potencjalnie przynajmniej, praktycznie. Oczywiście znalazłem kilka autoreferatów napisanych właśnie tak. Opowiadały o badaczu, o kimś, kto przeszedł drogę od doktoratu do momentu, w którym sie znalazł i coś osiagnął.

 

Szczerze powiem, że humor mi się nieco poprawił (Schadenfreude, niestety). Jeśli mam rację, że autoreferat ma być, jak to gdzieś usłyszałem, czy przeczytałem, moją ‚narrację badawczą, to w zestawieniu z tym, co czytam na stronach CK, recenzenci dostaną ode mnie coś znacznie lepszego. Bardzo na to liczę, rzecz jasna, trzymając kciuki, by sie nie okazało, że to tylko próżność przeze mnie przemawia. I że trzeba zacząć od poczęcia….

Zrobić habilitację

Zanim podzielę się nie przeczytaną jeszcze ustawą, mała refleksja. Otóż zawsze byłem przeciwny ‚robieniu habilitacji’. i choć zawsze chciałem ‚zrobić doktorat’, to po chwili zrozumiałem, że to nie o to idzie. Po chwili zrozumiałem, że mnie coś interesuje i że ja przede wszystkim chce się o tym czegoś dowiedzieć. A potem tym czymś podzielić z innymi. Dopiero na drugim miejscu jest ‚robienie habilitacji’.

 

No i przez ileś tam lat robiłem badania, publikowałem ich wyniki, mając dużo przy tym radochy. Do dzisiaj zresztą pamiętam to niesamowite uczucie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem swe nazwisko w druku. Drugi taki moment przyszedł, gdy zobaczyłem swe nazwisko w druku w międzynarodowym piśmie. Świadomość, że może mnie przeczytać tzw. cały świat, była niesamowita.

 

Jednak jestem również pracownikiem naukowym. i rzeczywistość jest taka, ze ‚trzeba zrobić habilitację‚. i to właśnie tak to należy ująć. Nie publikować, nie robić badania, ale właśnie zrobić habilitację. I trzeba, bo mogę zostać zwolniony, przeniesiony na stanowisko dydaktyczne, czego bardzo bym nie chciał. i niestety nagle z pracownika naukowego staję sie księgowym liczącym publikacje, quasi-prawnikiem wczytującym sie w ustawy i rozporządzenia. Wolałbym tego uniknąć.

 

I dla jasności,  jestem zwolennikiem habilitacji. Uważam, że w dzisiejszej poslkiej nauce zlikwidowanie jej byłoby dużym błędem. To nie znaczy jednak, że cała wręcz procedura, zabiegi, nieformalne dyskusje,  uprzejme zapytania nie mierżą mnie w stopniu wysokim.