Pany i dziady

W komentarzach rozpoczęła się dyskusja na temat założeń ustawy proponowanych przez zespół prof. Kwieka. Dorzucam swoje trzy grosze do dwóch założeń. Autorzy proponują, by podzielić uczelnie na trzy grupy: badawcze (w tym flagowe), badawczo-dydaktyczne, dydaktyczne. Zwracam uwagę przy okazji na (moim zdaniem żenującą) ocenność słowa ‚flagowe’. Nie zgadzam się z takim podziałem, uważam, że jest szkodliwy i doprowadzi do zabetonowania obecnej sytuacji w nauce polskiej i w dłuższej perspektywie do zawężenia bazy badawczej w Polsce. Oto (między innymi) dlaczego:

 

1. Propozycja zakłada homogeniczność uczelni badawczych/flagowych, a w rzeczywistości uczelnie flagowe, tak jak wszystkie inne, mają silne, średnie i słabe jednostki, silniejszych i słabszych pracowników. Promowanie wszystkich jest nieporozumieniem.

2. Na Twitterze wspomniano również, że brytyjska REF pokazała, że badanie na najwyższym poziomie światowym prowadzone są na wszystkich uczelniach. Oflagowanie części moim zdaniem może oznaczać ryzyko utraty badań na tych ‚gorszych’ uczelniach.

3. Wyróżnianie uczelni flagowych jest antymotywacyjne. Uczelnie flagowe, dostając więcej pieniędzy, będą stawały się coraz bardziej flagowe, a pozostałe coraz bardziej ‚nieflagowe’. W rzeczywistości doprowadzi to do zawężenia bazy badawczej w Polsce.

4. Pracowników ‚nieflagowych’ skazujemy na wegetację profesjonalną. Ich ambicje, aspiracje i potencjał naukowy przestają znaczyć, bo skazujemy ich na ‚gorszość’. To niesprawiedliwe i przeciwużyteczne.

 

Jeszcze gorszym pomysłem jest, moim zdaniem, ograniczenie nadawania stopni do uczelni A/A+. W dyskusji napisano już o tym, że to powoduje gigantyczną kumulację władzy w rękach mniejszości. Ale to tylko początek. Propozycja znów zakłada, że osoby w radzie wydziału kategorii A+ są zawsze i koniecznie lepsi naukowo od członków rady wydziału o kategorii B. Moim zdaniem to założenie, które nie ma oparcia w rzezcywistości. Pomysł, że to profesorowie, członkowie RW, są głównie odpowiedzialni za kategorie naukowe ich jednostek to przejaw myślenia życzeniowego.

 

Na czym więc polega esencja tychże propozycji? Ano na tym, że stworzy się ileś tam superjednostek, w których będą pracować superprofesorowie (bez względu na ich dorobek naukowy), którzy będą rządzić nauką polską. Do nich też trafią pieniądze na działalność naukową. Reszta to będą legiony ubogich krewnych, którzy będą się łasić przy pańskim stole, bez względu na swój potencjał i dorobek. Podejrzewam przy okazji, że zespół prof. Kwieka zakłada, że sam również się w tej ‚elicie’ znajdzie.