Pochwała zera i jedynki

W dyskusjach pojawiła się kwestia recenzji bez konkluzji z zarysowanymi przeciwnymi stanowiskami. Z jednej strony, recenzja powinna mieć konkluzję, z drugiej strony, recenzent ma prawo nie wiedzieć i napisać o tym.

 

Jak dla mnie to sprawa jest bardziej skomplikowana. Z jednej strony rozumiem stanowisko, że recenzent ma prawo nie wiedzieć. Często nie mam zdania na różnie tematy naukowe, widzę zalety, widzę wady, a recenzja oczekuje zerojedynkowego stwierdzenia: tak lub nie. Czasem to bardzo trudne. Jednak funkcjonujemy w konkretnym systemie nauki. Jest to system, w którym niekompetentne, niemerytoryczne, nierzetelne recenzje zdarzają się nierzadko. Dodawanie do tego jeszcze recenzji bez konkluzji jeszcze bardziej podważyłoby zaufanie do systemu.

 

Pomyślałem sobie o takiej hipotetycznej recenzji w moim postępowaniu. I powiem szczerze: wkurzyłbym się. Pomyślałbym dwie rzeczy. Po pierwsze, że recenzent idzie na łatwiznę, że mu się nie chciało, po drugie i znacznie ważniejsze, że chodzi o coś więcej. O politykę, o strategię, o jakieś zakulisowe przepychanki. Nie przyszłoby mi do głowy, że to uczciwy brak zdania, że recenzent zajmuje intelektualnie uzasadnioną pozycję ‚nie wiem’. Bez wątpienia źle, że tak myślę. Ale myślę i tyle. I jestem przekonany, że nie tylko ja tak myśle. I dlatego recenzenci nie powinni pisać ‚nie wiem’. Pozwolimy im na to, jak na tym blogu nie będzie już sensu pisać o recenzjach.