Pomroczność ateoretyczna?

Trzy.14 podał linka do zapisu kolokwium habilitacyjnego  dr. Marka Migalskiego. Przeczytałem z zainteresowanem, ponieważ wszystkie cztery recenzje były pozytywne, podobnie jak głosowanie nad kolokwium. Jendak habilitacja padła po wykładzie. W dyskusji, wydaje się, że spokojnej i merytorycznej, przewija się jeden zarzut wobec habilitanta. Dyskutanci raz za razem podkreślają, że odpowiedzi habilitanta były ateoretyczne, opierające się jedynie na opisie, bez zakorzenienia w teorii. Przyjmując te zarzuty za dobrą monetę, mam jedno pytanie.Co się takiego stało na kolokwium, że habilitant nagle stracił zdolność mówienia o teorii i osadzania w niej swych wypowiedzi?

 

To, czego nie rozumiem, to jak to się stało, że dorobek habilitanta uzyskał jednogłośnie pozytywną ocenę od recenzentów. Nie wyobrażam sobie bowiem, by ktoś, kto systematycznie nie potrafi osadzić swych rozwazań w teorii na kolokwium habilitacyjnym, potrafi to zrobić w swych publikacjach. Nie wydaje mi się możliwe, żeby autor nasyconych teorią artykułów i ksiażek nagle tracił możliwość mówienia o teorii na kolokwium. Co zatem oceniali recenzenci? Czy dla nich owa ateroetyczność nie stanowiła problemu, uznali, że co innego jest ważne w piśmiennictwie habilitanta? Uznali, że politologia opisowa (nazywana inaczej chyba dziennikarstwem) to nauka na poziomie habilitacji?

 

Ta niespójność po raz kolejny pokazuje, że ‚coś jest nie tak’. Albo recenzenci napisali kurtyuazyjne, nierzetelne, niekompetenetne recenzje, albo habilitant stracił nagle pamięć teroetyczną. O co tu chodzi?