Poprzeczka

Wracam do jednego z przewijających wątków w moich wpisach i w komentarzach, a mianowicie czego można oczekiwać od habilitanta w dyscyplinach niepublikujących szeroko w międzynarodowych czasopismach naukowych (albo ze względu na poziom dyscypliny, albo jej ‚naturę’). Oto zakończone sukcesem postępowanie z pedagogiki, w którym, jak pisze jedna z recenzentek, habilitantka nie opublikowała ani jednego artykułu ani w czasopisamch z JCR, ani w czasopismach z listy ERIH. Przypomnijmy sobie przy tym, że na liście ERIH znajduje się szereg polskich czasopism, które uznane zostały za znacząco lepsze od innych. Warto też dodać, że brak tychże publikacji nie stanowi przeszkody dla innej recenzentki, by chwalić dorobek publikacyjny habilitantki.

 

Czy zatem można i powinno się oczekiwać od habilitantki publikacji nie tylko w (zapewne) zacnym czasopiśmie o nazwie „Perspectiva. Legnickie studia teologiczno-historyczne” czy wydawana książek w pięknym mieście Gorzowie, ale również w czasopismach o najwyższym poziomie polskim? Przemawia bowiem do mnie argumentacja, że od ludzi, których dzieli przepaść od najlepszych czasopism w dyscyplinie, nie można oczekiwać publikacji w tychże czasopisamch. Wydaje mi się jednak, że od habilitanta należy oczekiwać przynajmniej publikacji na najwyższym poziomie polskim. Pojawia się bowiem pytanie, czym jest habilitacja i jaką poprzeczkę stawia habilitantowi? A może inaczej – uważam, że dobrze by było, gdyby habilitacja (nawet z pedagogiki) była dla habilitantów wyzwaniem, trudnością i oferowała jakąś poprzeczkę do przeskoczenia.

 

Trudno mi, co prawda, o dorobku wyłącznie polskim (nawet krakowsko-warszawskim) mówić w kategoriach znacznego wkładu w rozwój dyscypliny, ale mogę po prostu siedzieć cicho!