Porządek strachu

Parę słów na koniec podsumowań. Mam wrażenie, że habilitacja, którą przeszdłem odwraca ‚naturalny porządek rzeczy’. Mnie się zawsze wydawało bowiem, że w habilitacji trudno jest zebrać dorobek, a łatwo przejść procedurę. U mnie było odwrotnie.

 

Z dziesiątkami podknięć jakoś udawało mi się publikować i ‚zbierać dorobek’ oraz opublikować ‚osiągnięcie’. Nigdy się nie zastanawiałem nad robieniem habilitacji, po prostu publikowałem. W dużej mierze dla siebie. Mnie po prostu zawsze to robiło i robi do dzisiaj. Lubię robić badania i lubię publikować ich wyniki. Nie mam poczucia, że było jakoś strasznie trudno. Tu drobna uwaga: strasznie mie wkurzają te wszystkie mękoły, które narzekają na habilitację. Oczywiście ta bieda z nędzą w dorobku nie ma nic wspólnego z tym marudzeniem….

 

Ale nagle przyszła habilitacja. I okazało się, że to jest ta prawdziwa przeszkoda do przeskoczenia. Najpierw przygotowania, potem recenzenci. Okazało się, że przynajmniej w wypadku jednego recenzenta szło o to, by mieć wizję dyscypliny podobną do jego. Dorobek? Jaki dorobek? Chodzi o to, żeby jemu podpasowało. Czy się bałem? Oj tak, bardzo się bałem. Ja naprawdę myślałem, że to się skończy uwaleniem mojej habilitacji. Czy uwalenie było realistyczne? Nie wiem. Ale bałem się.

 

I jest coś absurdalnego w tym wszystkim. Myślę bowiem, że ja się powinienem bać na poziomie publikacji artykułu. Przyjmą, nie przyjmą. Jest się czego obawiać. A ja się obawiałem na poziomie recenzji – spodoba się czy nie. Które recenzenckie widzimisię przeważ? Bo przecież to się sprowadza do widzimisię, jak, myślę, dysusja pod jednym z ostatnim wpisów pokazała.Gdyby nie to widzimisię, podchodziłbym do habilitacji ze znaczną dozą pewności siebie.

 

Tak, ulżyło mi. Powiedziałem już sobie, jak przewidział podwórkowy: Fuck me, I’ve done it. Fajnie mi z tym. Ale jest coś nie tak w tym wszystkim. Zaburzone są porządki bania sie.