Porządki profesorskie

Spryciurka stawia jeszcze jedno pytanie. Z pewnym wahaniem, wszak to chyba za wysokie progi, odpowiem. Czy zatem profesor powinien mieć doktorantów? Według mnie nie. Tak, można o tym myśleć jako o czymś pożądanym, jednak nie sądzę, by doktoranci powinni być koniecznym warunkiem przyznania profesury. Dlaczego? Bo to jest pomieszanie porządków.

 

Wprowadza się bowiem do kryteriów oceny profesora kryteria dydaktyczne i to bardzo okrojone. Dlaczego akurat opieka nad doktorantami? Magistranci są już niewystarczająco fajni, niewystarczające osiągnięcie, niegodne profesora? Warto sobie przypomnieć, że magisterium to najczęściej (przynajmniej w teorii) dwa lata opieki nad badaniami magistranta! To się nie liczy? A co z wykładami? A czy profesor powinien być dobrym wykładowcą? Już mi się nawet nie chce komentować idiotycznej arbitralności trzech doktorantów. Czemu trzech, a nie dwóch, a może lepiej pięciu? Podobnie zresztą myślę o wymogu udziału w przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Podejrzewam, że ustawodawca chciał wprowadzić w ten sposób kryterium uznania w środowisku. Tyle że z życia wiemy, że recenzentów wybiera się z bardzo różnych powodów, choćby dlatego, że nie są upierdliwi. O wymogu stażów naukowych nie chce mi się nawet pisać.

 

I tu jest ciekawostka: te kryteria nie podnoszą żadnej poprzeczki. One stawiają jedyie bariery administracyjne. Jedynym kryterium podnoszącym poprzeczkę jest kierowanie zespołami badawczymi – tu trzeba napisać grant, dostać go, zmontować zespół. Ważne kryterium? Tak, ważne, choć nie jestem pewien, czy filozofowie tworzą zespoły badawcze.

 

Profesor to ktoś, kto prowadzi badania, projektuje je, zbiera ludzi potrzebnych do ich przeprowadzenia, a potem publikuje ich wyniki. Tak, fajnie by było, gdyby miał doktorantów, fajnie by było, gdyby recenzował, ale fajnie by też bylo, gdyby był fajnym facetem czy fajną babką, do której można podejść bez kija i pogadać.