Potop

Poprzedni wpis był złośliwy, to dzisiaj refleksyjny. Pod jednym z poprzednich postów wywiązała się dyskusja na temat odrzuceń, których ‚doświadczamy’. Jedni mówili o kilku, inni o znacznie większej liczbie odrzuceń. Ja raczej stoję po stronie tych z większą liczbą, licząc każde odrzucenie po drodze jako odrzucenie. Jakiś czas temu jednak przeczytałem na jednym z blogów, które śledzę, wpis zwracający uwagę na dodatkowy aspekt publikacji. Autor mówi o tym, co się dzieje, gdy to, co napisaliśmy już się ukaże.

 

Mam wrażenie, że dzisiejsza nauka (nie tylko polska zresztą) polega głównie na tym pierwszym – na publikacji, a po publikacji to choćby potop. Choć upraszczam, to jednak słaby artykuł, jeśli tylko opublikowany jest za odpowiednie kudryki czy IFy, liczy się tak samo jak ten, który porusza Ziemię, przynajmniej na początku. Nikt nie pisze przecież recenzji artykułów, a cytowanie negatywne liczy się tak samo jak cytowanie pozytywne.

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio martwiłem się, jak zostanie przyjęty mój artykuł. Tak, chciałbym żeby został przyjęty jako przełomowy, jednak nie zastanawiam się w ogóle nad tym, czy ktoś może pomyśleć, że to knot. Jak pomyśli, to szkoda, ale trudno. Bywa. Nie zazdroszczę autorowi bloga jego rozterek i obaw, wcale ich nie chcę. Mam jednak wrażenie, że coś tracimy nie mając ich. Nawet jeśli tracimy „tylko” debatę.