Prawie-habilitant

Poznałem niedawno habilitanta. Właściwie prawie-habilitanta, bo wniosek chce dopiero złozyć. Co prawda, wszystko już gotowe od jakiegoś czasu, ale habilitant co jakiś czas upewnia się jeszcze, czy na pewno, bo sie naczytał złośliwości w recenzjach, nasłuchał się o komisjach i stwierdził, że najważniejsze to nie dać na siebie haka w postaci niewydrukowanego artykułu, złego opisu bibliograficznego czy innej poważnej podstawy do odmówienia nadania stopnia. Próbowałem mu wyjaśnić, że panikuje, ale zadał mi pytanie, czy ja panikowałem i po odpowiedzi twierdzącej, poprosił o nieudzielanie dobrych rad.

 

Skoro nie mogłem radzić, zapytałem nowego kolegi, czy zdecydował się habilitować z ksiązki czy może z cyklu. Habilitant popatrzył na mnie z dużym zdziwieniem i wyrzutem i poinformował, że oczywiście, iż wydał książkę. Choć wie, że czytelników może nie być za wielu, a i jego międzynarodowa kariera uległa spowolnieniu, jednak po zasięgnięciu języka uznał bez wahania, że to właśnie książkka zbliża go do upragnionego stopnia, a nie żaden tam cykl. Cykl może przecież nie być wystarczająco cykliczny, a na dodatek po co się męczyć i pisać tyle artykułów, czekać na ich recenzje, poprawki, przyjęcie i druk (czas przecież leci), skoro można szybciutko książkę napisać. A to przecież książkę docenią recenzenci, którzy sami pisali wydawnictwa zwarte i dobrze wiedzą, że to książka czyni naukowca, a nie żadne artykuły. A że książki nikt nie przeczyta – tym gorzej dla ignorantów!

 

Nie mogłem się nie zgodzić z rozumowaniem habilitanta, choć przyznam, że pomyślałem, że mi go żal. Mógłby przecież naukę uprawiać, a on habilitację robi.