Prof. dr hab. hab.

Dwa ostatnie wątki, profesorska habilitacja i wybory do CK, zeszły się wczoraj w jedną refleksję, którą postanowiłem się podzielić. Otóż nie potrafię się uwolnić od myśli, że obie te rzeczy pokazują absurdalność systemu awansowego. Z jednej bowiem strony mamy profesurę, która zamyka się na swojej szklanej górze, w ‚twierdzy CK’, z drugiej z kolei mamy członka tego ekskluzywnego klubu, którego nagle kontekst zawodowy zmusza do udawania, że jest doktorem ubiegającym się o samodzielność.

 

Problem polega na podwójnej funkcji habilitacji. Po pierwsze bowiem hablitacja jest stopniem naukowym, który jest przepustką do ‚samodzielności’, w tym, a może przede wszystkim do promowania doktoratów. Po drugie, habilitacja ma zupełnie inną funkcję: jest potrzbena do minimów kadrowch jednostki.

 

Robiący habilitację profesor jest już samodzielny, może promować doktoraty (również w pokrewnych dyscyplinach, a znam wypadki promotorów z innych dziedzin niz ta, w której prowadzony był doktorat – kluczowi byli recenzenci, znam również wypadki recenzenta z innej dziedziny niż przewód), habilitacja zatem jest mu do niczego niepotrzebna. Nie można być sadzielnym podwójnie. Habilitującemu się profesorowi zatem idzie o możliwość wliczenia go do minimum kadrowego jednostki – w żadnym innym wypadku druga habilitacja nie ma sensu (no, chyba że ktoś jest kolekcjonerem). Żeby było śmieszniej i w naszym systemie straszniej, ‚samodzielność’ samodzielnego mogą oceniać ‚zwykli’ doktorzy habilitowani, którzy, choćby w kontekście wyborów do CK, nawet nie mogą pisnąć na temat profesora. Ba, może się okazać, co byłoby cudnie ironiczne, że w przewodzie habilitacyjnym najstarszym stopniem (również w sensie stażu profesorskiego) jest….habilitant!

 

I tu właśnie wychodzi owa absurdalność habilitacji. Samodzielny profesor musi uzyskać podwójną samodzielność po to, by jego jednostka mogła prowadzić przewody doktorskie w danej dyscyplinie. To, oczywiście, że już może i tak je prowadzić (bo profesor w reczywistości może je prowadzić), nie ma znaczenia, bo….się w papierach nie zgadza. Druga habilitacja okazuje się jedynie potrzebna po to, by system biurokratyczny został zapsokojony. To, że w rzeczywistości nic się nie zmienia na wydziale – profesor praktycznie nie uzyskuje żadnych dodatkowych uprawnień, nie ma znaczenia – ważne jest to, żeby spełnić idiotyczny wymóg minimum kadrowego. Oczywiście spełnić tylko na papierze, ale cóż może być ważniejszego! Zwracam uwagę, że profesor jest zmuszony do przejścia przez procedurę, która jemu osobiście NIC nie daje.

 

Mam nadzieję, że profesor habilitację uzyska. I wystąpi do CK o decyzję, w jaki sposób zapisywać jego nowy stopień naukowy. I że w swym zastanawianiu się CK zostanie sparaliżowana na tygodnie i miesiące. Bo tak kluczowego problemu nie da się rozwiązać ot tak…