Prywata

Nie raz słyszałem o tym, że szczególnie przewody doktorskie wykorzystywane były/są do załatwiania przeróżnych spraw między recenzentami i  promotorem. Kliniczny przypadek sprzed  lat to przypadek recenzenta, który zasłabł po tym, gdy doktorant jego wroga jednak uzyskał stopień. Przyznam, że dawno o takich rzeczach nie słyszałem, aż do dzisiaj. Na blogu Doktrynalia bowiem ciekawy wpis o tym, jak to doktor dostaje po głowie za błędy profesora. Doktor, co prawda, habilitacje dostała, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że jeden z recenzentów wykorzystuje swą recenzję, by przywalić pewnej pani profesor. W skrócie: recenzent napomina habilitantkę za to, że nie wychwyciła nieuczciwości naukowej pani profesor, która napisała rozdział do książki redagowanej przez habilitantkę.

 

Muszę powiedzieć, że nie podoba mi się to. Przy najlepszej woli redaktor może, i ma do tego pełne prawo, nie znać całej literatury wykorzystywanej w książce. Co więcej, od tego redaktor i wydawnictwo mają recenzentów, by pomogli im w wyłapaniu tego rodzaju kwiatków, nie zawsze może się to udać, rzecz jasna. Na dodatek, na co zwraca uwagę autor bloga, redaktorka była doktorem, autorka rozdziału profesorem – relacja bardzo ukośna, a szanse na to, że redaktorka zwróci uwagę profesorowi, są zerowe.

 

Czy jest sens o tym pisać w recenzji habilitacyjnej? Według mnie nie ma. Na chłopski rozum, habilitantka nie odpowiada za to, co napisała jedna kontrybutorek. Nawet jeśli odpowiada za całość książki, redaktor nie odpowiada za to, co piszą poszczególni autorzy (ciekaw jednak jestem wykładni prawnej). Nie wierzę oczywiście, że recenzent nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy. A zatem recenzent pisze po to, by zawstydzić pania profesor, by sie odegrać na niej, pokazać, innymi słowy: przywalić.

 

Otóż mam problem z tym wszystkim. Postępowanie habilitacyjne nie jest od tego, by załatwiać ‚swoje’ sprawy. Nie jest od tego, by zawstydzać, przywalać. Recenzent ma ocenić wkład habilitanta w rozwój dyscypliny. i tyle. Nie mam wątpliwości, że recenzent powinien pisać o wypadkach nieuczciwości naukowej, ale nieuczciwości habilitanta (wszak plagiat wyklucza wkład w dyscyplinę), natomiast mam spore wątpliwości, czy ‚jakość redakcji naukowej’ (czymkolwiek ona jest) podpada pod taką ocenę.

 

Najważniejsze jednak jest to, że dobrze by było, gdyby recenzenci wbili  sobie do głów, że swoje porachunki załatwiali na własny rachunek.