Punkty za pochodzenie

Jakiś czas temu pisałem o dorobku w kategoriach ilości, o tym, że nie ma znaczenia, ile opublikowałem. Ważne jest co! Napisałem również, że jestem przeciwny ustalaniu pułapu punktów dla habilitanta.

 

Nie jestem jednak przeciwny samym punktom, czy też, mówiąc ogólniej, ustaleniu jakości  czasopisma. A to dlatego, że mnie drażni, gdy nieustannie słyszę wokoło, że liczy się nie miejsce, ale jakość. Na pierwszy rzut oka, taki argument jest oczywiście prawdziwy. Artykuł Watsona i Cricka nie straciłby na jakości, gdyby został opublikowany po polsku w Ciechanowie, Kutnie czy Koluszkach (ciekawe, kto by go przeczytał). Jednak na tego typu argumenty, według mnie, należy reagować prośbą o ich urealnienie.  Bowiem w rzeczywistości idzie o to, że  szansa, że w owych zacnych polskich miastach, podobnie jak w dziesiątkach innych (np. w Nakle, Piotrkowie, Kaliszu, Chełmie, Radomsku), zostanie opublikowany taki artykuł jest tak mała, że możemy spokojnie o niej zapomnieć. A jaka jest różnica między czasopismami wie każdy, kto publikuje w pismach lokalnych i międzynarodowych. Z doświadczenia wiem, że różnica jest kolosalna.

 

Kiedy apelowałem o rzetelność recenzji, apelowałem również właśnie o urealnienie oceny dorobku. Publikacja, która przechodzi przez dwa etapy potrójnych recenzji nie jest podobna do publikacji, którą umieścił nasz szef w lokalnym piśmie (po angielsku,czyli pismo  międzynarodowe). Książka wydana w Łodzi nie ma zasięgu międzynarodowego, nawet jeśli jest napisana po angielsku. Irytuje mnie bardzo, gdy recenzenci udają, że jest inaczej.

 

I tu wracam do punktów. Nie warto ustalać pułapów, ale publikację warto oceniać również pod względem tego, gdzie się ukazała.To takie swoiste punkty za pochodzenie, które pozwalają się nam zorietnować choćby w tym, jaki potencjalny zasięg ma tekst i jaki proces recenzyjny musiał przejść tekst. Warto to oceniać również w wypadku habilitantów. Żeby ten cholerny proces miał jednak jakiś sens.