Recenzja z wewnątrz

Dostało mi się za to ‚stawanie po stronie’, nie spodziewałem się. Wśród, powiedzmy, ‚zaangażowanej’ części tzw. środowiska wyraźnie widać dążęnie do umiędzynarodowienia praktyk akademickich. A zatem w publikacjach recenzje spoza uczelni (a może i spoza środowiska), promotorzy doktoratów jako mający potencjalny konflikt interesów wobec byłych doktorantów, nie mówiąc już o kolegach wydających kolegów czy, jak niedawno, redaktor naczelny wydający siebie samego.

 

Wszystko się zmienia w wypadku habilitacji. Recenzenci sa ‚obiektywni’, recenzje mają tę samą moc, wszycy recenzenci się tak samo wypowiadają. I właściwie można się już tylko dziwić, że ustawodawca rozróżnia recenzentów wewnętrznych od zewnętrznych. Podobnie zresztą jak robią to uczelnie znanego mi świata. Doktoraty w nauce anglosaskiej muszą mieć ocenę zewnętrzną, nie związaną z doktorantem i to ona, jak już zauważono na forum, waży bardziej. Może należy im wytłumaczyć, że recenent to recenzent i od naszych recenzentów habilitacyjnych powinni się uczyć obiektywizmu i sztuki bezstronnego wypowiadania, a od rad naszych sztuki bezstronnego czytania.

 

W podziwiającym oniemieniu słucham starszych i młodszych kolegów, którzy już prześcignęli resztę świata w obiektywizmie. Rady nigdy przenigdy nie wybierają przychylnych recenzentów, a jak już się to wydarzy, to recenzent przychylny zapomina o tym, że habilitant pisze to, z czym recenzent od 20 lat się zgadza, a to, że habilitacja delikwenta uratuje minimum kadrowe jednostki, w której zaraz będziemy mieli emeryturę, nikomu nawet nie przychodzi na myśl jako znaczący kontekst.

 

Pozostaję w oniemieniu….