Sed magis amica habilitacja

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że po raz trzeci nie uzyskał habilitacji dr Marek Migalski. Myślałem o tym i myślałem i wymyśliłem, że nie obędzie się bez wpisu na ten temat. Oto fakty. Dr Migalski chciał się habilitować na podstawie swojej najnowszej książki o budowaniu narodu. Recenzenci napisali trzy pozytywne recenzje, rada wydziału postanowiła postępowanie uwalić.

 

Zanim skomentuję, do faktów chciałbym dodać dwie rzeczy. Po pierwsze wypowiedzi w wątku na DNU. Powiedzmy sobie wprost, sylwetka habilitanta nie rysuje się w kolorach pięknie różowych, ani nie pachnie choćby nawet przemysławką. Po drugie chciałbym przytoczyć miażdżącą wręcz recenzję książki dr. Migalskiego z blogu prof. Jaskułowskiego pod znamiennym tytułem  Jak nie pisać o narodzie, w którym rozwiewa wątpliwości co do jakości dzieła habilitanta.

 

I właściwie wszystko fajnie, ale habilitacji nie nadaje się za sylwetkę, a bloger to nie recenzent. I ja chciałbym podkreślić, że dr Migalski dostał trzy pozytywne recenzje od profesorów politologii. I jeśli rada chciałaby odrzucić te recenzje, to niech to chociaż porządnie uzasadni. A gdy zaglądnąłem do uzasadnienia odmowy nadania stopnia, to mnie jasna krew zalała. Tam do cholery nie ma nic! I choć rada nie musi się kierować recenzjami, to jednak mogłaby być tak uprzejma, do cholery jasnej, i podzieliła się swymi wątpliwościami nt. dorobku habilitanta. Bo podważa również przez siebie wybranego recenzenta i członków komisji. 

 

Ale to nawet nie to zainspirowało mnie do stanięcia po stronie p. Migalskiego. Zainspirował mnie katon polskiej pedagogiki, pedagog nauki polskiej, prof. Śliwerski, który postanowił na swoim blogu zadać kluczowe wręcz pytanie: Po co habilitacja dr. Markowi Migalskiemu? Mój ulubiony pedagog pisze:

 

Niektórym nauczycielom akademickim wydaje się, że habilitacja jest za wszystko, tylko nie za osiągnięcia naukowe. Nie rozumieją i nie chcą przyjąć do swojej świadomości, że jeśli chcą być samodzielnymi pracownikami naukowymi, to muszą wykazać się koniecznymi kompetencjami metodologicznymi i merytorycznymi w przedłożonych do oceny osiągnięciach naukowych.

 

Ależ się tu politologowi wydaje, alęż on nie chce, i nie rozumie. Okazuje się, że prof. Śliwerski zna się też na politologii, ba, potrafi komentować postępowania pomimo tego, że jak przyznaje w komentarzach, nie zna recenzji Migalskiego! To jednak nie przeszkadza mu juz zdecydować, że on sie nie wykazał, nie rozumie itd. A mi się to naprawdę nie podoba!

 

Niestety, nie mogę odpowiedzieć pytanie Śliwerskiego tak, jak bym chciał. Bo ta odpowiedź zawierałaby słowo wulgarne. Odpowiem więc: nic Panu do tego, do cholery!

 

Nie znam p. Migalskiego osobiście, ale nie lubię go jako polityka. Mnie się nie podoba to, jak się zachowywał jako polityk, nie podoba mi się to, co robił. Ale mnie się nie podoba wiele osób i Migalski nie jest na górze listy, a oni jednak mają habilitację. Bo habilitacja nie jest nadawana za podobanie się. Habilitacja nie jest za sylwetkę, postawę moralno-polityczną, tudzież za ustępowanie miejsc w tramwaju. Nie wiem, czy Migalskiemu się należy habilitacja. O ile jednak pamiętam, większość recenzentów w 3 postępowaniach uważało, że tak. A skoro tak, to on powinien tę habilitację dostać. I powinien być oceniany dokładnie tak samo, jak inni politolodzy w Polsce. Potem, jak kto chce, może mu ręki nie podać.