Się należy

Kontynuując temat bzdur w recenzjach, chciałbym zwrócić uwagę na ostatni artykuł artykuł prof. Wrońskiego w FA. Artykuł zawiera fragmenty recenzji kwestionowanego postępowania habilitacyjnego. Recenzentka, p. Katarzyna Laskowska napisała o dorobku habilitantki:

 

„jest nie tylko liczny, ale podlegał weryfikacji przez recenzentów naukowych, często profesorów zwyczajnych o uznanym autorytecie. Kandydatka na pewno też włożyła ogrom pracy w przygotowanie monografii habilitacyjnej, chociaż nie uniknęła w niej uchybień, a z niektórymi wnioskami można polemizować. Niemniej jest to osoba o ogromnej wiedzy i znajomości zagadnień, które bada”.

 

A ja nadal zbieram szczękę. Ten fragment jest ucieleśnieniem problemów polskiej habilitacji. Oto ukoronowanie argumentów za nadaniem stopnia. Przede wszystkim habilitantka napisała dużo. Co tu będziemy się czarować – im więcej, tym lepiej. I prof. Laskowska to potrafiła docenić. Ale habilitantka nie pisze tak sobie. Otóż recenzentami jej publikacji byli nawet i, uwaga, profesorowie zwyczajni! Aż człowiek chce zapytać, jak oni znaleźli czas! Że zechcieli się w ogóle pochylić nad wypocinami jakiegoś adiunkta. A oni nie dość, że się pochylili, to nawet przychylili! Łał! Czy można sobie wyobrazić lepszą gwarancję jakości dorobku habilitantki? Słowo profesora zwyczajnego to słowo ostateczne, rękojmia wspaniałości, z którą aż trudno dyskutować. Dorobek nie jest dobry, bo recenzenci są specjalistami, bo się znają, bo docenili argumentację, ale dlatego, bo są profesorami. Oto kluczowy porządek dziobania: recenzent-magister nie ma i nie może mieć nic do powiedzenia, z ust profesora leje się samo piękno prawdy.

 

Jednak złotoustość profesorska nie wystarcza Pani Profesor. Oprócz gwarancji profesorskich mamy jeszcze recenzenckiego asa w rękawie. Habilitantka się narobiła i po prostu nie uchodzi tego nie docenić. Ona w pocie czoła tworzy, profesorowie zwyczajni się wypowiadają, a my moglibyśmy tego dorobku nie docenić?! No chyba nie nie w tym wszechświecie! A poza tym, powiedzmy sobie wprost, co tam dorobek – habilitantka to po prostu ‚osoba o ogromnej wiedzy’, a komu nadawać habilitacje, jeśli nie osobom o ogromnej wiedzy?

 

No i wyłania się obraz habilitacji. Profesorowie zwyczajni klepnęli, habilitantka się narobiła, a poza tym to łebska kobieta. Recenzentka zapomniała chyba jednak o jeszcze jednym ważnym kryterium – może to po prostu była kolej habilitantki, więc proszę nie zawracać głowy jakimiś recenzjami czy czymś tam. Bo jak się habilitacja należy, to się należy.

 

Zakwalifikowałem ten wpis do kategorii ‚galeria habilitacyjna’, w której znajdują się wpisy o kuriozach habilitacji. Ten krótki fragment prof. Laskowskiej zajmie wśród wcześniejszych wpisów godne i niepoślednie miejsce!