Size matters

Właśnie przeczytałem nowy wpis na blogu prof. Galasińskiego. Wpis jest o konsultacjach akademickich za pomocą internetu. Oglądając mieszkania studentów, lingwista wskazuje, że konsultacje takie rozszerzają strefę akademicką kooptując do niej zarówno nasze mieszkania, jak i mieszkania studentów. Wpis jest ważny, moim zdaniem,  szczególnie jego dystopiczny koniec, ale natchnął mnie do zupełnie innego postu.

Otóż od czasu do czasu biorę udział w  zebraniach ważnych ciał i często na początku jest dyskusja o tym, kto ma większy księgozbiór. Wbrew Galasińskiemu, który ukrywa jadalnię, w której siedzi na tle pustej ściany, znaczna część moich kolegów i koleżanek (a jak się okazuje po konsultacjach, nie tylko moich) nie tylko nie ukrywa, ale wręcz prezentuje swoje gabinety i księgozbiory. Nie żadne obrazy, nie żadne telewizory czy dizajnerskie meble, ale to księgozbiór jest wyznacznikiem wartości człowieka.

No i to te księgozbiory, odpowiednio uplasowane na widoku kamery stają się przedmiotem dyskusji.

  • Ależ pan profesor ma piękny księgozbiór
  • No, uzbierało się tego przez lata, nieskromnie powiem. Ale pani profesor też niczego sobie.
  • No, rzeczywiście, jakoś tak się nazbierało.
  • Ale, ale, popatrzmy na pana profesora, pan to dopiero ma. Aaaa, widzę, że nawet encyklopedia brytanika na honorowym miejscu.
  • Oj, tak się jakoś wepchnęła na widok. Ale rzeczywiście, na co dzień korzystam!
  • Ale chyba nie zauważyliśmy pana profesora, do samego sufitu. ależ ta kamera ściąga.

I tak idziemy po profesorach i ich księgozbiorach. Niektórzy pozostają wkurzeni,  że ich półek nie doceniono w stopniu wystarczającym, inni dumnie się krygują, jak to ich zbiór to przecież kilka nic nie wartych broszurek. Oczywiście to powyżej to nie jest zapis prawdziwej rozmowy. To amalgamat iluś tam rozmów, których doświadczyłem i o których słyszałem.

I jak tak sobie dyskutujemy a ja mam wrażenie, ze to nie o księgozbiorach dyskutujemy i nie księgozbiory sobie porównujemy. Nie powiem, co porównujemy, żeby znów rynsztoku nie robić.

Ci, którzy na stosownym tle nie siedzą czym prędzej tłumaczą się, gdzie ich zacne księgozbiory. Tak się składa, że, małżonek akurat, wnusia prosiła…..

Niestety, nie przychodzi mi do głowy żadne mądre zakończenie. Trudno bowiem pisać o profesorskich ego (egach?) czy o profesorskich małostkowościach.  Wszystko to już wiemy. Tyle że okazuje się, że nie ma takiej sytuacji, której nie da się wykorzystać do tego, by jeszcze raz rozłożyć pawie pióra, szczególnie gdy nic innego rozłożyć się za bardzo nie da. Nie ma też takiej dyskusji, której nie da się poprzedzić dyskusją na temat bzdur.

Na szczęście jest  część członków ciał, którzy nie biorą udziału, w tych dyskusjach. Nie komentują, nie siadają na tle, po prostu czekają, aż podróż przez księgozbiory się skończy i będziemy mogli zacząć zebranie.