Skandal

W najnowszym wpisie prof. Śliwerski pisze o ‚habilidyletantach’ (a właściwie pisał, bo rano zmienił tytuł wpisu), a wpis dobrze się wpisuje w dyskusje na tematy polskiej szuflandii naukowej.

 

Najbardziej jednak uderzyło mnie jedno ze zdań. Profesor pisze:

 

Ba, niektórzy nawet czytają zamieszczone na tej stronie recenzje mimo, że nie znają, bo nigdy nie czytali (a więc i nie mają podstaw do porównań) rozpraw jakiegoś habilitanta.

 

Należę do tych ‚niektórych’, należałem też jako habilitant, nie zdawałem sobie sprawy, że to coś głupiego czy nagannego. Powiedziałbym, ba, uważam, że to pożyteczna lektura dla każdego habilitanta (podobnie jest autoreferatami, których czytanie piętnuje Profesor). Nie dość, że dobrze jest rozumieć, na czym skupiają się recenzenci, to dobrze jest też rozumieć, jakie standardy oceny obowiązują w danej dyscyplinie czy dziedzinie. Uważam nawet, że implikacja, iż recenzję można zrozumieć tylko po przeczytaniu pubikacji (w wypadku pedagogiki to chyba zawsze jest ‚rozprawa’), której dotyczy, nie ma większego sensu.

 

Habilitacja kreślona przez pedagoga to jednostkowe postępowania, które nie mają z sobą nic wspólnego. A to, jak mi się wydaje, jest nie tylko niezgodne z zamiarami polskich prawodawców, to na dodatek nie ma większego sensu w ocenie naukowej w ogóle.