Słoma habilitacyjna

Oto postępowanie habilitacyjne z geologii na, uwaga, uczelni zacnej, badawczej, a jakże, bo na samym Uniwersytecie Warszawskim. Aż piszący te słowa czuje presję wielkości.

W postępowaniu tym znajdujemy trzy recenzje, z których jedna jest negatywna, druga jest pozytywna ‚w stopniu minimalnym’, a trzecia jest pozytywna. Przyznam szczerze, że recenzji nie czytałem (nie chciało mi się) – zaglądnąłem jedynie do konkluzji. Pomimo tego, że recenzenci napisali (być może nawet dostali za to honoraria), postępowanie umorzono.

Smaczku dodaje to, że, jak się dowiadujemy z recenzji w postępowaniu poniższym, komisja habilitacyjna zebrała się i negatywnie zaopiniowała dorobek habilitanta. I jak już zaopiniowała, to wtedy rada wydziału umorzyła postępowanie. I ja bym powiedział, że to są kompletne i całkowite jaja.

Uważam, że rzeczone umorzenie jest skandaliczne. Recenzenci się wypowiedzieli, komisja habilitacyjna się wypowiedziała. jaki to więc ważny interes społeczny przemawia za tym, żeby powiedzieć, że to wszystko się nie liczy.

Mówiąc ogólniej, ja nie rozumiem umorzeń z zasady. Tak się składa, że jakieś pół roku temu głosowałem w sprawie umorzenia postępowania. Podnoszono dwie kwestie. Po pierwsze, to, że umarzamy, nie może oznaczać tego, że nie ponosimy kosztów. Po drugie, ważniejsze, nie możemy sobie robić sami z siebie jaj. Habilitacja to zbyt poważna sprawa, żeby sobie składać wniosek, a potem się rozmyślić. I ja się z tym zgadzam. Nie można się wycofywać z postępowania habilitacyjnego dlatego, bo grozi nam nienadanie stopnia. Jedynym sensownym powodem umorzenia mogłoby być to, że habilitant nie chce już pracować naukowo, dostał objawienia, idzie do klasztoru. Albo słonie ratować na Serengeti. Jeśli nie, to procedujemy do końca. Szanujmy się nawzajem, do cholery!

Jak już wskazałem, sprawa tej habilitacji jednak nie skończyła się wtedy. Otóż pół roku temu habilitant wnioskuje o wszczęcie nowego postępowania habilitacyjnego. Choć muszę powiedzieć, że nie jestem pewien, czy postępowanie jest nowe. Habilitant składa ten sam autoreferat (co uczciwie zaznacza). Powołuje się tę samą komisję, a recenzenci piszą te same recenzje. Jedna jest pozytywna, druga jest pozytywna w stopniu minimalnym, trzecia jest negatywna. Podobieństwo  postępowań jest na tyle duże, że recenzent negatywny pisze to wprost – nic się nie zmieniło, więc nie zmieniła się też jego ocena. Aż człek by się chciał dowiedzieć, czy posiedzenia w tych samych salach o tych samych porach się odbywały.

Niestety, nie dowiadujemy się, jaka była decyzja komisji habilitacyjnej, dokument nie jest zawieszony na stronach habilitacyjnych Wydziału Geologii UW (trzeba jednak przyznać, że to nie tylko w przypadku tego habilitanta nie ma tego dokumentu). Habilitacja jednak przeszła.

A ja mam kilka pytań. Co takiego się zmieniło w ocenie dorobku, że tym razem ta habilitacja przeszła? Czy każdy habilitant na UW może „sobie  umorzyć” postępowanie habilitacyjne, bo mu się decyzja komisji habilitacyjnej nie podoba? I wreszcie: czy u państwa, na Uniwersytecie Warszawskim, tak ogólnie takie jaja się robi? Bo ta nieustanna wyższość, z jaką mówią przedstawiciele UW, pół biedy, że irytuje, ale naprawdę nie licuje z  takim postępowaniem.

Podobno ten blog czyta prorektor UW. Może zechciałby odpowiedzieć na moje pytania. Bo wy, do ciężkiej cholery, macie świecić przykładem. A jeśli takie jaja są na UW, to czego tu oczekiwać w jakiejś Pipidówie? UW jest (podobno) polską czołówką, chce się gonić międzynarodowo. A okazuje się, że wam habilitacyjna słoma wychodzi z postępowań.