Spróbujcie!

Profesorom odpowiedział doktorant. A napisał tak:

 

Nagle okazuje się, że sama habilitacja czy profesura nie są już wyznacznikiem autorytetu, jeśli nie jest się cytowanym w swojej dyscyplinie. Że nie wystarczy już produkować książek, które na pewno zostaną pozytywnie ocenione w wąskim kręgu recenzentów. Że już nie można pomóc lubianemu adiunktowi, dostrzegając nowatorskość jego artykułu opublikowanego w prowincjonalnym wydawnictwie.

 

Już kiedyś zastanawiałem się nad tym, co pomyślą nasi studenci, gdy zaglądną do naszych habilitacji. Jeden właśnie zaglądnął i nam powiedział, co myśli. Niekomfortowa to lektura, szczególnie, że cios wymierzony jest celnie. On mówi właśnie o tych wszystkich powiatach, województwach i innych lokalnościach, w których produkowane są habilitacje i profesury. Mówi o profesorach (uczelnianych i belwederskich), którym nie udało się opublikować w obiegu międzynarodowym. On nas nie chce szanować za to, ile literek mamy przed nazwiskiem. Świetnie podsumowuje utytułowanych krytyków, mówiąc:

 

Jeśli ktoś obśmiewa listę filadelfijską, niech spróbuje opublikować artykuł w zagranicznym czasopiśmie.

 

Pisze to, warto zauważyć, pomimo tego, że jeszcze na tejże liście nic nie opublikował (wyguglowałem go). Może dlatego docenia, że nie tak łatwo się tamże znaleźć. Odrzucony kolejny artykuł uczy pokory.

 

Łukasz Budzicz wypowiada się również o tym, o czym tu dyskutuje się od dłuższego czasu:

 

Jednak mając do wyboru niedoskonały system oparty na ocenie ilościowej (taki jak teraz), system oparty na ocenie jakościowej (która sprowadza się do tego, że ważne szychy oceniają uczelnianych kolegów lub wrogów) albo system bez żadnej oceny (wszyscy dostają po równo), nie mam wątpliwości, który jest najlepszy.

 

Może on po prostu nie chce musieć mieć promotora, sponsora, wspieracza. Chce liczyć na siebie. Co bardzo ciekawe, zgadza się z nim nawet prawnik. Osobiście też wolę punkty od kolesiów, od tych co mówią ‚wicie, rozumicie’, którzy sami sobie wyznaczają standardy i stanowią ‚komitet kolejkowy’ postępowań habilitacyjnych.

 

Od siebie dodam, że wolałbym też, żeby nie było profesorów, których dorobek jest mizerniejszy od co ambitniejszego adiunkta, a i (widziałem na własne oczy) doktoranta.