Stało się

Poprzedni wpis spowodował dyskusję na temat tego, jak powinna wyglądać recenzja. I może warto temat pociągnąć. Ale zanim się wypowiem, chciałbym zwrócić uwagę na to, co ktoś napisał w komentarzach (przyznam, że nie chce mi się szukać wśród prawie stu komentarzy): nierzetelne, ale pozytywne recenzje nie wywołują takiej dyskusji, jak recenzja rzetelna, ale negatywna. Bo warto zwrócić uwagę na to, że wśrod komentujących nikt nie podważył rzetelności omawianej recenzji. Innymi słowy, ta recenzja uczciwie oddaje stan osiągnięcia i dorobku habilitantki. Lukier co rusz lejący się na habilitacyjne gnioty wydaje się znacznie mniej ważny. Myślę, że nie jest.

 

Ale warto się zastanowić, jakie są granice krytycznej recenzji? Wydaje się, że panuje zgoda się co do tego, że recenzja nie powinna zawierać wycieczek osobistych, nie powinna też zawierać słów powszechnie uznanych za obraźliwe. A zatem ‚wszyscy’ się zgadzamy, że recenzenci nie powinni pisać o ‚debilnych’ argumentach czy ‚syfiastym’ dorobku. Czy jednak wolno pisać o tym, że, powiedzmy, habilitant czegoś ‚nie rozumie’? Jest to ‚wycieczka osobista’, ale chyba jest to sformułowanie dopuszczalne. Czy może nie?

 

W komentarzach pojawia się argumentacja o ‚złośliwościach’, jednak nie było zgody co do tego, czy dane sformułowanie było czy nie było złośliwe. Złośliwość, być może, zależy więc od wrażliwości na różne wyrażenia. Ale może warto chuchać na zimne. 

 

Pytaniem dla mnie kluczowym jednak jest to, gdzie jest granica brutalności czy bezpośredniości krytyki. I muszę powiedzieć, że nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. Jednak przez pięć lat pisania tego bloga widziałem (i pisałem o nich) habilitacje, które były na poziomie słabych prac magisterskich, po przeczytaniu widziałem przechodzące zielone pojęcie. Na szczęście nie musiałem pisać recenzji w takim postępowaniu, jednak wydaje mi się, że uprzejmie negatywna i ugłaskana recenzja, podobna jak w przypadku recenzji habilitanta, który jest jeszcze niegotowy, jest niesprawiedliwa. Negatywność jest stopniowana i warto to jednak zaznaczyć w recenzji.

 

Jakiś czas temu dostałem od znajomego jego tzw. ‚książkę profesorską’. Trochę z uprzejmości zacząłem czytać, jednak po kilku stronach przestałem. Te kilka stron miały więcej literówek niż cały mój blog, a stylistycznie przypominały wypracowanie siedmiolatka, nie mówiąc już o błędach faktograficznych. I co? Nie wspominamy tego, a uczciwą krytykę zostawiamy na anonimowo opisaną książkę? Podobnie z ledwo zrozumiałym angielskim. Przecież to wstyd, ale czy wolno napisać o tym, że to wstyd? Bo przecież „Polacy, nic się nie stało”. Bo to wycieczka osobista? A to przecież, do cholery, to wstyd!

 

Na koniec zacytuję fragment wpisu cytowanego tu  niejednokrotnie profesora-lingwisty:

 

I try hard to make my reviews helpful, but it is not my job to make it pleasant. Trying to point out the weaknesses, I think I help the author to write a better article. And this is how I see my role. Unfortunately, more often than not it means taking the article apart. When I do it, I always bear in mind that honest (and courteous) critique is good and desirable.

 

No właśnie. I pomimo tego, że powyższy fragment odnosi się do recenzowania artykułów, ja też chyba mogę powiedzieć, że nie jest moją rolą trzymanie za rękę habilitanta, któremu będzie przykro, że mu zjechałem dorobek. Moją rolą jest uczciwie ocenić i uargumentować mą ocenę. Habilitantowi i tak będzie baaardzo przykro, ale to chyba moja do bólu uczciwa recenzja wskaże mu nie tylko dalszą drogę rozwoju, ale również skalę problemu.