Świat i powiat

Strasznie zajęty tydzeń, nie miałem czasu na nic, a szczególnie nie na skupienie się na parę godzin nad autoreferatem. W kilku wolnych chwilach jednak zaglądałem do autoreferatów, a ostatnio czytałem fizykę i psychologię. I mam dwie refleksje.

 

Pierwsza to strategiczność autoreferatu. Jest kilku fizyków z dorobkiem bibliometrycznym, który po prostu robi wrażenie. Przy indeksie h w granicach 20, czy sumarycznym IF około 200 (tak, wiem, ta wartość nie ma większego sensu, jednak jest podawana) habiitant jest po prostu ‚cool’ i pokazuje to. Ubiera się, zależnie od preferencji, w kostium bikini lub obcisłego T-shirta prężąc muskuły. W takich autoreferatach widać bibliometrię zanim się jeszcze otworzy plik, uderza ona bibliometrycznym sierpowym i właściwie chce się kończyć czytać. Mamy do czynienia z poważnym uczonym. Tam, gdzie tego nie ma, podkoszulek jest o 3 numery za duży, skrywa prawie wszystko i to wcale nie po to, żeby było tajemniczo. Bibliometria zakopana jest gdzieś w środku autoreferatu, podana, bo trzeba. To wszystko jest oczywiste, rzecz jasna, autoreferat jest tekstem strategicznym, jednak moją uwagę zwróciła habilitantka z psychologii, która, publikując po angielsku w polskich czasoopismach napisała tak:

 

„wymienione pozycje …. zostały opublikowane w czasopismach indeksowanych w międzynarodowych biograficznych (sic!) bazach danych”

 

po czym wymienia parę ‚fajnych’ baz danych. I pomyślałem sobie: niezła ściema. Habilitantka nie chce pokazać indeksu h (wg PoP ma h=2, co nie jest osiągnięciem wybitnym), więc chce recenzenta oczarować bazami danych. Jestem bardzo ciekaw, co na ten temat recenzenci, czy dadzą się nabrać.

 

Druga refleksja to dwie przepaści. Pierwsza to przepaść między habilitantami w ramach dyscypliny. Zarówno między fizykami, jak i między psychologami. Są habilitanci, których dzielą lata świetlne. I niby to oczywiste, że habilitacja habilitacji nierówna, jednak rozmiary przepaści (mówię tylko o wskaźnikach bibliometrycznych) mnie zaskoczyły. Nie chcę powiedzieć, że jedni zasługują na stopień, a inni nie, po prostu mnie zaskakuje różnica. Druga przepaść to przepaść między dyscyplinami. I tu nie chodzi mi o wskaźniki bibliometryczne, bo nie ma sensu porównywać fizyków z psychologami itd. Jednak niesamowita jest przepaść w międzynarodowości dorobku. Fizycy publikują na świecie, psychologowie w Polsce (ale za to po angielsku), a historycy w powiecie. Oczywiście nie wszyscy, nie zawsze, to wszystko uproszczenie, ale całkiem nieźle działa. Z tego wynikają inne kryteria habilitacji dla fizyka, psychologa czy historyka….ale to temat na inny wpis.