Święte oburzenie?

Oto uchwała o nienadaniu stopnia habilitantce. Rada postanowiła odmówić habilitacji pomimo trzech pozytywnych recenzji, ponieważ sekretarz komisji ustalił, że publikacje habilitantki zawierają liczne autoplagiaty. Można by oczywiście spytać, gdzie byli recenzenci, którzy nie zauważyli autoplagiatów, można by też się zastanawiać, co ma do habilitantki sekretarz, że mu sie chciało zadać sobie tyle trudu. Można się też zastanawiać nad mizerią czasopism i wydawnictw habilitantki, skoro publikują to, co już habilitantka opublikowała.

 

Chociaż nie znam skali problemu, ja zacząłem się jednak zastanawiać, czy autoplagiat automatycznie wyklucza możliwość znacznego wpływu na rozwój dyscypliny, a to o ten wpływ pytamy recenzentów. Przecież to, że habilitantka publikuje coś dwa razy, nie znaczy, że to coś przestaje być doniosłe. Nie twierdzę tu, rzecz jasna, że habilitantka pisze rzeczy doniosłe  – nie mam zdania (jednak nikt nigdy nie zacytował prac habilitantki). 

 

Uzasadnienie odmowy nadania stopnia wskazuje ‚liczne autoplagiaty’ jako powód negatywnej decyzji. No, ale dlaczego? Z jakiego powodu autoplagiaty są podstawą do odmówienia stopnia? Z pewnością nie jest to przykład najlepszych praktyk profesjonalnych, ale nie jest to przecież, jak wielokrotnie wskazywał podworkowy, postępowanie, które jest nieuczciwością nawet zbliźone do plagiatu. Czy zatem chodzi o to, że habilitantka nie wykazała się wystarczającą akytwnością? Publikowanie w kółko tego samego mogłoby o tym świadczyć. A może o to, że zabrakło jej pomysłów? Czy może jednak chodzi o przekonanie, że habilitant powinien być poza podejrzeniem?