Sztuka pisania

Jakis czas temu dostałem do przeczytania nieopublikowaną jeszcze recenzję habilitacyjną. Dokument jest ciekawy głównie dlatego, że jest to dokument dyplomatyczny. Gołym okiem widać bowiem, że recenzent nie siedzi w działce habilitanta. Recenzja zawiera kilka ogólników wziętych albo z autoreferatu, albo ze streszczeń recenzowanych prac. Prawie dziesięciostronicowa recenzja zawiera dosłownie jeden akapit na temat tego, co zrobił habilitant. Mój korespondent wskazuje na ten fakt zadając pytanie o sens pisania takich recenzji, wskazując jednak, że konkluzja recenzenta jest jak najbardziej uzasadniona.

 

Recenzji, w których widać, że recenzent nie jest specjalistą w tym, co robi habilitant, jest oczywiście wiele. Czy każda jednak jest bez sensu? Otóz nie jestem tego taki pewien. 

 

Po pierwsze dlatego, że myślę, że ważniejsze jest to, by recenzent rozumiał, jak się uprawia naukę, bo to, po drugie, pozwala wyrobić sobie zdanie na temat dorobku habilitanta. A do tego, by wyrobić sobie zdanie na temat dorobku, nie trzeba siedzieć dokładnie w tym, co habilitant robi. I tak, nawiasem mówiąc, czyta się recenzję, którą dostałem. To bardziej recenzja dorobku i jego (tematycznej) pozycji w dyscyplinie.

 

Czy taka recenzja ma sens? Moim zdaniem, tak. Ale z pewnością otwiera ona (po raz kolejny) dyskusję, co oceniamy w recenzjach habilitacyjnych.

 

PS. Właśnie dowiedziałem się, że wpis został odebrany jako pesymistyczny. Nie miał taki być! (PS dedykuję prof. Piotrowi Stecowi).