A indeksy rosły, rosły, rosły….

Zwrócono mi uwagę na następujące postępowanie o tytuł profesora, a w szczególności na recenzję nr 5. Przeczytałem i recenzja mnie zaskoczyła. Mam wrażenie, że poziom subiektywizmu recenzenta przekracza granice zielonego pojęcia.

Recenzent zaczyna od tego, że we wcześniejszym postępowaniu, które zresztą zakończyło się niepowodzeniem, napisał negat, ponieważ:

„najważniejsze i najlepiej cytowane artykuły nie wydawały się wskazywać na wiodącą rolę dr hab. NN”

I ja natychmiast zacząłem się zastanawiać, jakie go znaki na niebie i na ziemi wskazywały na taki stan rzeczy. Wkurza mnie też to, że profesoranta potępia się za to, że nie stworzył grupy badawczej tak, jakby to od tegoż profesoranta tylko zależało. Nie znam się, ale może w Zielonej Górze nie chcą grup badawczych i chwała profesorantowi za to, że sobie poradził współpracując z innymi. Może tak być, nie?

W nowym postępowaniu recenzent już jest bardziej zadowolony, bo, okazuje się, że profesorantowi wzrosło. I h my wzrosło, i cytowań mu wzrosło. I wcześniejsze 361 cytowań na profesurę się nie nadawało, a dzisiejsze 583 już się nadają. Muszę powiedzieć, że takie argumenty są tak głupie, że mi się nie chce z nimi nawet polemizować. Nie chciało mi się sprawdzać, ile cytowań ma recenzent, ale mam nadzieję, że ma przynajmniej 300 tysięcy. I niedługo zostanie cesarzem.

A na dodatek mało grantów ma profesorant.

I teraz ja chciałbym coś od siebie. Otóż im więcej czytam takich recenzji, im więcej oglądam argumentów, że 500 to mało, 700 to już super, 1500 to  mistrzostwo świata, a 3000 to cesarstwo kosmiczne, to  ja zastanawiam się, czy profesorant (a może i habilitant)  ma coś ciekawego do powiedzenia. I żeby nie było, ja jestem zwolennikiem oceny dorobku, a nie ponownego recenzowania publikacji profesoranta. Jednak nie dajmy się zwariować.

Znam profesora, który ma dorobek, co  jakby na mnie spadł, to samo suche by zostało. H jest większe niż bardzo duże, grantów jeszcze więcej i wyobrażam sobie, że autor omawianej recenzji piałby z zachwytów pokazując coraz to większe liczby, dzięki którym rzeczony profesor powinien już dawno zostać królem połowy galaktyki. Jednak tak się składa, że gdy w kuluarach pada nazwisko profesora, to miny są niewczesne i nikt dobrego słowa nie mówi. Profesor i jego zespół do perfekcji opanowali sztukę publikowania  i choć artykuły w większości nie donoszą niczego doniosłego, są publikowane. A to dlatego, bo technicznie są doskonałe (ba, profesor ma gotowca, na którym są oparte, żeby doktorantom się nie popieprzyło, co mają napisać). I potem są cytowane. A profesorowi rośnie i rośnie. I rośnie jeszcze trochę. Ale choć mi urosło znaaaaaaacznie mniej, nigdy bym się z nim zamienił na dorobek profesora, który składa się z wysokocytowalnych i technicznie świetnych błahostek.

Profesor  został profesorem w wieku raczej młodym, bo tak mu urosło, że nikt nie ośmielił się nawet zapytać, czy profesor ma coś ciekawego do powiedzenia. Bo, jak wieść kuluarów niesie, nie ma. Ale technicznie jest bardzo sprawny. I mu rośnie.

 

Ici Hirsch

Parę dni temu dostałem kolejnego maila w sprawie wykorzystywania argumentów bibliometrycznych przy dyskusji dorobku habilitanta. Z jednej strony takie dyskusje pojawiają się przy otwarciach postępowań, z drugiej podczas obrad rad wydziału przed nadaniem stopnia. Jestem sceptyczny wobec wykorzystywania bibliometrii w ocenach habilitanta.

 

Obok oczywistych i wielokrotnie wałkowanych powodów z bibliometrią ogólnie, mój sceptycyzm ma dodatkowe dwa aspekty (również nie za bardzo oryginalne). Po pierwsze, korzystać z bibliometrii trzeba umieć. Rzucanie indeksem h poza kontekstem dyscyplinarno-specjalizacyjno-indywidualnym nie ma żadnego sensu. Wielokrotnie powtarzam, że h=20 u Iksinskiego może ale zdecydowanie nie musi być nawet średniopodobne do h=20 u Ygrekowskiej. Pierwsze h może składać się z polskich zbiorówek tudzież monografii wydawanych może nie u szwagra, ale w Wydawnictwie Profesorów i Zasłuzonych Docentów. Wydawnictwa WPiZD oczywiście są rozchwytywane, by można było w doktoratach i habilitacjach z pedagogiki i innych dyscyplinach prześcigać sie z wysupływaniem co bardziej cennego diamentu myślowego wybitnych i wielkich. Drugie h może sie składać z dorobku znacznie mniej zasłużonego dla dziedzictwa narodowego, bo habilitant rozmienia się na drobne publikując jedynie niewielkie artykuły na jakiejś licie A. Żeby chociaż to było Z!

 

Po drugie, należy rozumieć, że cytowalność habilitanta może zależeć nie tylko od jakości jego piublikacji, ale również od całej masy mód, nisz, czy wreszcie od tego, jak już długo nasz habilitant publikuje. Oglądając dorobek habilitantów, można bez większej trudności zrozumieć, dlaczego jedne publikacje są cytowane, a dlaczego inne nie. Ja sam moge powiedzieć, że moje cytowania wcale nie układają się ‚po jakości’ i najbardziej cytowany cytowany artykuł wcale nie jest najlepszy.

 

Pisząc ten post, zadałem sobie jednak jeszcze jedno pytanie. Czy wyobrażam sobie napisanie pozytywnej recenzji habilitantowi, który na h=0? I odpowiedziałem na to pytanie pozytywnie. Dość trudno mi sobie to wyobrazić, mówiąc szczerze, ale jednak może się taka niezwykła sytuacja zdarzyć. Co więcej, wyobrażam sobie również (łatwiej mi było) napisanie negatywnej recenzji habilitantowi z wysokim (w danej działce) indeksem h. Przyczynkarstwo, a także przeglądy systematyczne i inne metaanalizy są bardzo cytowalne, jednak nie są bardzo habilitacyjne.

 

Jestem zwolenikiem habilitacji dorobkowej. A zatem ja chciałbym oceniać całość dorobku habilitanta, a w szczególności czasopisma, w jakich publikuje. To nie oznacza, że tematyka czy typ publikacji się nie liczy (jak widać wyżej), jednak to całościowy profil publikacyjny jest dla mnie najważniejszy. Habilitacja dorobkowa jednak nie oznacza habilitacji bibliometrycznej. Tak, indeks Hirscha coś nam mówi, gdy patrzymy na dorobek habilitanta, ale to, co on nam mówi ani nie jest jasne, ani oczywiste. I właśnie dlatego, moim zdaniem, z najwyższą ostrożnością należy podchodzić do bibliometrycznych ocen dorobku, szczególnie w postępowaniach awansowych.