Żenada oburzenia

No to czas się wziąć za nowa akademicką bombę, czyli postępowanie profesorskie słynnego (w Polsce) i medialnego (w Polsce)  socjologa. Postępowanie zostało uwalone. Czy słusznie, czy nie, nie mnie sądzić. Nie znam się, choć te pozytywne-negatywne recenzje były bardzo krytyczne. Uważam przy tym, że aktualnie działający politycznie profesor (nie tylko ten zresztą)  nie powinien występować o tytuł naukowy. Jednak rozumiem, że mówimy tu o kwestii smaku, a smak, tak jak dno, w polskiej nauce i polityce zniknął tak dawno, że nikt nie pamięta o jego występowaniu w naturze.

Z nie do końca jasnego dla mnie powodu o postępowaniu napisała Gazeta.pl, Jakoś nie zauważyłem, żeby pisała o nadawanych profesurach, więc wyróżnia tę profesurę jako inną, szczególna, a ona taka być nie powinna. Gazeta napisała o tym, że o sprawie poinformował prof. Gadacz, który napisał, że nieprzyznaniem stopnia  środowisko stanęło na wysokości zadania. Napisał na FB, niestety, post już usunął. Na to wszystko z kolei oburzył się prof. Dudek, który uważa, że uwalenie dr.hab. Zybertowicza ma podłoże polityczne. Szkoda jednak, że nie oferuje żadnych dowodów na to. I jego post o kompromitacji i skandalu jest tak samo głupi jako post Gadacza o stawaniu na wysokości zadania.

I teraz ja swoje trzy grosze zaoferuję. O postępowaniu Zybertowicza pisałem  już wcześniej i pisałem bardzo krytycznie. Recenzje, które napisano w tymże postępowaniu są żenujące. I tak naprawdę to one są początkiem całego problemu. Tylko bowiem zażenowanie budzi fragment następujący recenzji:

Pracę ściśle naukową Andrzeja Zybertowicza oceniam krytycznie, jego działalność organizacyjna i dydaktyczną więcej niż pozytywnie. Osobiście uważam, że raz wyzwolona wola stania się profesorem jest nie do zatrzymania. Jeśli Andrzej Zybertowicz uznał, że są powody, aby przyznać mu profesrurę, to zapewne tak jest.

Wyjątkowo to durne słowa i mam nadzieję, że ich autor, prof. Wróbel z UW, będzie się ich wstydził przez wiele lat. I to właśnie ta recenzja, wraz z recenzją prof. Króla, która również kończy się konkluzją pozytywną, powodują, że mamy dzisiaj zamieszanie.

A to dlatego, że ja rozumiem argumentację, ze skoro wszystkie recenzje są pozytywne, decyzja Centralnej Komisji jest niezrozumiała. Od tego są recenzje, do cholery, żeby brać je pod uwagę. A recenzenci są od tego, żeby pisać rzetelne recenzje, a nie puszczać oko do Centralnej Komisji. I gdyby recenzenci napisali porządne recenzje, zamiast silić się na dowcip, sytuacji by dzisiaj nie było. A teraz po raz kolejny nauka polska dostaje po głowie. I najśmieszniejsze jest to, że dostaje słusznie, bo sami sobie to zrobiliśmy.

I co ciekawe, najlepiej wypada w tym wszystkim sam dr hab. Zybertowicz (którego działalności bardzo nie lubię), który zatweetował, że zapuścił sobie brodę, by mieć profesorski look. A tu się nie udało.  Muszę powiedzieć, że w kontekście to wyjątkowo dowcipny i uprzejmy tweet.

Swoją drogą,  dr hab. Zybertowicz zapewne o swej porażce nie dowiedział się z mediów, jednak jest coś naprawdę niesmacznego w tym, że Gazeta Wyborcza podaje na Twitterze informację o tym, a on na nią (zapewne) musi zareagować. I choć rozumiem, że Zybertowicz jest osobą publiczną, jego postępowanie profesorskie do działalności publicznej nie należy.

Żenujące to wszystko.

 

2=0

Wzmożenie blogerskie postępuje i piszę juz trzeci wpis w tym tygodniu. Umknęło mi wcześniej, że łaskawie nam panująca Centralna Komisja opublikowała  sprawozdanie za rok 2017. Niby tylko liczby, a ile w nich treści. Chciałbym zwrócić uwagę na 3 rzeczy.

 

1. Rozpatrzono aż 1825 wniosków habilitacyjnych i żadnego z nich nie załatwono negatywnie (wg kolumny łącznie), choć wg kolumny Sekcji VI, 2  (słownie: aż dwie) habilitacje padły. I gdy wczoraj żartowałem sobie, że może nie ma po co recenzować habilitacji, rzeczywistość pokazuje, że może rzeczywiście nie ma po co. Na prawie 2 tysiące habilitacji, padły tylko dwie?! No i to zero habilitacji, pomimo tych dwu, to wskazówka, dwa negaty to tyle, co nic. 2=0.

 

2. Już w wypadku postępowań profesorskich śruba dokręcona jest na maksa! Aż 4 procent z kawałkiem padło i niech mi ktoś powie, że nauka polska nie trzyma standardów!

 

3. Zaciekawiło mnie to, że zaakceptowano mniej niż 1/3 wniosków rektora o nadanie profesury nadzwyczajnej (bardzo chciałbym zobaczyć podział na uczelnie). Okazuje się, że nie będzie rektor pluł nam w twarz i doktorów profesorzył. My tu mamy swoje wyśrubowane kryteria, jak widać w pkt. 1 i w pkt. 2

 

I może lepiej nie będę już komentować.

 

Pod poprzednim wpisem Stary Zgred zwraca uwagę na przepis odnoszący się do postępowań o nadanie tytułu profesora i jego wykładnię naszej nieocenionej Centralnej Komisji. Sprawa jest stara, jak już podkreślono w komentarzach, ale warto ją wspomnieć jeszcze raz.

 

Powiem krótko: zarówno przepis, jak i jego wykładnia są tak głupie, że słowa, których chciałbym użyć, są zbyt ostre, by zamieścić je tym blogu. Pomysł, że promotorstwo pomocnicze jest ważniejsze od iluś tam wypromowanych doktoratów jest głupszy od najgłupszych pomysłów. Profesurę na całym świecie dostaje się za całość dorobku, często bierze się pod uwagę wypromowane doktoraty. Jednak nigdzie nie widziałem kryteriów, w których obecna działaność kandydata (uczestnictwo w otwartym przewodzie) miałoby być kryterium decydującym o tym, czy ktoś może złożyć wniosek profesorski. To również jest głupsze niż najgłupsze pomysły.

 

To jednak już wiemy. To, co dla mnie jest przerażające, że Centralna Komisja, zamiast walczyć z tym absurdem, legitymizuje go swoją wykładnią. Nawet zakładając, że wykładnia nie pozwala na żaden manewr, to Centralny Areopag powinien choćby opatrzyć wykładnię komentarzem bijącym na alarm i wskazującym kompletny kretynizm tegoż przepisu.

 

Niestety, po raz kolejny Centralna Komisja pokazała, że nie jest w ogóle zainteresowana w reprezentowaniu środowiska naukowego i jego interesów.

Przejrzystość

Zwrócono mi uwagę na pewien interesujący, jak sądzę, problem. Otóż wyobraźmy sobie postępowanie, które kończy się niepowodzeniem. Niepowodzenie rekomenduje radzie wydziału komisja, której potokół przedstawiono radzie, a który sporządzono na podstawie nagrania obrad komisji. Habilitant, który chce się odwołać od decyzji rady, żąda udostępnienia mu tegoż nagrania. Przewodniczący komisji odmawia, tłumacząc to tym, że zapis dźwiękowy zawiera ‚prywatne’ opinie, poza tym nagranie było sporządzone tylko po to, żeby zrobić protokół, więc ono nie istnieje. Co więcej nagranie już zniszczono, bo sporządzony został protokół. Nie zgadzam z dwoma pierwszymi argumentami, a fakt zniszczenia nagrania uważam za skandaliczny. Oto moje argumenty.

 

1. Już jakiś czas temu pisałem, że uważam, że posiedzenia komisji habilitacyjnych należy nagrywać. Uważam też, że habilitant powinien mieć pełne prawo do odsłuchania takich nagrań. Uważam też, że podstawą do odwołania mogą być użyte argumenty.

 

2. Co więcej, uważam, że mówienie o ‚prywatnych opiniach’ na nagraniu z obrad komisji jest  nieporozumieniem. Obrady komisji nie są od tego, żeby sobie ucinać żarciki i wymieniać uwagami na temat nowych butów pana Zenka. Jeśli takie komentarze się pojawiają, to są nieprofesjonalne i habilitant również ma prawo o nich wiedzieć. Innymi słowy, habilitant ma prawo wiedzieć, jaka atmosfera panowała na poseidzeniu. Warto pamiętać, że komisja rozmawia o dalszym życiu zawodowym habilitanta i to jest poważny temat. I jeśli komisja uważa, że habilitację należy uwalić, to powinna to zrohić z pelną powagą. Moimn zdaniem, jest coś takiego, jak jakość dyskusji. I szczególne KH powinna o nią dbać.

 

3. Każdy protokół jest skrótem, reprezentacją tego, co powiedziano. Sekretarz dokonuje serii wyborów, co i jak w protokole umieścić, może też przedstawiać rzeczywistość w sposób bardzo skrzywiony. Zapis dźwiękowy rozwiewa wszelkie wątpliowści. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego komisja (i rada) chciałaby się go pozbyć. Powtarzam – uważam, że obrady komisji powinny być nagrywane rutynowo.

 

4. I na koniec. Uważam, że im bardziej przejrzyste są procedury i praktyki w nadawaniu stopni naukowych, tym lepiej. Tylko przejrzystość zapewnia wiarę w rzetelność procedur i prowadzi do zaufania do systemu. Odmawiając habilitantowi nagrania, komisja sugeruje, że ma coś do ukrycia. A im bardziej by mi odmawiała, tym bardziej ja bym chciał to nagranie zdobyć. I szukałbym sposobów na zmuszenie wydziału do udostępnienia mi go.

 

5. Nie uważam, by zniszczenie nagrania stanowiło automatyczną podstawę do uznania odwołania habilitanta. Uważam jednak, że to wyjątkowo głupia i arogancka decyzja. To również decyzja, która nie pozwala rozstrzygnąć, czy habilitant ma rację mówiąc, na przykład, że protokół jest tendencyjny.

 

 



Władza i obowiązki

Profesor Śliwerski postanowił się podzielić ze swymi czytelnikami wpisem-recenzją. Już sam tytuł wskazuje, co pedagog myśli o opisywanej książce: O kompromitowaniu badań pedagogicznych, które z pedagogiką niewiele mają wspólnego. I już mi było prawie żal pedagogiki, która została skompromitowana przez autorkę książki. 

 

Sam, co prawda, nie pisałbym o kompromitacji autorki, bo takie wyrażenia więcej mówią o ich autorze niż o recenzowanej pracy, jednak nie zwróciłbym uwagi na tę recenzję (pedagogowi może się książka nie podobać), jednak przyszła mi do głowy pewna myśl. Otóż pomyślałem sobie, że książka pedagożki jest jej habilitacją, a wypowiada się o niej pedagogiczny tuz habilitacyjny i członek Centralnej Komisji. Szybko okazało się, że mam rację. Książka nie tylko była częścią postępowania habilitacyjnego, to na dodatek, prof. Śliwerski był przewodniczącym komisji. Na dodatek, żeby było jeszcze śmieszniej, Pan Profesor został nawet wpisany uchwały, że rada nie tylko wysłuchała trzech pozytywnych recenzji, ale również dwu negatywnych opinii, w tym opinii naszego pedagoga.

 

Jestem mocno zniesmaczony wpisem Śliwerskiego. Wypisywanie tak ostrej i personalnej recenzji habilitacji, w której się uczestniczyło, jest moim zdaniem nieprofesjonalne. Nie znam oczywiście motywacji pedagoga, jednak recenzja może wskazywać, że Pan Profesor się po prostu obraził, że komisja i rada zagłosowała wbrew jego opinii. I postanowił przywalić już zupełnie bez trybu. Przecież standardów wspaniałości pedagogiki trzeba bronić, a któż broniłby ich lepiej?

 

Nie mam pojęcia, czy prof. Śliwerski ma rację pisząc swą recenzję, byc może ma. Nie interesuje mnie to. Profesor pedagog miał okazję do tego, żeby przekonać komisję, której przewodniczył oraz radę wydziału, która głosowała. I skoro się mu nie udało, to sprawa powinna być dla niego zamknięta. Wypisywanie o kompromitujących badaniach jest żałosne. Jest to szczególnie żałosne, że pisze to wszystko człowiek, który ma wielką władzę w polskiej pedagogice. Z władzą przychodzą obowiązki, również obowiązki siedzenia cicho.

 

 

Zielone pojęcie się przestraszyło

Dostałem właśnie kilka pism w sprawie trzech braci, którzy doktoraty pisali. Wśród nich pismo Centralnej Komisji, która unieważnia decyzję rady wydziału AGH w sprawie nienadania doktoratu p. mgr. Witoldowi Głowaczowi. Muszę powiedzieć, że gdy czytałem pismo, miałem poczucie czyjejś obecności. Okazało się, że było to zielone pojęcie, które właśnie przechodziło. Widać było, ze jest przestraszone i nie chce mieć nic wspólnego ze sprawą.

 

No więc jeszcze raz. Centralna Komisja uznała, że mgr Głowacz ma rację w swoim odwołaniu, a  rada Wydziału Elektrotechniki et consortes podjęła decyzję złą. Oto streszczenie uzasadnienia.

 

1. Rada Wydziału nie powinna była zawiesić postępowania po tym, gdy brat Adam zarzucił Witoldowi plagiat. A kierowanie się wynikami programu antyplagiatowego też jest nie teges, bo on nie jest doskonały (por. niżej).

2. RW bezkrytycznie oparła się na trzeciej recenzji nie zwracając uwagi na inne.

3. A może problematyczne fragmenty pochodzą ze wspólnych publikacji, a nie z doktoratu?

4. Zapożyczane fragmenty dotyczą tylko powszechnie używanych zwrotów.

5. Promotor był nieobecny, gdy RW podejmowała decyzję, a sprawa jest przecież skomplikowana.

 

Wreszcie Centralna Komisja uznała, że przewód będzie teraz prowadzony w Politechnice Łódzkiej.

 

A teraz odrobina kontekstu. Otóż wyniki konkordancji doktoratu Witolda i doktoratu Adama są następujące (zaokrąglam wyniki):

 

Rozdział I:   podobieństwo 78%

Rozdział II:  podobieństwo 87%

Rozdział III: podobieństwo 100%

Rozdział IV: podobieństwo 90%

Rozdział V:  podobieństwo 100%

Rozdział VI: podobieństwo 86%

Całość:        podobieństwo 90%

 

I właściwie powstaje pytanie, czy doktorant napisał cokolwiek, co nie jest fragmentem „mało istotnym z punktu widzenia merytorycznego”

 

Pozostaje właściwie powiedzieć kolegom z Wydziału Elektrotechniki itd. Politechniki Łódzkiej (ciekawe, czemu akurat tam), że twarz ma się jedną. I życzyć im powodzenia w działaniach pozwalających na odróżnienie ich twarzy od tej części ciała, która się zaczyna w miejscu, gdy plecy kończą swą szlachetną nazwę!

 

Kazik, nie daruję ci tej habilitacji

Przewodniczący Centralnej Komisji, prof. Furtak wypowiedział się. I okazuje się, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Nieprawidłowości jest mało, ale będzie mniej, bo prof. Furtak twardą ręką prowadzi okręt komisji przez wzburzone wody nauki polskiej.

 

Mnie w wywiadzie Przewodniczącego interesowały sprawy habilitacyjne. Otóż okazuje się, że przekazanie nadawania stopnia radom wydziału to było posunięciem złym. Dlaczego? Okazuje się, spowodowało ono więcej nieprawidłowości. O jakie ieprawidłowości idzie, nie wiadomo. Musimy się tu zadowolić jedynie (pustym) słowem przewodniczącego profesora. To może by tak zapytać – skąd Pan wie?

 

Okazuje się też, że nie ma problemów z recenzjami. Na ptyanie o recenzje towarzyskie, prof. Furtak odpowiada:

 

Wydaje mi się, że twierdzenie, jakoby był to powszechny problem, to gruba przesada. Fakty tego nie pokazują. Zdarzają się takie sprawy, ale to jest margines. Recenzje, jak i cała dokumentacja przewodu, są podawane do publicznej wiadomości, publikowane na stronie internetowej Centralnej Komisji. Nikt nie chce z własnej woli dać się „zlinczować” środowisku przez napisanie grzecznościowej recenzji.

 

I ja znów chciałbym zapytać – skąd Pan wie? O jakich faktach Pan mówi? Proszę się podzielić wynikami przeprowadzonych analiz, co? Na tym blogu omówiono przynajmniej kilkadziesiąt recenzji dętych, towarzyskich, kurtuazyjnych, parafrazujących czy im podobnych. To oczywiście niewielki odsetek wszystkich recenzji habilitacyjnych, biorąc jednak pod uwagę, że one w dużej mierze pobierane były ‚losowo’, to zaskakująco dużo wyjątków udało nam się tu znaleźć.

 

Co więcej, w swojej pracy doktorskiej, o której pisałem niedawno, dr Rozkosz mówi o ‚ogrywaniu systemu’ i choć odnosi się to głównie do ‚kultury epistemicznej’ dyscypliny, to jednak trudno nie dostrzegać gotowości recenzntów tego obchodzenia swoych obowiązków.Trudno również zakładać, że recenzenci tylko tę kulturę epistemiczną mają na uwadze. Wiara Przewodniczącego w piękno i uczciwość praktyk recenzenzyjnych wydaje się jednak mocno przesadzona.

 

Podobnie przesadzony wydaje się argument o ‚linczowaniu’ recenzentów. Ciekaw jestem, ile przypadków ‚linczowania’ zna Pan Przewodniczący. Bo poza byciem bohaterem wpisu na tym blogu oraz artykułu prof. Wrońskiego, który jednak zajmuje się innymi rzeczami, nie przychodzi mi do głowy żadne takie linczowanie. No chyba, że prof. Furtak uważa, że jak podszedłby do niego kolega i powiedział „Kazik, nie daruję ci tej habilitacji, pojechałeś”, to on się poczuje zlinczowany.

 

Konkludując, można by po prostu powiedzieć, że jest pięknie, a prof. Furtak dokłada starań, by było jeszcze piękniej. Zadanie ma wybitnie trudne, bo wydaje się, że piękniej już prawie być nie może.

Krasula w otchłani

Zebrało się kilka spraw, więc piszę post w odpowiedzi. Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na harmonogram (tu linka do strony wydziałowej) przebiegu w postępowaniu habilitanta z poprzedniego wpisu. Moim zdaniem, to skandal, że postępowanie opóźniło się aż o 10 miesięcy przez zmianę recenzenta. Oczywiście zmiana mogła wynikać z choroby czy innych ważnych powodów, jednak prawie rok na to, żeby to załatwić, to cyrk na kółkach!

 

Po drugie, pojawił się zarzut o anonimowym, powiedzmy, sądzie kapturowym. Nie zgadzam się z tym zarzutem. Ani w moim wpisie, ani w dyskusji nie pojawiły się, jak sądzę, żadne wycieczki osobiste. Natomiast autoreferat jest dokumentem publicznym i każdy habilitant musi się liczyć z tym, że może on zostać poddany publicznej ocenie. I tak, ta ocena moze oznaczać wyśmianie. Proszę zwrócić uwagę, że mój post dotyczył jedynie autoreferatu. A ten autoreferat jest, moim zdaniem, żenujący. Jednak ja nie chcę przez to powiedzieć nic o samym uczonym. Mówiąc szczerze, że wystarcza zupełnie to, co on sam mówi. Podobnie zresztą oceniami i czasem wyśmiewamy recenzje habilitacyjne.

 

Po raz kolejny chcę podkreślić, że ten blog nie jest pręgierzem habilitacyjnym, co wiecej, rozumiem potencjalne konsekwencje bycia bohaterem wpisu i dyskusji na tym blogu. Przwyołuję postępowania (najczęściej już zakończone, rzadko trwające), które budzą mój sprzeciw; nigdy też nie podejmuję decyzji lekko. Z ostrożnością też podchodzę do listów, które dostaję – nie będę narzędziem załatwiania porachunków.

 

Po trzecie, nie za bardzo mam ochotę po raz kolejny zastanawiać się nad wyższością treści artykułu nad miejscem jego wydania. Powiedziano na tym blogu na ten temat wszystko, a nawet więcej niż dało się powiedzieć. Moje stanowisko jest następujące. Tak, wydawnictwo „Szwagier i krasula” może wydać niezwykłą i doniosłą książkę, nawet jeśli to bardzo mało prawdopodobne. Jednak ja mam prawo ocenić wybór, którego ów naukowiec dokonuje. I jeśli tenże naukowiec wydaje swą perłę w wydawnictwie z siedzibą za stodołą, to ja mam prawo się zastanawiać nie tylko nad poziomem sądów tejże osoby, ale również nad tym, czy jego wybory pozwalają mu np. na promowanie doktorantów.

 

PS. W najnowszym wpisie prof. Sliwerski wyzłośliwia się na temat poziomu polskiej psychologii i jej mizernych wyników. Nie mnie oceniać polską psychologię w porównaniu z resztą świata – nie znam się. Jednak, Panie Profesorze, znaj Pan proporcję. Bo jeśli psychologia jest mierna, to dla polskiej pedagogiki brakuje miejsca na dowolnej skali miernoty naukowej. To nawet nie jest dno w porównaniu z psychologią – to otchłań bez dna.

Cojones!

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport z działalności Centralnej Komisji. Mnie zastanowił jeden z fragmentów:

 

Niemniej jednocześnie NIK wskazuje także, że Centralna Komisja nie zapewniła przejrzystości procesu nadawania stopni naukowych. Procedury wyłaniania członków komisji habilitacyjnych nie zostały przez Komisję doprecyzowane. Komisja  nie prowadzi też wykazu osób, spośród których wybierani byliby recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych, co stanowi naruszenie ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym.

 

Zastanawiam się zatem, jak według NIK, miałyby wyglądać ‚procedury wyłaniania członków komisji habilitacyjnych’. Kto i co miałby robić, żeby było przejrzyście. Moim zdaniem, każdy wybór członka komisji oparty jest (a przynajmniej powinien być)  o znajomość dyscypliny i osąd, czyje kompetencje będą najbardziej stosowne w danym postępowaniu. Oczywiście, CK niejednokrotnie popełnia gafy i potrafię wskazać niejedno postępowanie, w którym recenzenci mieli niewielke pojęcie o tym, co robi habilitant. Jednak takie błędy nie mają nic wspólnego z przejrzystością wyboru. Innymi słowy, niekompetentnego recenzenta można wybrać całkiem przejrzyście.

 

Z tego, co piszę nie wynika jednak, że problemu nie w ogóle ma. Wielokrotnie pisaliśmy tutaj o grupie profesorów z nauk ekonomicznych, którzy trzęsą rynkiem habilitacji w dziedzinie. Omawiany często diament nauki polskiej praktycznie stworzył swoją specjalność. Tyle że przejrzystość wyboru  wcale nie zapewni tego, że ci ludzie nadal nie będą rządzili swoimi dyscyplinami. Do tego dochodzą jeszcze  syutacje, z którymi spotkałem się już kilkukrotnie. Otóż gdy kandydatami na członka komisji jest mężczyzna i kobieta,  wybierany jest on, bo przecież „ma rodzinę na utrzymaniu”,  A jak przy okazji wiadomo, kobiety pracują dla rozrywki. Trud polowania na zwierzynę łowną spada na macho-profesora z maczugą, włócznią i toporem. I staram się nie wyobrażać sobie kilku znajomych profesorów z takim rynsztunkiem, bo trzęsę się śmiechu.

 

Życzliwi

Pojawiła się informacja, że do postępowań habilitacyjnych wprowadzeni zostaną anonimowi recenzenci. Uważam to za zły pomysł. Oto dlaczego.

 

Po pierwsze, uważam, że recenzent powinien podpisywać się pod swoją recenzją. Recenzja habilitacyjna to dokument, który ma bardzo realny wpływ na karierę, a przez to na życie habilitanta. Recenzent powinien to rozumieć i potwierdzać wagę tego, co pisze, swoim podpisem. Nie słyszałem, by w jakimkolwiek procesie awansowym recenzenci byli anonimowi.

 

Po drugie, znając polskie środowisko, recenzenci będą anonimowi tylko dla tych, którzy nie mają odpowiednich znajomych. Dla wybranych dowiedzenie się, kto jest recenzentem, będzie kwestią jednego, może dwóch telefonów. Anonimowi recenzenci to doskonały sposób na silniejsze rozwarstwienie środowiska na tych, którzy mają władzę i na tych, którzy tej władzy nie mają.

 

Po trzecie i najważniejsze. Moimi zdaniem decyzje podejmowane przez anonimowych recenzentów zawsze będą  podejrzane. Jako że zaufanie do uczciwości procesu awansowego jest według mnie prawie zerowe, wprowadzenie anonimowych recenzentów doprowadzi je na samo dno. Anonimowi recenzenci to będą ci, z którymi perły polskiej nauki będą przy piwie umawiać się, kogo przepuszcić, a kogo uwalić.

 

Trzeba nie mieć za grosz wyobraźni, żeby proponować recenzentów, którzy nie będą musieli sie nawet zastanawiać nad opinią środowiska. Dzisiaj, przy pełnej jawności procesu, są recenzenci, którzy nie liczą się w ogóle z opinią środowiska, piszac nierzetelne i bzdurne recenzje. Anonimowość recenzji tylko utwierdzi ich w tych praktykach. Anonimowe recenzje to najlepszy sposób, by naukę polską rozłożyć na łopatki.

 

I na koniec mała uwaga. Trzeba również wyjątkowo małej wyobraźni, by CK nazwać Radą Doskonałości Naukowej. Juz dzisiaj zasiadają w niej ludzie, którzy z doskonałością naukową nie spotkali się nawet przez ulicę. Za chwilę dostaną pieczątkę o swej doskonałości. To jest jeszcze gorsza megalomania niż w przypadku certyfikowania znacznego wkładu w rozwój nauki.