Z obowiązku

Pojawił się kolejny autoreferat, w którym habilitant wymienia rozprawę doktorską jako część osiągnięcia habilitacyjnego. Habilitant robi to otwarcie, doktorat jest pierwszym elementem osiągnięcia. Tym razem jednak, co najciekawsze, doktorat nie został opublikowany. Innymi słowy, habilitant po prostu podaje swą nieopublikowaną rozprawę doktorską jako część, po staremu, rozprawy habilitacyjnej.

 

Nie rozumiem, jak rozprawa doktorska może być częścią rozprawy habilitacyjnej. Habilitant ją przecież napisał po to, by dostać doktorat i doktorat ten dostał (30 lat temu)! Dziwi mnie to również dlatego, ponieważ habilitant skończył administrację, wydaje się więc, że powinien być w stanie przeczytać i zrozumieć ustawę i rozporządzenie. Czyżby zmiana nazewnictwa z ‚rozprawa’ na ‚osiągnięcie’ wprawiła go w osłupienie? Czyżby formularze CK, na których podaje się teraz cały dorobek publikacyjny (bez zerowania po każdym postępowaniu awansowym) były tak skomplikowane, że politologowi wyszło, że doktorat jest częścią habilitacji?

 

Na dodatek habilitant nie podaje tytułu osiągnięcia, publikacje, które wymienia, oscylują między zjawiskami patologii, przez zabezpieczenie starości  rolników, aż do bezrobocia i rynku pracy. Nawet przy niezwykle liberalnym podejściu, jednotematyczność tych publikacji wydaje się wątpliwa. I wreszcie, formularz ‚dorobkowy’ ze stron CK stał się częścią autoreferatu, dzięki czemu ‚standardowego’ autoreferatu nie ma.

 

Podsumowując, mam wrażenie, że to najgorzej przygotowany wniosek habilitacyjny, jaki do tej pory widziałem. Przywołuję go po trosze z obowiązku i ku przestrodze, po trosze dlatego, bo zastanawiam się, co bym zrobił, gdybym zobaczył taki wniosek. Mówiąc inaczej, czy taki wniosek można potraktować poważnie?

 

 

Wizje

Pojawiło się kolejne postępowanie, w którym nie nadano stopnia pomimo dwu pozytywnych recenzji. W uzasadnieniu odmowy napisano, że osiągnięcie nie spełnia warunków, jakie sie stawia habilitacjom, chociaż nie napisano dokładnie jakich. Żeby było ciekawiej, habilitacja padła dwoma głosami (12 za nadaniem, 13 przeciw, jedna osoba wstrzymała się od głosu).

 

Jednak to jedna z recenzji (ta negatywna) uderzyła mnie w tym postępowaniu najbardziej. Otóż recenzent pisze:

 

….w przedstawionym opracowaniu nie jestem w stanie dopatrzyć się przesłanek możliwych czy niezbędnych dalszych kroków badawczych, świadomości zadań wymagających podjęcia czy problemów, które należałoby wydobyć i rozwiązać….

 

dalej recenzent krytykuje habilitantkę za to, czego jeszcze nie ma w jej pracach, a co, wedle recenzenta, powinno się w nich znaleźć. To właśnie to, czego nie ma, wydaje się być powodem negatywnej oceny.

 

Powiem wprost – uważam tak sformułowane zarzuty wobec prac habilitantki za niepoważne. Pominę przy tym poniżej to, że fakt, iż recenzent czegoś nie dostrzega (szczególnie tak ulotnych rzeczy, jak ‚świadomość’), nie jest dowodem na to, że tego nie ma. Może recenzent mógłby założyć sobie okulary?!

 

Czy jednak rzeczywiście każda praca powinna zawierać ‚drogę na przyszłość’? Nie uważam tak. Habilitantka podjęła problem, zrobiła badania, napisała o problemie. Czy musi wypowiadać się na temat tego, jak ten problem należy podejmować dalej? Nie, nie musi. To, że recenzent uważa, że tak powinno być, to, według mnie, jego problem. Są czasopisma, które wyraźnie oczekują popatrzenia w przyszłość, są takie, które tego nie oczekują, autor, chcąc, nie chcąc, musi się dostosować do tego, czego chce redakcja czasopisma. Tu, po raz kolejny, recenzent habilitacji ‚wie lepiej’, po raz kolejny to polska habilitacja wyznacza te najważniejsze standardy naukowe.

 

Jednak jeszcze bardziej mnie wkurza uznanie recenzenta, że autor powinien analizować problem tak, jak recenzent sobie to wyobraża. Recenzet ma wizję artykułu i ocenia prace habilitantki podług tej właśnie wizji. Nie warto publikować w dobrym czasopiśmie (ironią jest tu, że to habilitantka, w przeciweństwie do recenzenta (sądząc po stronach UW), publikuje w czasopismach międzynarodowych), trzeba bowiem napisać pod recenzenta. Bo przecież standardy nauki światowej wyznacza polska habilitacja. Aż dziw, że naukowcy ze świata nie pchają się drzwiami i oknami po polską habilitację.

 

Oczywiście, nie wiem, czy dorobek habilitantki to jest habilitacja czy nie. Pozostali recenzenci również wskazują na problemy w nim. Jednak jeśli habilitacja ma już paść, to niech padnie nie dlatego, że recenzent ma wizję, ale dlatego, że została poddana rzetelnej i merytorycznej ocenie. 

 

Proponuję wariograf!

Jeszcze o jednotematyczności. W ostatnim wpisie dr Kulczycki zbiera informacje na temat nowej procedury habilitacyjnej. W dyskusji pod wpisem pojawiły się głosy krytyczne wobec definicji jednotematyczności. Wykładnia prawna jednotematyczności jest bowiem następująca:

 

O jednotematycznym cyklu publikacji powinno się mówić wówczas, gdy publikacje zostały przygotowane na z góry ustalony temat i ukazują się w sposób, który można określić jako cykliczny.

Nie jest zatem jednotematycznym cyklem publikacji zbiór publikacji, któremu autor ex post przypisał określony temat – nawet temat bardziej jednoznaczny niż „wybrane zagadnienia” czy też „studia z zakresu”.



Jest to chyba najbardziej przeciwużyteczna definicja w nowej procedurze. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, definicja ta jest całkowicie niesprawdzalna. Nie jestem prawnikiem, jednak na moje oko, definicja ta, o ile ją rozumiem, odnosi się do intencji autora, by stowrzyć cykl jednotematyczny. Realistycznie, nie można tego dociec i jedyną konsekwencją tej definicji jest to, że habilitanci muszą kłamać. Przecież nigdy w życiu nie przyznałbym się, że chciałem stworzyć cykl na temat X, ale mi wyszedł na temat Y, bo badania poszły w innym kierunku, nie wyszły tak, jak miały, czy też dokonałem ciekawego odkrycia (biedny Fleming – dziękuję trzy.14 –  nie mógłby liczyć na na habilitację za odkrycie penicyliny, bo odkrył ją przypadkiem). Według cytowanej definicji, mój cykl się nie liczy, bo temat nie był z góry przygotowany. Absurd? Z turbodopalaczem!

 

Po drugie, chyba tylko według panów prawników, habilitanci po prostu przygotowują z góry określony temat pubilkacji, który nie zmienia się, nie ewoluuje, a publikacje są przygotowywane ze wcześniej określonym tematem. To nie ma nic wspólnego z rzeczywistym procesem badawczym, z rzeczywistym procesem publikacyjnym (zdarzyło mi się już zmienić nacisk i przez to temat publikacji na podstawie recenzji). A niedawnego przykładu Pawła nie ma chyba sensu przypominać.

 

Im dłużej przyglądam się regułom habilitacyjnym, tym bardziej ogarnia czarna rozpacz. Właściwie nie zdziwiłbym się, gdyby zażądano zaświadczenia badania wariografem poświadczające stosowną intencję do stworzenia cyklu jednotematycznego.

 

 

Ściema jednotematyczna

Postanowiłem napisać parę słow na temat, który poruszył w komentarzu pawelppp5. Odczytuję pytanie tak: co zrobić, jeśli mam dobre publikacje, ale nie układają się one w jeden duży cykl jednotematyczny, ale w kilka małych. Publikacje są takie, bo pracuję przy projektach badawczych i siłą rzeczy muszę skakać z tematu na temat. Chciałbym powiedzieć trzy rzeczy.

 

Po pierwsze, pytanie pokazuje bezsensowność idei cyklu jednotematycznego. Rzeczywistość jak zwykle przerasta kabaret i nasz jaśnie ustawodawca nie przewidział, że nie wszystkie kariery idą prostą drogą, którą wyznacza ‚temat habilitacji’. Znam wielu kontraktowych badaczy, zatrudnianych  przy projektach, zmieniających ‚zainteresowania’ i tematy wraz ze zmianą pracodawcy. Zazwyczaj pracują poza Polską. Często też biją publikacjami naszych habilitowanych na łeb, na szyję.

 

Po drugie, tak, widziałem kilkucyklowe osiągnięcia, ale chyba tylko w naukach humanistycznych. Przyznam szczerze, że ja to odczytywałem jako nieznajomość przepisów przez habilitantów. Jednak ważniejsze jest to, jak to odczytają recenzenci. W jednym przypadku, który dobrze pamiętam, recenzenci nie zwrócili na to uwagi.

 

I po trzecie, co zrobić? Ja widzę dwie możliwości. Pierwsza to ściemniać, udawać, że publikacje składają się na cykl jednotematyczny i tyle. Druga, to otwarcie napisać, że kariera habilitanta ułożyła się tak, a nie inaczej i stąd składa 3 minicykle, które składają się w bardzo ogólny makrocykl bardzo jednotematyczny (a zatem patrz pkt1). Co bym zrobił ja? Nie wiem. Wstydziłby się jednak Paweł, że nie wpisuje się w ustawowe struktury polskiej nauki.

 

O lepszym znacznym wpływie

Niedawny wątek na DNU podejmuje kwestię cyklu jednotematycznego. Podworkowy zwraca uwagę, że cykl prezentowany jest habilitanta jest tak ogólny, że nie można mówić o  jednotematyczności. I rzeczywiście, jednotematyczność publikacji habilitanta jest praktycznie na poziomie dyscyplinarnym – habilitant przedstawia pubikacje m.in. z polonistyki.

 

Mam trzy  komentarze. Po pierwsze, habilitacja ta pokazuje nonsens wymogu cyklu jednotematycznego. Uznaniowość jednotematyczności cyklu jest uderzająca – od recenzentów traktujących ją niezwykle rygorystycznie do tych, którzy, jak wypadku omawianej habilitacji, traktują ją z dużą nonszalancją. Ocena jednotematyczności cyklu jest kapitalnym źródłem niespójności recenzji, szczególnie gdy porównuje się różne postępowania. Po drugie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wymóg jednotematyczności cyklu jest kapitalnym batem na habilitanta, który się recenzentowi z jakiegoś powodu nie podoba.

 

I wreszcie, nadal nie widzę intelektualnych powodów, dla których jednotematyczność powinna być wymogiem w ocenie dorobku habilitanta. Nadal uważam, że jakość artykułu nie wzrasta z powodu tego, że jest częścią cyklu artykułów na jakiś temat.  Jakość dorobku z kolei nie zmniejsza się przez to, że nie zawiera w sobie cykli jednotematycznych. Od habilitanta wymaga się, by miał znaczny wpływ na rozwój dyscypliny. Nie chcę mi się wierzyć w to, że ‚znaczny wpływ’ na podstawie cyklu jednotematycznego jest lepszy od znacznego wplywu na podstawie niezwiązanych z sobą artykułów. Czy naprawdę komuś by przeszkadzało, gdyby habilitant był wybitnym uczonym, który nie publikuje cyklicznie?

 

A recenzenci swoje

W niedawnym wpisie autor blogu Doktrynalia komentuje artykuł na temat habilitacji na podstawie jednotematycznego cyklu publikacji w naukach prawnych. Autor wskazuje na niespójności w opisie cyklu i rzeczywiście zamieszczone cytaty wskazują, że autor artykułu ma trudności ze spójnym wyrażeniem swych poglądów. Bloger konkluduje, że „w praktyce recenzenci znacznie surowiej oceniają cykle niż monografie i sam nie zdecydowałbym się teraz na próbę habilitacji na podstawie cyklu publikacji.”

 

Jeśli przyjąć, że autor Doktrynaliów ma rację, to jest to kolejny przykład, gdzie ‚rzeczywistość habilitacyjna’ stoi w sprzeczności z przepisami wyraźnie pozwalającymi na habilitowanie się na podstawie cyklu jednotematycznego. Co więcej, przepisy nie rozróżniają takich habilitacji, nie ma więc żadnych powodów, by stosować inne kryteria wobec takich habilitacji. I wreszcie, prawnicze problemy z tym, co konstytuuje cykl jednotematyczny, wskazują, że to pojęcie można rozumieć na wiele wykluczających się sposobów, lącznie z takim, w którym ocenia się intencję cyklową habilitanta. Życzę powodzenia!

 

Właściwie nie mam komentarza, poza tym, że komplikujemy życie sobie i habilitantom. Nie wiem, po co. Nie mam wielu wątpliwości, że nauka polska od tego lepsza nie będzie. A to, że robią to sami prawnicy, dodaje sprawie przeróżnych smaków i smaczków.

Anarchia?

Czytając komentarze na temat cyklu jednotematycznego, doznałem oświecenia tak dużego, że postanowiłem się nim podzielić tym krótkim wpisem. Otóż przyszło mi do głowy, że zamiast tego, by cykl był jednotematyczny, może ważniejsze byłoby, by był dobry? A zatem, może lepiej, by zamiast zastanawiać się, czy artykuły w cyklu pasują do siebie tematycznie, lepiej by było, gdbyby habilitant zastanawiał się, czy artykuły są dobre?

 

Wiem, że takie sugestie podważają fundament, na którym stoi habilitacja, a i w dużej mierze nauka polska. Chyba odkryłem  w sobie rewolucjonistę, ba, może nawet anarchistę. Pomyślałem o tym, żeby ludzie mieli dorobek jaki chcą, byleby był dobry. Strach się bać takich rozwiązań.

Utkniemy?

Niedawno zakończone postępowanie w historii  zawiera ciekawe recenzje (a propos apelu pawcia). Otóż recenzenci wypowiadają się na temat cyklu monotematycznego.Jak na mój gust wypowiadają się dziwnie.

 

W recenzji drugiej autorka pisze, że publikacje przedstawione przez habilitantkę, nie

 

spełniają wymogów ustawy o „jednotematycznym cyklu publikacji”, ponieważ nie dokumentują one kolejnych etapów badań.

 

Postanowiłem sprawdzić, czy ustawa wypowiada się na temat zawartości publikacji w cyklu jednotematycznym. Jak podejrzewałem, nic takiego nie ma miejsca. Rozporządzenia habilitacyjne również nie wypowiadają się na temat ‚dokumentowania kolejnych etapów badań’. Skąd recenzentka wzięła? Podejrzewam, że z przepaści swej fantazji. Zostawiam już to, że tak na chłopski rozum, wiele cyklów jednotematycznych nie powstałoby, gdyby musiały dotyczyć kolejnych etapów badań. 

Autor recenzji trzeciej z kolei podkreśla (i to z naciskiem, który wskazuje chyba na kluczowość argumentacji), że cykl publikacji nie jest jednotematyczny, bo jedna z publikacji ma „szerszy zakres tematyczny”. Pomyślałem sobie: no po prostu skandal! W jednej publikacji autorka pisze nie tylko o X, ale jeszcze o Y i Z. No, to rzeczywiście dyskwalifikuje habilitantkę oraz cykl jednotematyczny.

 

W iluś tam wpisach na tym blogów prześmiewczo rozważałem cykl jednotematyczny. I co? Ano recenzenci habilitacyjni przerośli moje prześmiewki. Oni naprawdę zaczęli rozważać! I czyż nie są to sprawy kluczowe?! Myślę, że czym prędzej CK i inne instytucje powinny się zająć definicją cyklu jednotematycznego. Bez tego nauka polska utknie.

Dziwak Goldacre

Na forum rozpoczęła się dyskusja na temat monotematyczności – mam nadzieję, że potrwa. Podobnie jak dwóch dyskutantów nie widzę zalet monotematyczności. Nie widzę w monotematyczności nic, co wskazywałoby, że habilitant ma większy czy mniejszy wpływ na rozwój dyscypliny (cokolwiek miałoby to znaczyć). W praktyce rzecz jasna kwestie są do pewnego stopnia pozorne. Szczególnie w naukach eksperymentalnych trudno o skakanie z tematu na temat w kolejnych artykułach. Jednak zakłądając, że to jest możliwe, dlaczego by nie? Dlaczego, powiedzmy, 5-7 artykułów w czołowych czasopismach na jeden temat jest lepsze od 5-7 artykułów na kilka tematów? Nie rozumiem tego zupełnie, poza oczywiście faktem, że kiedyś trzeba było pisać książki, a teraz już nie trzeba i zastąpiliśmy ksiązki cyklem monotematycznym, bo jednak ‚książka to książka, jak kiedyś usłyszałem. Uwielbiam tautologie – zawsze przygważdzają mocą argumentu.

 

Druga rzecz, do której wracam na blogu, to przynależność dyscyplinarna wspomniana przez spryciurkę. Nie rozumiem, skąd ta waga przypisywana szufladkowaniu (poza okolicznościami pozaintelektualnymi takimi jak minimum kadrowe). Czy dorobek kandydata stanie się gorszy przez to, że kwalifikujemy go jako X, a nie Y? Czy publikacja w czołowym piśmie nagle staje się publikacją w poślednim piśmie? I na odwrót, czy publikacja byle gdzie nagle staje się mistrzostwem świata? Rozumiem oczywiście, że są różne standardy w dyscyplinach, ale od tego przecież są recenzenci, żeby ocenić dorobek habilitanta w konitekście jego specjalności czy tematyki badań. Oni dokonują oceny – co za różnica, jak zakwalifikujemy dany artykuł? Mnie zresztą interdyscyplinarność moich badań martwi, o czym pisałem już parę razy. A recenzent, który twierdzi, że nie zaliczy do dorobku części publikacji habilitanta, bo ‚się liczy dorobek w dyscyplinie’ przeraża mnie!

 

Rozumiem oczywiście, że ustawa wymaga określenia wpływu na rozwój dyscypliny. Jednej. Z taką ustawą musimy żyć. Jednak warto pamiętać, że świat jest dużo bardziej interdyscyplinarny niż nasze ustawy. Na świecie robi się badania, w których ścisłowcy współpracują z humanistami. Niedawno wydana książka Bena Goldacre’a ‚Bad Pharma’, choć popularnonaukowa, świetnie pokazuje badania na pograniczu medycyny, farmakologii i socjologii. Z jakiej to dyscypliny miałby się habilitować Goldacre, który z zawodu jest lekarzem, na dodatek psychiatrą,  filozofem i neuronaukowcem?  To sztywne trzymanie się dyscyplin jest przeżytkiem z epoki w nauce, która już dawno przestała istnieć!

 

I jeszcze na koniec w sprawie trwającej dyskusji na temat habilitacji. Cieszę się z niej bardzo. Problem w niej dla mnie jest taki, że krytykować obecnie istniejącą habilitację jest bardzo łatwo. Sam to robię na tym blogu. Dużo trudniejsze jest wypracowanie nowych zasad awansu podoktorskiego. Zniesienie habilitacji można zrobić z dnia na dzień. Wypracowanie rzetelnych procedur takiego awansu zajmie wiele miesięcy, a wprowadzenie w życie, kilka lat. I to o nich  zdecydowanie warto zacząć dyskutować!

 

O wkładzie właściwym

Ciekawy wątek porusza spryciurka w swoim komentarzu. Do tej pory, gdy mówiłem o kryteriach oceny habilitanta, mówiłem o dorobku jako monolicie. Spryciurka jednak zauważa, że dorobek można nie traktować jako monolit i jedna część dorobku może rekompensować braki w innej. Zacząłem o tym myśleć i zastanawiam się, na czym polegają takie rekompensaty i gdzie jest ich granica. Warto zaznaczyć, że komentarz dotyczy rekompensaty publikacjami (małymi wkładami), które wspierają, wg dzisiejszej terminologii, osiągnięcie.

 

Jednak problem rekompensat jest nieco szerszy. Weźmy sobie omawianą niedawno habilitację z socjologii, gdzie recenzent wyraźnie docenia działalność popularyzatorską i dydaktyczną habilitanta, jednak nadal pisze bez zawahań bardzo negatywną recenzję. Zostawiająć konkretny przypadek, powstaje pytanie: czy wydanie przez habilitanta nawet i świetnych podręczników rekompensuje brak publikacji badawczych? Otóż wg mnie nie. Nie jestem bowiem pewien, czy wkład w rozwój dyscypliny, to również wkład w jej popularyzację. Gdzie jest granica takich rekompensat? Czy świetne wykłady z dyscypliny kwalifikują się jako rekompensata? Wszak jeśli podręczniki tak, to wykłady nie? Warto jednak pamiętać, że ustawa wspomina inne typy dorobku, które należy uwzględniać przy ocenie habilitanta. Co więcej, nie wartościuje ich!

 

Ale autorka omawianego komentarza stawia problem węższy – co w wypadku habiitanta, który osiągnięcie ma słabawe, ale w reszcie dorobku znajdują się rzeczy wartościowe. To, co mówi spryciurka, ma sens i nie chcę z tym polemizować. Jednak pokazuje ten komentarz bezsens ustawy, która kładzie nacisk na ‚osiągnięcie’, priorytetyzując je ponad resztę dorobku (a zatem ‚osiągnięcie’ nad ‚osiągnięcia’), choć, jak wspomniałem, resztę dorobku wskazuje jako ważną. Czy bowiem rzeczywiście tak kluczowe jest, że (wedle mnie fikcyjny, jak nie raz pisałem) wkład w rozwój dyscypliny dokonuje się w wybranych 5 artykułach, a nie w 9 nie związanych tematycznie?

 

Czy rzeczywiście wkład w rozwój dyscypliny musi nastąpić w ramach osiągnięcia habilitacyjnego? Zaczynamy przecież czynić rozróżnienia między wkładem właściwym i zwykłym wkładem? Czy w ogóle interesuje nas wkład ‚nieosiągnięciowy’? No, odpowiedź na takie pytania musi być jedna: przecież to nie ma cienia sensu! Wkład to wkład, po jaką cholerę go rozdzielać na wkład monotematyczny i inny? No właśnie, po jaką cholerę??