Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Bllpszszszsz………

W niniejszym poście używam rodzaju męskiego, jednak wcale nie musi, choć może, to oznaczać, że wszyscy zainteresowani są mężczyznami. Sprawa, o której napisano do mnie, ma się następująco (pomijam część szczegółów, by ukryć tożsamość zainteresowanych oraz osoby, które do mnie napisała).

 

Promotor. Promotor promuje doktoranta od dłuższego czasu, do tej pory nie zwracał uwagi za bardzo na doktoranta, nie zgłaszał też wobec niego zastrzeżeń.

 

Kontekst. Rada wydziału, w którym doktorant chciałby się doktoryzować, w ostatnim czasie postanowiła nie wszczynać kilku przewodów doktorskich. Wywołało to zdumienie jednych, przeraziło innych. Z kolei nasz promotor postanowił podjąć kroki. Można przypuszczać, że kroki wynikają z tego, że o promotorze można powiedzieć wiele, jednak nie to, że jest naukowcem wybitnym, no i się przestraszył.

 

Kroki. Gdy wieści o rzezi doktoranckich niewiniątek rozeszły się oraz odbiły echem, częścią tego echa stał się również promotor. Otóż nagle i bez uprzedzenia oznajmił doktorantowi, że doktorant całkowicie i zupełnie nie nadaje się na doktoranta i nie ma sensu tegoż doktoratu dalej pisać.

 

Doktorant. To jest najsmutniejsza część tej historii. Okazuje się, że doktorant wziął na poważnie słowa promotora. No, przecież noblesse oblige, nieprawdaż? I skoro profesor tak mówi, to mówi prawdę i może doktorant rzeczywiście nie się nadaje. Doktorant zwrócił się więc do osoby trzeciej z pytaniem, czy tak od razu powinien zrezygnować, czy może jednak można by mu dać jeszcze szansę. Na szczęście osoba trzecia miała młotek w szufladzie i poprosiła doktoranta, żeby się nim puknął w głowie.

 

Morał. O promotorze nie warto pisać, wszak jest to uprzejmy blog akademicki, a tu można by napisać tylko słowa powszechnie uważane za obraźliwe. Mam jednak pewną propozycję. Otóż może by warto od samego początku uczyć naszych doktorantów, że są pionkami w grach promotorskich, że promotorzy promują ich po to, żeby zrobić dobrze sobie samym i w momencie, gdy doktorant zagraża promotorowi, jego wizerunkowi czy jeszcze czemuś innemu, doktorant zostanie spuszczony w akademickim klozecie. Bez mrugnięcia promotorskiego oka.

 

 

PS. Jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy do mnie piszą, za listy i zaufanie. Proszę też o dalsze listy.

PS2. Bardzo proszę też o niespekulowanie na temat tożsamości osób w powyższym wpisie. Ofiarą takich spekulacji będą tylko doktoranci.

Zielone pojęcie się przestraszyło

Dostałem właśnie kilka pism w sprawie trzech braci, którzy doktoraty pisali. Wśród nich pismo Centralnej Komisji, która unieważnia decyzję rady wydziału AGH w sprawie nienadania doktoratu p. mgr. Witoldowi Głowaczowi. Muszę powiedzieć, że gdy czytałem pismo, miałem poczucie czyjejś obecności. Okazało się, że było to zielone pojęcie, które właśnie przechodziło. Widać było, ze jest przestraszone i nie chce mieć nic wspólnego ze sprawą.

 

No więc jeszcze raz. Centralna Komisja uznała, że mgr Głowacz ma rację w swoim odwołaniu, a  rada Wydziału Elektrotechniki et consortes podjęła decyzję złą. Oto streszczenie uzasadnienia.

 

1. Rada Wydziału nie powinna była zawiesić postępowania po tym, gdy brat Adam zarzucił Witoldowi plagiat. A kierowanie się wynikami programu antyplagiatowego też jest nie teges, bo on nie jest doskonały (por. niżej).

2. RW bezkrytycznie oparła się na trzeciej recenzji nie zwracając uwagi na inne.

3. A może problematyczne fragmenty pochodzą ze wspólnych publikacji, a nie z doktoratu?

4. Zapożyczane fragmenty dotyczą tylko powszechnie używanych zwrotów.

5. Promotor był nieobecny, gdy RW podejmowała decyzję, a sprawa jest przecież skomplikowana.

 

Wreszcie Centralna Komisja uznała, że przewód będzie teraz prowadzony w Politechnice Łódzkiej.

 

A teraz odrobina kontekstu. Otóż wyniki konkordancji doktoratu Witolda i doktoratu Adama są następujące (zaokrąglam wyniki):

 

Rozdział I:   podobieństwo 78%

Rozdział II:  podobieństwo 87%

Rozdział III: podobieństwo 100%

Rozdział IV: podobieństwo 90%

Rozdział V:  podobieństwo 100%

Rozdział VI: podobieństwo 86%

Całość:        podobieństwo 90%

 

I właściwie powstaje pytanie, czy doktorant napisał cokolwiek, co nie jest fragmentem „mało istotnym z punktu widzenia merytorycznego”

 

Pozostaje właściwie powiedzieć kolegom z Wydziału Elektrotechniki itd. Politechniki Łódzkiej (ciekawe, czemu akurat tam), że twarz ma się jedną. I życzyć im powodzenia w działaniach pozwalających na odróżnienie ich twarzy od tej części ciała, która się zaczyna w miejscu, gdy plecy kończą swą szlachetną nazwę!

 

O trzech braciach co doktoraty pisali

Marek Wroński opublikował nowy artykuł w Archiwum nieuczciwości. Czytałem nie wierząc oczom, trochę żałuję, że przeczytałem, bo chyba wolałem nie wiedzieć, że takie rzeczy mają miejsce. W największym skrócie: w pracy doktorskiej jeden brat dokonuje plagiatu, czerpiąc z doktoratu drugiego brata, odkrywa to jednak trzeci brat i przynosi na obronę, zarzucając bratu plagiat. Brata-plagiatora broni ojciec, który też pracuje na tym samym wydziale, co bracia.

 

Jednak tekst prof. Wrońskiego nie jest ciekawy ze względu na to, że z voyeurystycznym zacięciem czytamy o rozpadzie rodziny. To jest bardzo smutna część artykułu. Niesamowite jest, ponownie, to, jak reaguje instytucja i profesura. I tutaj ręce opadają. Recenzentka obu doktoratów, która idzie w zaparte, bo przecież tytuły są inne, burzliwa debata nad tym, czy ojciec doktoranta (i jego pełnomocnik) powinien głosować nadd nadaniem stopnia; ekspert, który na radzie wydziału mówi, że jest plagiat, ale przecież ekspertyza nie jest jednoznaczna. Ludzie, gdzie my jesteśmy, do x!%y@ nędzy?!

 

Nie, to nie koniec. Wreszcie zabrał głos prof. Marek Skomorowski.

 

Stwierdził, że nie zna opinii prof. Pytlaka, bo zaproszenie na posiedzenie dostał 48 godzin temu – bez tej opinii. Chciał się odnieść do braku cytowania, czy też zbyt małej liczby cytowań pracy Adama Głowacza.

 

Eeee??!?! Adam to ten brat, z którego doktoratu brat-doktorat czerpał, jak ze swojego. Ale odezwał się też prof. Leszek Kotulski, który

 

zapytał, czy rzeczywiście zaczerpnięcie dużego akapitu bez cytowania jest plagiatem? 

 

I ja rozumiem, że nie ma granicy uczciwości, ale może chociaż granica smaku? Nie? To poczucia absurdu? Na koniec perełka. Podczas obrony wypowiedzieli się prof. Zydroń i prof. Kowalewski i

 

zwrócili uwagę przedmówcy, że trzymał rękę w kieszeni i zachowuje się niekulturalnie

 

I ja bym tylko zapytał: co wy macie z tymi kieszeniami, do ciężkej cholery?! To był ten kluczowy element osoby zarzucającej plagiat? A Panowie Profesorowie sprawdzili, czy czasem nie miał brundych butów? Przecież to by go dyskwalifikowało kompletnie.

 

Czytałem artykuł Wrońskiego i przeniosłem się w świat, którego nie chciałem poznać. Każdą nieuczciwość można (probować) przegadać, a każde świństwo uznać za drobnostkę. Nie ma tak debilnego i nieuczciwego argumentu, którego nie da się użyć.

 

Prof. Wroński do końca trzymał w napięciu. Czytając obstawiałem, że doktorat jednak przeszedł. No przecież tytuł był inny, nie? Okazuje się, że padł. Warto jednak podkreślić, że aż pięcioro członków rady wydziału uznało, że praca, której „od 25% do 70% zostało dość prosto skopiowane z pracy referencyjnej” może być podstawą do nadania stopnia doktora. 

 

Zostawiam Państwa z tą myślą.

Widzianka?

Zwrócono mi uwagę na recenzje w postępowaniu doktorskim. Jedna z tych recenzji jest na niecałą stronę. I powstaje pytanie: jak krótka może być recenzja doktoratu?

 

Ja sam mam dość mieszane uczucie wobec recenzji prof. Falki (nie znam faceta, ale wygląda na dość przyzwoitego fizyka z dość przyzwoitego ośrodka). Z jednej strony, można by powiedzieć, że napisał wszystko, co trzeba napisać. Nie dość, że ocenił pracę, to na dodatek nawet zwrócił uwagę na kluczowe jej elementy. Starczy? No niby starczy. I gdybym dostał taką recenzję od takiego Falki, to bym ze dwa razy podskoczył ze szczęścia. Ale jednak trochę brak mi w tej recenzji krytycznego podejścia do doktoratu. Czy coś można było zrobić inaczej, może lepiej, czy można o czymś jeszcze pomyśleć?

 

Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to nie jest tylko krótki komentarz i widzianka pod wypracowaniem doktorskim. To również dyskusja z doktorantem, dzięki której doktorant może popatrzeć na to, co zrobił nie tylko jako na dzieło o skończonym pięknie. Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to zaproszenie doktoranta do dyskusji ze starszym kolegą. Nestety recenzent za bardzo podyskutować nie chce.

 

Chciałbym zwrocić przy okazji uwagę, że oto mamy doktorat, w którym obaj recenzenci są zza granicy, obaj działający w nauce międzynardowoej. Okazuje się, że da się  to zrobić. Gratulacje dla doktoranta, promotora, no i pewnie fizyków polskich (choć mogą się zrobić jeszcze bardziej zarozumiali!)

 

Doktorat z zapewnień

Pan Stanisław Krawczyk, który dał mi wybór co do ujawnienia jego tożsamości, zwrócił mi uwagę na recenzje w ostatnim wysokomedialnym i oprotestowanym przez studentów doktoracie na SGH. Mam mieszane uczucia wobec doktoratów ‚celebryckich’. Z jednej strony, uważam, że powinny być oceniane  tak samo jak inne prace, a jednak przyciągają uwagę, której nie poświęcilibyśmy doktoratowi nieznanego doktoranta. Z drugiej strony, te doktoraty dają celebrytom (pseudo-)naukowym dodatkową legitymizację.

 

Zajmuję się jednak ‚od zawsze’ na tym blogu praktykami recenzenckimi, więc postanowiłem napisać o wspomnianych recenzjach, szczególnie że są one momentami zaskakujące. W pierwszej recenzji recenzentka najpierw zwraca uwagę na niedosyt związany z cytowaną literaturą (ja powiedziałbym, że niedosyt wobec 23 artykułów naukowych cytowanych w całym doktoracie to matka wszystkich eufemizmów), po chwili jednak pisze, że przegląd literatury można uznać za przeprowadzony poprawnie. I rzeczywiście, jak wskazuje mój korespondent, można by się zastanowić, jaki musiałby być ten przegląd, by recenzentka uznała go za wadliwy. Biorąc pod uwagę powyższe, założenie, że doktorant posiada wiedzę wobec najnowszych trendów itd. jest nieco zaskakujące.

 

Rzeczywiście, dalej, zachwyt recenzencki, że doktorant przeprowadził badania w dwóch krajach, daleko od siebie położonych, zaskakuje. Doktorant nie musiał przecież nawet z domu wychodzić, bo zrobił ankiete internetową. Zaiste nie trzeba być specem od marketingu, żeby zrozumieć, ze to najprostsze, najtańsze i najmniej pracochłonne badania i wydawałoby się, że recenzentka również powinna sobie zdawać z tego sprawę. Co więcej, badania, które nie tylko na DNU krytykuje się za wielość ograniczeń i problemów metodologicznych.

 

Co do drugiej recenzji, p. Krawczyk zwraca mi uwagę na perełkę. Oto recenzent pisze:

 

W pracy nie zaprezentowano treści dotyczących ekwiwalencji […] w badaniach międzynarodowych, jednakże Autor zapewnił (s. 95), że miał świadomość wielu wymagań i rygorów, jakie te badania muszą spełniać.

 

Gdy to przeczytałem, moja szczęka postanowiła opuścić mnie i spaść na podłogę. Ten fragment daje zupełnie nowe możliwości dla potencjalnych doktorantów. Wszak, co prawda, nie zrobiłem przeglądu literatury, ale zapewniam, że wszystko przeczytałem. Ba, co prawda, przedstawiam tylko wnioski, ale szczerze obiecuję, ze badania zrobiłem i wszystko wyszło tak, jak napisałem. W przypadkach ultracelebryckich, rozważyłbym nawet obronę doktoratu na podstawie zapewnienia doktoranta, że rozprawę rzeczywiście ma, ale w domu. Jednak gorąco zapewnia, że to świetna rozprawa. Stopień sie należy jak psu buda, nie?

 

Nie mam zdania na temat recenzowanego doktoratu. Nie wiem i nie zastanawiam się nad tym, co powinna zrobić SGH. Jednak recenzje, które przeczytałem, wydają się urągać rzetelności recenzenckiej. No, ale, by zacytować klasyka, wstyd umarł.

 

Minister z NRD

Od paru dni trwa dyskusja na temat ‚dużego doktoratu’ – kolejnego pomysłu na reformy. Oto moich kilka groszy.

 

1. Marzy mi się brak reform. A jeśli już reformy, to marzy mi się minister, który sobie, za przeproszeniem, jaj nie będzie robił.

 

2. Doktorat to doktorat – trzeba wygibasów myślowych, żeby stwierdzić, że będą dwa typy doktoratów. Zastanawiam się też, czy ci doktorzy od dużego doktoratu będą się podpisywać: DDR. Po angielsku: GDR, co nawet i pasuje.

 

3. Jeśli likwidować habilitację, to otwartym tekstem, a nie, żeby zrobić aluzję historyczną, instrukcją. Likwidacja nie jest ani łatwa, ani oczywista, ani sama w sobie niczego nie załatwia. Usunięcie habilitacji powinno być poprzedzone poważną dyskusją, a nie wprowadzeniem ‚dużego doktoratu’. MNiSW nawyraźniej, za ponownym przeproszeniem, jaja sobie z nas robi.

 

4. Wprowadzenie dużego doktoratu nie podniesie jakości doktoratów, po prostu jednostki, które będą miały uprawnienia do nadawania ddra, będą go nadawać. Jednostki, które nie będą miały tych uprawnień będą nadawać mdra. W praktyce oba doktoraty nie będą się niczym różnić.

 

5. Prof. Stec zwrócił mi uwagę na Twitterze, ddr zniszczy jednostki na dorobku oraz wykosi rozwijającą się konkurencję  – zgadzam się z tym poglądem.

 

6. Wprowadzenie ddra jest niesprawiediwe i spowoduje nierówności wśrod pracowników – dzisiejsi doktorzy, automatycznie zakwalifikowani do maluchów, będą mogli ze smakiem się oblizywać patrząc, jak ich magistranci zyskują uprawnienia samodzielności.

 

7. System uprawnień oraz postępowań awansowych stanie się znacznie bardziej skomplikowany, a przez to narażony na jego obchodzenie, naciąganie, tudzież wykorzystywanie sieci nieformalnych.

 

8. Jak już trzeba koniecznie, to ja naprawdę wolałbym, żeby minister NiSW oraz wszyscy inni doktorzy ‚niepokorni’ przyznali sobie po profesurze niżby mieli wprowadzać ddr.

 

Skoro musi być znów reforma, a naiwnością jest myśleć, że ‚dobra zmiana’ nie dotrze do nauki, niechże chociaż ma ona ze dwie kończyny, skoro nie może mieć czterech. Pomysł dużego doktoratu nie tylko nie ma kończyn, moim zdaniem, nie zalicza się nawet do kręgowców.

Poprawki

Pod niedawnym wpisem o recenzji doktorskiej @hab_2016 wskazał, że recenzent rozprawy doktorskiej ma opcję odesłania pracy do poprawy lub uzupełnienia. Wskazuje również, że ta opcja jest wykorzystywana rzadko. Zwracam na to uwagę, żeby zapytać właśnie o tę możliwość. Ja sam nie dość, że nigdy takiej recenzji nie napisałem, to na dodatek nie spotkałem się z tym. Ciekaw jestem, jak to wygląda u innych.  Warto może dodać, że z tego, co wiem, w systemie brytyjskim jest to opcja stosowana najczęściej i stosunkowo rzadko zdarzają się rozprawy, które są przyjmowane bez żadnych poprawek. 

 

Zerojedynkowość naszego systemu ma oczywiście wiele zalet – doktorant kończy i jeśli dostaje stopień, wszelkie wątpliwości rozstrzygane są na jego korzyść. Rozprawa jednak zostaje z mankamentami, czasem znacznymi. Odesłanie do poprawek oznacza oczywiście wydłużenie procesu, jednak z drugiej strony daje szanse na właśnie na ulepszenie rozprawy, szczególnie takiej, która nie nadaje się jeszcze do obrony.

 

Może rzeczywiście warto baczniej popatrzeć na tę opcję.

Samo się nie robi

Nieczęsto zwracam uwagę na recenzje w przewodach doktorskich, jednak dostałem list w sprawie następującej recenzji. Jest to recenzja w postępowaniu doktorskim, w którym recenzenci nie zgodzili się co do jakości pracy doktorantki i cytowana recenzja miała sprawy rozstrzygnąć.

 

I rzeczywiście recenzja jest rozstrzygająca. Recenzentka bezlitośnie punktuje słabości doktoratu, często powtarzając opnie recenzentki negatywnej. Jednak ‚superrecenzentka’ nagle dokonuje wolty i konkluduje pozytywnie. O ile dobrze rozumiem, przeważyło to, że doktorantka zebrała dane. I choć rzeczywiście należy doktorantce pogratulować tego osiągnięcia, to nie jestem w pełni przekonany, że za to nadaje się stopień doktora.

 

Wracam do tego, co nie raz pisałem sam i pisali tu inni. Narzekamy i narzekamy na obniżający się poziom doktoratów, jednak on sam się nie obniża. Sami to ‚robimy’ (choć nie poczuwam się do wysokiej odpowiedzialności) zarówno pisząc, jak i przyjmując takie recenzje jak powyższa recenzja z psychologii. Co więcej, celowo zwracam uwagę na psychologię, zamiast po raz kolejny poironizować na temat ekstraklasy pedagogiki, którą wczoraj opublikował prof. Śliwerski, właśnie dlatego, że psychologię dzieli od pedagogiki kilka lat świetlnych, jednak to wcale nie znaczy, że to kraina miodem i rzetelnością płynąca.

 

Nie mam zdania, czy ten doktorat powinien był przejść, nie znam się, nie interesuje mnie to. Wiem jednak, że recenzja negatywna powinna się kończyć negatywną konkluzją. Tak dla porządku.

 

 

Sajens, srajens

Profesor Śliwerski znów ma problem. Tym razem miecz krytyki spada na doktorat z cyklu publikacji, którego kryteria ustalił niewymieniony z nazwy wydział uniwersytecki. Profesor pedagogiki przedstawia trzy główne zastrzeżenia. Po pierwsze, czytamy:

 

Pierwsza kwestia dotyczy liczby artykułów (rozdziałów), która autorom dotychczasowych rozpraw doktorskich jako monografii wydaje się banalnie niska.

 

Biorąc pod uwagę, że wydział oczekuje przynajmniej jednego artykuły z listy A, a to bariera, której nie przekroczyła większość habilitantów (a i profesorów) z pedagogiki, komentować tego nie będe. Po drugie:

 

W gruncie rzeczy nie dookreślono, czy owe periodyki muszą mieć ścisły związek z dyscypliną, w której zamierza doktoryzować się kandydat. 

 

No rzeczywiście – to jest dopiero prawdziwy problem. Proponowałbym, żeby czasopismo musiało mieć nazwę dyscypliny w tytule. Nie jakieś tam „Nature” czy „Science”. Po trzecie:

 

Znacznie poważniejszy problem stwarza zapis wskazujący na to, że zamiast rozprawy doktorskiej może ów doktorant przedłożyć publikacje, które ukazały się nie po otwarciu przewodu doktorskiego, ale przed jego otwarciem. W tym miejscu zaczyna się poważny problem, bowiem o ile nie ma wątpliwości, że napisane pod kierunkiem promotora i opublikowane na łamach czasopism teksty po otwarciu przewodu doktorskiego spełniają ustawowe warunki, o tyle w sytuacji powyżej zakreślonej alternatywy już nie.

 

Tak, to rzeczywiście byłoby niesłychane! Myślę, że potrzebna jest tu ustawa określająca, kiedy dokładnie rady wydziału mogą otwierać przewody doktorskie. Obecna samowola doprowadza do takich, nie bójmy się tego powiedzieć, wynaturzeń, że doktorant publikuje coś przed otwarciem przewodu i mówi, ze to doktorat. Strasznośc, którą trudno sobie nawet wyobrazić!!

 

I właściwie pozostaje mi jedno pytanie: jak sobie radzi świat? Przecież oni wszyscy powinni czytać polskie ustawy, nie mówiąc o blogu prof. Śliwerskiego, żeby wreszcie prowadzić prawdziwe przewody doktorskie.