Dęta habilitacja

Już dość dawno temu zwrócono mi uwagę na habilitację z muzyki i orkiestr dętych. O  rzeczach dętych nie mam zielonego pojęcia, jednak habilitacja mnie zaciekawiła. Dwie recenzje negatywne (a nawet bardzo negatywne), jedna pozytywna (a nawet bardzo pozytywna). Co ciekawe, pomimo  wątpliwości recenzentów, głosujący za nadaniem stopnia wątpliwości nie mieli. Wszyscy za, habilitacja, przeszła śpiewająco, choć nie wiem, czy to stosowne określenie.

Mamy tutaj do czynienia, jak pisał o sobie w  autoreferacie habilitant  z habilitantem-prezydentem. Co prawda, prezydentem jakiegoś stowarzyszenia, ale zawsze coś. Nie każdy prezydentem być może. Co więcej, jest habilitant prezydentem bywałym. Pruszcz, Wałcz, Kalisz, Koronowo, ba, nawet Bydgoszcz, gdzie się nie obrócisz na Pomorzu i jego okolicach, habilitanta tam pełno, a orkiestry pod jego batutą dmą na potęgę.

Niestety, jeden recenzent, powiedzmy szczerze, nie bez racji, pisze, że autoreferat habilitanta to jego życiorys, a nie typowy autoreferat. Szkoda jednak, że recenzent nie zauważa, że jest to życiorys napisany jakżeż żywo! Wręcz widzimy w Kwidzynie niepełnoletniego habilitanta, który zamiast interesować się papierem,  już wtedy chciał dąć. Niestety, dzisiaj habilitant chce również  uczyć dyrygentury, a recenzent mu mówi, że on utwory jedynie przerabia i może z nimi co najwyżej pomaszerować sobie. Zapomina jednak, że na Pomorzu jest jeszcze niejedno miasto i miasteczko. Z cała pewnością Tczew albo i  Kościerzyna chętnie by posłuchali dęcia maszerującej orkiestry pod dyrygenturą habilitanta.

Drugi negatywny recenzent wskazuje, że autoreferat zawiera  ‚fakty niezgodne z rzeczywistością’. To jest tak piękne określenie, że wymiata na margines fakty alternatywne innego prezydenta. To przez te fakty recenzent tenże nie daje wiary zapewnieniom habilitanta, że sam wypełni lukę dęcia, która się pojawiła w naszym najwyraźniej niedmącym kraju. Niestety,  recenzent sugeruje nawet, że również pionierskość działań habilitanta jest dęta. 

Polecam lekturę dokumentów tego postępowania, rzadko bowiem mamy do czynienia z tak rozrywkową dokumentacją habilitacyjną. Na szczęście (albo i nie) ta dęta habilitacja przeszła i habilitant może już dąć piersią profesorską.

 

Słoma habilitacyjna

Oto postępowanie habilitacyjne z geologii na, uwaga, uczelni zacnej, badawczej, a jakże, bo na samym Uniwersytecie Warszawskim. Aż piszący te słowa czuje presję wielkości.

W postępowaniu tym znajdujemy trzy recenzje, z których jedna jest negatywna, druga jest pozytywna ‚w stopniu minimalnym’, a trzecia jest pozytywna. Przyznam szczerze, że recenzji nie czytałem (nie chciało mi się) – zaglądnąłem jedynie do konkluzji. Pomimo tego, że recenzenci napisali (być może nawet dostali za to honoraria), postępowanie umorzono.

Smaczku dodaje to, że, jak się dowiadujemy z recenzji w postępowaniu poniższym, komisja habilitacyjna zebrała się i negatywnie zaopiniowała dorobek habilitanta. I jak już zaopiniowała, to wtedy rada wydziału umorzyła postępowanie. I ja bym powiedział, że to są kompletne i całkowite jaja.

Uważam, że rzeczone umorzenie jest skandaliczne. Recenzenci się wypowiedzieli, komisja habilitacyjna się wypowiedziała. jaki to więc ważny interes społeczny przemawia za tym, żeby powiedzieć, że to wszystko się nie liczy.

Mówiąc ogólniej, ja nie rozumiem umorzeń z zasady. Tak się składa, że jakieś pół roku temu głosowałem w sprawie umorzenia postępowania. Podnoszono dwie kwestie. Po pierwsze, to, że umarzamy, nie może oznaczać tego, że nie ponosimy kosztów. Po drugie, ważniejsze, nie możemy sobie robić sami z siebie jaj. Habilitacja to zbyt poważna sprawa, żeby sobie składać wniosek, a potem się rozmyślić. I ja się z tym zgadzam. Nie można się wycofywać z postępowania habilitacyjnego dlatego, bo grozi nam nienadanie stopnia. Jedynym sensownym powodem umorzenia mogłoby być to, że habilitant nie chce już pracować naukowo, dostał objawienia, idzie do klasztoru. Albo słonie ratować na Serengeti. Jeśli nie, to procedujemy do końca. Szanujmy się nawzajem, do cholery!

Jak już wskazałem, sprawa tej habilitacji jednak nie skończyła się wtedy. Otóż pół roku temu habilitant wnioskuje o wszczęcie nowego postępowania habilitacyjnego. Choć muszę powiedzieć, że nie jestem pewien, czy postępowanie jest nowe. Habilitant składa ten sam autoreferat (co uczciwie zaznacza). Powołuje się tę samą komisję, a recenzenci piszą te same recenzje. Jedna jest pozytywna, druga jest pozytywna w stopniu minimalnym, trzecia jest negatywna. Podobieństwo  postępowań jest na tyle duże, że recenzent negatywny pisze to wprost – nic się nie zmieniło, więc nie zmieniła się też jego ocena. Aż człek by się chciał dowiedzieć, czy posiedzenia w tych samych salach o tych samych porach się odbywały.

Niestety, nie dowiadujemy się, jaka była decyzja komisji habilitacyjnej, dokument nie jest zawieszony na stronach habilitacyjnych Wydziału Geologii UW (trzeba jednak przyznać, że to nie tylko w przypadku tego habilitanta nie ma tego dokumentu). Habilitacja jednak przeszła.

A ja mam kilka pytań. Co takiego się zmieniło w ocenie dorobku, że tym razem ta habilitacja przeszła? Czy każdy habilitant na UW może „sobie  umorzyć” postępowanie habilitacyjne, bo mu się decyzja komisji habilitacyjnej nie podoba? I wreszcie: czy u państwa, na Uniwersytecie Warszawskim, tak ogólnie takie jaja się robi? Bo ta nieustanna wyższość, z jaką mówią przedstawiciele UW, pół biedy, że irytuje, ale naprawdę nie licuje z  takim postępowaniem.

Podobno ten blog czyta prorektor UW. Może zechciałby odpowiedzieć na moje pytania. Bo wy, do ciężkiej cholery, macie świecić przykładem. A jeśli takie jaja są na UW, to czego tu oczekiwać w jakiejś Pipidówie? UW jest (podobno) polską czołówką, chce się gonić międzynarodowo. A okazuje się, że wam habilitacyjna słoma wychodzi z postępowań.

 

Dna nie ma

Pod poprzednim wpisem pojawiło się następujące postępowanie habilitacyjne.  Z powodu niesamowitości hipotez w autoreferacie już wyrwano trochę owłosienia, jednak moim zdaniem w postępowaniu tym interesujące jest co innego. Otóż prof. Jaskułowski zwraca uwagę na Twitterze na wydawnictwo, które postanowiło wydać monografię habilitantki.

Oto zrzut z ekranu pierwszej strony wydawnictwa PrintOne.

Tak, tak, to ‚wydawnictwo’ reklamuje się ‚wydawaniem’ wizytówek (tłoczonych i składanych), plakatów, ulotek, kopert i naklejek, a także innych produktów. Z jakiegoś dziwnego powodu ‚wydawnictwo’ nie poleca jednak wydawania książek.

Warto sobie zadać pytanie, dlaczego nie ma na stronie internetowej ‚wydawnictwa’ PrintOne oferty wydawania książek. Otóż odpowiedź na to pytanie jest tyle zaskakująca, co prosta. Otóż dlatego, że PrintOne to nie jest wydawnictwo. To firma świadcząca usługi drukarskie i mówiąc szczerze, mam wrażenie, że habilitantka osiągnęła nowe dno w polskich habilitacjach. Mam tylko nadzieję, że firma dała jest w bonusie choć z pół kartonu naklejek jakichś czy czegoś.

Po krótkim namyśle postanowiłem jednak zamieścić obraz hipotez habilitantki z tweetu profesora.

Zastanawiałem się też nad komentarzem. Niestety, przychodziły mi do głowy tylko słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne.

Komentarz podsumowujący? Okazuje się, że w polskiej habilitacji dna nie ma. I nie ma po co go szukać.

Ale kończę pozytywnie. Otóż niniejszym przyznaję tej habilitacji status rekordzisty w kategoria galeria habilitacyjna.

Habilitacyjny klops onomastyczny

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy napisać o następującym linku, który obrazuje niesamowity zbieg okoliczności. Oto mamy dwie habilitacje (pierwsza padła, druga nie) habilitantów przez osoby o łudząco podobnych nazwiskach. Na szczęście  jednak pierwsza osoba nie podała drugiego imienia (może go po prostu nie ma), a druga podaje (może lubi je podawać). Wszelkie wątpliwości, że mogłaby to być ta sama osoba, rozwiewa fakt, że pierwsza habilitacja jest w naukach technicznych, a druga w naukach rolniczych.

To, co jest naprawdę niesamowite tutaj, to to, że zbiegów okoliczności jest w sprawie jeszcze więcej. Okazuje się bowiem, że te dwie osoby mają identyczne osiągnięcie naukowe. Zarówno pierwszy jak i drugi habilitant, tak się niesamowicie złożyło, chcieli się habilitować na podstawie osiągnięcia: „Metody oceny struktury przestrzennej i potencjału obszarów wiejskich wspomagające prace urządzeniowo-rolne i rewitalizacyjne”. I powiedziałbym, że to jest duże łau!

Można tylko powiedzieć, że dużo szczęścia mieli habilitanci, że nie chcieli się habilitować w tej samej dziedzinie. Uf, uf, uf!

Dodałbym już tylko, że ten drugi habilitant powinien również podziękować rodzicom za to, że dali mu drugie imię. W przeciwnym razie byłby klops.

Habilitacja hipoteczna

Przyszła poczta i przyniosła wieści dawno już skonsumowanej habilitacji i jednej recenzji (recensja nr 1) w tymże postępowaniu. Jako że recenzja wywołała we mnie dużą wesołość, postanowiłem o niej napisać.

 

Recenzent konkluduje w następujący sposób:

 

Najważniejsze uprawnienia uzyskiwane po nadaniu stopnia doktora habilitowanego polegają na możliwości oceny dorobku naukowego innych badaczy, kierowania własną grupą badawczą oraz samodzielnego kształcenia studentów. W żadnej z tych dziedzin dr Jarosław Wiącek dotąd nie wykazał się aktywnością pozwalającą na ocenę, czy posiada odpowiednie kwalifikacje do podjęcia tych czynności. Jego dorobek nie został dostrzeżony przez międzynarodową społeczność naukową, co nie daje mu mandatu do oceny dorobku innych. Nie kierował żadnym projektem finansowanym przez KBN, MNiSW, czy NCN, więc nie wiadomo, czy potrafi kierować zespołem badawczym. Nie wypromował żadnego magistranta i nie był opiekunem żadnego doktoranta, więc nie wiadomo, czy jest w stanie sprostać wysokim wymaganiom młodych badaczy i zapewnić im odpowiednie warunki do rozwoju naukowego. Niepokojący jest brak staży i współpracy zagranicznej. Prace przedstawione jako osiągnięcie nie są szczególnie nowatorskie i zawierają poważne błędy metodyczne.

 

I ktoś czytający tę recenzję pomyślałby: Co zrobił habilitant? Czy coś w ogóle zrobił? Może jednak zrobił coś, co wskazywałoby na to, że powinien uzyskac habilitację. Okazuje się, że nie za bardzo. I poza ‚sporą determinacją’ habilitant nie wykazał się niczym innym. A jednak, jak się okazuje, to wszystko wcale nie przeszkadza recenzentowi w konkluzji pozytywnej. Bowiem prof. Kuczyński, ludzkie chłopisko, ma serce po właściwej stronie. Pisze on bowiem:

 

Przyznam, że decyzja, którą musiałem podjąć była trudna i mam świadomość (liczę, że ma ją również Habilitant), że udzielam kredytu zaufania. Biorąc pod uwagę wszystkie argumenty przedstawione powyżej popieram wniosek doktora Jarosława Wiącka o nadanie mu stopnia doktora habilitowanego. Stwierdzam, że wniosek spełnia wymagania stawiane przez Ustawę o stopniach naukowych i tytule naukowym.



Recenzent udzielił habilitantowi kredytu zaufania, a habilitant dostał habilitację explicite na wyrost. To chyba pierwszy przypadek pozytywnej recenzji habilitacyjnej, w której recenzent proponuje nadać habilitantowi stopień za to, co habilitant dopiero zrobi.

 

Ale tu trzeba wyraźnie powiedzieć: ja osobiście serdecznie dziękuję prof. Kuczyńskiemu. Habilitacja za dorobek in spe to pomysł wręcz genialny. Można przecież zacząć nadawać habilitację wszystkim i za nic. Byle tylko zasługiwali na kredyt zaufania. Proponowałbym nawet nową nazwę: habilitacja hipoteczna!

 

Jednak nie tak chciałbym skończyć. Chcę się pochylić nad trudnością decyzji prof. Kuczyńskiego! Jakżeż musiała być trudna! A zatem chciałbym zapytać. Panie Profesorze, czy wszystko u Pana w porząsiu? Jak Pan sobie poradził z tą traumą? Trzymam Pana wirtualnie za rękę i obejmuję empatycznieprzesyłam recenzenckie całusy. Niech się Pan nie da. Niech ta decyzja, jakże dramatyczna, Pana nie zeżre od środka. Proszę być dzielnym! Proszę pamiętać, ja tylko Pana pomysł nazwałem – do historii za habilitację hipoteczną przejdzie Pan i tylko Pan!!

 

PS. Habilitację nadano. Mój korespondent pisze, że habilitant, dziwnym trafem, nie wywiązał się z kredytu zaufania. Nadal nie robi nic. Mi się nie chciało sprawdzać.

 

Nie zadzieraj autoreferatu

No blogu Doktrynalia nowy wpis na temat habilitacji, w której, jak pisze autor bloga:

 

Dzięki tytanicznej pracy kolegów z WPiA UWM udało się jeszcze bardziej zaniżyć poprzeczkę dla habilitacji z nauk prawnych, już wcześniej nisko umieszczoną przez koleżanki i kolegów z WP UwB

 

Zaglądnąłem do autoreferatu i rzeczywiście, o swojej monografii autor pisze tak:

 

Obie te zasady szczegółowo analizuję w monografii, co następnie rozwinięte zostało w pracach napisanych przeze mnie wspólnie z prof. dr hab Genowefą Grabowską….

 

To nie tylko koledzy z WPiA UWM obniżyli poprzeczkę, to również habilitant zaproponował poziom pukania od dołu w dno, które jest już przecież baaaaardzo nisko. Co prawda, można się cieszyć, że w autoreferacie nie ma zdania np. o tym, że prof. Grabowska jest ważną osobistością (nawiasem mówiąc, nigdy wcześniej o Pani Profesor nie słyszałem, co może źle świadczyć o mnie) i lepiej z nią nie zadzierać, ale przecież recenzenci doskonale rozumieją, co im habilitant mówi. 

 

Jest to kolejny wpis, który opatrzę ‚tagiem’ ‚galeria habilitacyjna’, sytuując cytowany autoreferat w samym centrum tejże kategorii.

Krasula w otchłani

Zebrało się kilka spraw, więc piszę post w odpowiedzi. Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na harmonogram (tu linka do strony wydziałowej) przebiegu w postępowaniu habilitanta z poprzedniego wpisu. Moim zdaniem, to skandal, że postępowanie opóźniło się aż o 10 miesięcy przez zmianę recenzenta. Oczywiście zmiana mogła wynikać z choroby czy innych ważnych powodów, jednak prawie rok na to, żeby to załatwić, to cyrk na kółkach!

 

Po drugie, pojawił się zarzut o anonimowym, powiedzmy, sądzie kapturowym. Nie zgadzam się z tym zarzutem. Ani w moim wpisie, ani w dyskusji nie pojawiły się, jak sądzę, żadne wycieczki osobiste. Natomiast autoreferat jest dokumentem publicznym i każdy habilitant musi się liczyć z tym, że może on zostać poddany publicznej ocenie. I tak, ta ocena moze oznaczać wyśmianie. Proszę zwrócić uwagę, że mój post dotyczył jedynie autoreferatu. A ten autoreferat jest, moim zdaniem, żenujący. Jednak ja nie chcę przez to powiedzieć nic o samym uczonym. Mówiąc szczerze, że wystarcza zupełnie to, co on sam mówi. Podobnie zresztą oceniami i czasem wyśmiewamy recenzje habilitacyjne.

 

Po raz kolejny chcę podkreślić, że ten blog nie jest pręgierzem habilitacyjnym, co wiecej, rozumiem potencjalne konsekwencje bycia bohaterem wpisu i dyskusji na tym blogu. Przwyołuję postępowania (najczęściej już zakończone, rzadko trwające), które budzą mój sprzeciw; nigdy też nie podejmuję decyzji lekko. Z ostrożnością też podchodzę do listów, które dostaję – nie będę narzędziem załatwiania porachunków.

 

Po trzecie, nie za bardzo mam ochotę po raz kolejny zastanawiać się nad wyższością treści artykułu nad miejscem jego wydania. Powiedziano na tym blogu na ten temat wszystko, a nawet więcej niż dało się powiedzieć. Moje stanowisko jest następujące. Tak, wydawnictwo „Szwagier i krasula” może wydać niezwykłą i doniosłą książkę, nawet jeśli to bardzo mało prawdopodobne. Jednak ja mam prawo ocenić wybór, którego ów naukowiec dokonuje. I jeśli tenże naukowiec wydaje swą perłę w wydawnictwie z siedzibą za stodołą, to ja mam prawo się zastanawiać nie tylko nad poziomem sądów tejże osoby, ale również nad tym, czy jego wybory pozwalają mu np. na promowanie doktorantów.

 

PS. W najnowszym wpisie prof. Sliwerski wyzłośliwia się na temat poziomu polskiej psychologii i jej mizernych wyników. Nie mnie oceniać polską psychologię w porównaniu z resztą świata – nie znam się. Jednak, Panie Profesorze, znaj Pan proporcję. Bo jeśli psychologia jest mierna, to dla polskiej pedagogiki brakuje miejsca na dowolnej skali miernoty naukowej. To nawet nie jest dno w porównaniu z psychologią – to otchłań bez dna.

A gdzie Wietnam?

W habilitacjach z nauk ekonomicznych, wydawało mi się, widziałem już wszystko. A tu nagle przychodzi poczta z tym oto autoreferatem. Postępowanie jak postępowanie, nie mam zdania na temat tego, co habilitant miał do powiedzenia na temat Indii, zaskoczył mnie jednak przedstawiony dorobek.

 

Otóż nawet naukach ekonomicznych pubikacja w postaci ‚wydruku komputerowego’ to pewna nowość (s. 14). Pomyślałem sobie, że w komputerze mam kilkadziesiąt takich publikacji – starczy kupić tusz do drukarki i drukować. W kolorze! Ale, ale, powiecie, wcale to nie jest to takie proste, bo wydruk to doktorat! No ale ja za cholerę nie rozumiem, co on robi w artykułach! Licząca 330 stron rozprawa doktorska to najprawdopodobniej nadłuższy artykuł w historii artykułów! I za to habilitantowi należą się gratulacje!

 

Już mniejsze gratulacje należą się za element 5.1.5 dorobku. To stypendium, które, z żalem konstatuję, nie zostało habilitantowi przyznane. Nie jestem w związku z tym pewien, czy on pojechał do tych Indii w 2011 roku, czy nie. Od razu mówię, że ja w tym roku nie pojechałem np. do Indonezji, Nowej Zelandii oraz na Kamczatkę. A to tylko te miejsca, gdzie bym chciał pojechać!

 

To jednak nie koniec. Odnoszę wrażenie, że habilitant redefiniuje pojęcie dorobku habilitacyjnego w tabelce 8.1. Nie jestem bowiem przekonany, czy wycieczki krajoznawczo-turystyczne ze studentami, to na pewno osiągnięcie. Przyznam też szczerze z kolei, że organizacja dni indyjskich, japońskich, chińskich oraz koreańskich pozbawiła mnie już pytań o dorobek, ale pozostawiła z pewnym niedosytem geograficznym.

 

Z autoreferatu dowiedziałem się również, że Katedra Mikroekonomii Uniwersytetu Szczecińskiego wydaje, może nie od razu książki, ale z pewnością wydawnictwa zwarte. I to mnie ubogaciło.

Małe tęsknoty

Ponad 160 stron! Jak pisze Emanuel Kulczycki, najdłuższy autoreferat zanalizowany przezeń miał 160 stron. Na drugim miejscu plasuje się dokument dobijający do stron 140. Na trzecim miejscu trzy autoreraty na około 120 stron. Odnotowuję te dane jako swoiste kuriozum, z obowiązku kronikarskiego.

 

Jednak robię to też dlatego, żeby móc się powyzłośliwiać odrobinę. Otóż najdłuższy autoreferat został napisany przez habilitanta w naukach fizycznych, drugi z kolei w medycynie. Co więcej okazuje się, że średnio to wcale nie humanistyka (szeroka czy nie) pisze najdłuższe referaty. To chemicy średnio wypisują 35 stron! Warto by się zastanowić, skąd to się bierze.

 

Proponuję interpretację ‚psychologiczną’. Może po prostu ten fizyk i ten medyk zawsze chcieli napisać ksiąkę, ich dyscypliny na to nie pozwalają, więc wreszcie sobie napisali. 160 stron to, co prawda krótka, ale jednak książka. I fizyk wreszcie ‚ma książkę’. I to jest przecież coś. Biedni chemicy wreszcie mogłi puścic literackie wodze i sobie popisać! I mogli opowiedzieć o swych eksperymentach, jak ciecz z zielonej robi się żółta czy czerwona, albo wlejesz coś do menzurki, a tu piana leci. To nie humaniści mogą tym poczarować! Weterynarze opowiedzieli o zwierzątkach, a fizycy, powiedzmy szczerze, o tym, jacy są niesamowici i że to wcale nie jest megalomania, tylko szczera prawda. A biedni humaniści? No, napisali o swoim osiągnięciu.

 

Tak czy owak, mogę się tylko cieszyć, że to nie ja musiałem przedierać się przez ponad 100 stron autoreferatu, bo w zemście za to habilitacyjne okrucieństwo kusiłoby mnie, żeby napisać recenzję negatywną. I skoro już napisałem taki wpis, zakończę go jak najpoważniejszą radą dla habilitantów.

Zaczynam od prawdy ponadczowej: Nie ma takiego osiągnięcia i dorobku, o którym warto napisać stustronicowy autoreferat. Nie mówiąc o dłuższym.

 

W drugiej kolejności rada będzie mniej dosadna: Prawdopodobnie nie ma takiego osiągnięcia i dorobku, o którym warto napisać 50 stron autoreferatu. I to nie tylko dlatego, że sam napisałem mniej więcej pięciokrotnie mniej. 

 

Flagowa habilitacja

Oto niedawno zakończone postępowanie z socjologii (na stronach CK nadal nie ma pełni dokumentów) na Uniwersytecie Warszawskim, na które zwrócono mi niedawno uwagę. Podstawą nadania stopnia jest cykl jednotematyczny pięciu pozycji, z których cztery opublikowane są w jednym czasopiśmie. Czasposmo to bliżej mi nieznane „Decyzje”, które, nie, nie, wcale nie jest wydawane na UW. Co więcej, warto odnotować, że czasopismo to przekroczyło barierę jakości 10 pkt. na liście B. A to przecież też jest coś.

 

5 artykułów z osiągnięcia to 1/4 dorobku habilitanta. Jak zauważa jeden z recenzentów (recenzje z jakichś powodów  nie są chyba dostępne publicznie), od uzyskania stopnia doktora (w 2002 r.) habilitant opublikował 13 artykułów oraz 12 rodziałów, prawie po jednym rocznie, a więc można by powiedzieć, że habilitant bardzo się nie nudził, choć, jak się zdaje, komunikował sie tylko ze swoimi kolegami. Recenzent dodaje też, że habilitant napisał jednak różne raporty badawcze, co przecież też się liczy. Inny recenzent zwraca uwagę na to, że osiągnięcie habilitacyjne opublikowane jest w środowisku habilitanta, ale nie przeszkadza mu to wnioskować o nadanie stopnia.

 

Habilitacja przeszła bez mrugnięcia (mrugnęly tylko 4 osoby – 2 przeciw, 2 wstrzymały się), jednośrodowiskowe prace habilitanta to „znaczący wkład w rozwój dyscypliny naukowej socjologia”. Ja co prawda zastanawiam się złośliwie, czy socjologia o tym wie, na szczęście nikt mnie o to nie pytał. I właściwie nie byłoby o czym pisać – nie pierwsza to habilitacja, na której widok zeby bolą. Z całą pewnością też nie ostatnia. Jednak stopień został nadany przez flagowca polskiej socjologii, który w najbliższej parametryzacji liczy na ocene A+.

 

Kiedy my sami zaczniemy traktować się poważnie?