Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza ‚instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Habilitacyjny klops onomastyczny

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy napisać o następującym linku, który obrazuje niesamowity zbieg okoliczności. Oto mamy dwie habilitacje (pierwsza padła, druga nie) habilitantów przez osoby o łudząco podobnych nazwiskach. Na szczęście  jednak pierwsza osoba nie podała drugiego imienia (może go po prostu nie ma), a druga podaje (może lubi je podawać). Wszelkie wątpliwości, że mogłaby to być ta sama osoba, rozwiewa fakt, że pierwsza habilitacja jest w naukach technicznych, a druga w naukach rolniczych.

To, co jest naprawdę niesamowite tutaj, to to, że zbiegów okoliczności jest w sprawie jeszcze więcej. Okazuje się bowiem, że te dwie osoby mają identyczne osiągnięcie naukowe. Zarówno pierwszy jak i drugi habilitant, tak się niesamowicie złożyło, chcieli się habilitować na podstawie osiągnięcia: „Metody oceny struktury przestrzennej i potencjału obszarów wiejskich wspomagające prace urządzeniowo-rolne i rewitalizacyjne”. I powiedziałbym, że to jest duże łau!

Można tylko powiedzieć, że dużo szczęścia mieli habilitanci, że nie chcieli się habilitować w tej samej dziedzinie. Uf, uf, uf!

Dodałbym już tylko, że ten drugi habilitant powinien również podziękować rodzicom za to, że dali mu drugie imię. W przeciwnym razie byłby klops.

Bestiarium habilitacyjne

Zwrócono mi uwagę na  postępowanie w naukach prawnych. Ono jest dopiero na etapie złożonego wniosku, ale warto będzie je śledzić. A oto dlatego.

Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na miejsca publikacji (odrzucam dwie sprzed 2013 roku).

  • Kraków (3 publikacje)
  • Sanok (2)
  • Koszyce (3)
  • Rzeszów (10)
  • Olsztyn (3)
  • Biała Podlaska (1)
  • Warszawa (1)

Muszę powiedzieć, że Rzeszów nie uderzył mnie jako centrum nauk prawnych w Polsce, nie mówiąc o świecie.  Obok Sanoka, Koszyc i Olsztyna, habilitantka nie pokazuje się jako badaczka, która porusza się nawet po górnej polskiej półce. Można się jednak cieszyć, że jej myśl dotarła do stolicy, do zapewne zacnej Wyższej Szkoły Informatyki, Zarządzania i Administracji.

Ale nie wyzłośliwiałbym się nad lokalnością dorobku, gdyby nie to, że dotarłem w autoreferacie do głównego osiągnięcia i problemów badawczych. Pominę już tak intelektualnie dociekliwe  pytania z kwestionariusza typu:

Problematyka ustawy „o bestiach” jest mi znana.

i dojdę do tego, że respondent miał określić procentowy stopień identyfikacji z takim stwierdzeniem. Np. jeśli respondent uznał, że identyfikuje się ze stwierdzeniem w 47 procentach, to wystąpiła u niego „dość silna identyfikacja”. Niestety, nie jest jasne dla mnie, czy dość silna identyfikacja ze stwierdzeniem oznacza również, że delikwentowi problematyka jest znana czy nie. A zatem identyfikuje się tylko ze stwierdzeniem, czy też mówi coś o sobie. I gdy tak sobie rozważałem te ważne problemy filozoficzne, stwierdziłem, że życie jest jednak za krótkie…

Choć wytrwałem w przekonaniu, bo gdy zacząłem się zastanawiać, co oznaczy uśredniona wartość identyfikacji związana z płcią. Czy to oznacza, że 68 procentach identyfikowały się osoby, które zaliczyć można do grupy upłciowionych? Od razu chciałbym się dowiedzieć, jaki poziom identyfikacji mieli ludzie bez płci!! Niestety, tej informacji nie było.

Tak się też zacząłem zastanawiać, czy wszyscy prawnicy używają terminu ‚ustawa o bestiach’ i jakie inny ksywki mają na inne ustawy. Np. ustawa o zdrowiu psychicznym mogłaby być ‚ustawą o czubkach’.

Habilitacja z czubków to byłoby coś, nie?

Wina profesorów

Prof. Kulczycki zamieścił na Twitterze listę stachanowców habilitacji:

 

 

Są to dane za niecałe pięć lat i rekordzista napisał przynajmniej 6 recenzji rocznie (w danych nie uwzględniono postępowań umorzonych). Oto kilka komentarzy.

 

1. Na pierwszy rzut oka ‚tuzy recenzowania’ nie piszą aż tak dużo, a przynajmniej ja spodziewałem się, że piszą jeszcze więcej. Jednak dane powyższe pokazują jedynie recenzowanie, a nie pokazują uczestnictwa w innych postępowaniach. Może warto byłoby zrobić takie zestawienie? Podejrzewam, że wpływ kilku/nastu jednostek na dyscyplinę okaże się znacznie większy.

 

2. Niejednokrotnie komentowano tutaj jednostkowy wpływ na dyscypliny, tabelka ta pokazuje go dość wyraźnie. Mnie jednak ciekawiłoby również to, jaki procent habilitacji w danej (pod)dyscyplinie recenzowali nasi mistrzowie.

 

Nawiasem mówiąc, pomimo tego, że ‚wszyscy’ o tym wiemy, władza ministerialna ani się nie przejmowała, ani nadal nie przejmuje tym, że są dyscypliny (na myśl przychodzą w szczególności nauki ekonomiczne), którymi trzęsie kilka osób.

 

3. Nie jest przypadkiem, że ci, którzy recenzują najwięcej, to członkowie CK.  Przyjmując, że recenzent dostaje co najmniej 2 tysiące złotych za recenzję, nasz rekordzista zarobił ponad 60 tysięcy na recenzjach i, powiedzmy wprost, jest to suma niebagatelna. Dodając do tego recenzje doktorskie, przewodniczenie i uczestniczenie w postępowaniach, można bezpiecznie przyjąć, że mówimy o zarobkach znacznie ponad 100 tysięcy złotych. Starcza na przyzwoite wino.

 

Dodam, że w ciągu ostatnich kilku lat w postępowaniach habilitacyjnych widzę co chwila tego samego przewodniczącego, bardzo ważnego profesora w dyscyplinie. Mam zreszta wrażenie, że ten człowiek właściwie nic nie robi innego, tylko jeździ z posiedzenia na posiedzenie. I nie, nie sądzę, by chodziło tu o troskę o jakość postępowań, chodzi tylko o pieniądze. Żenujące? Tak, no ale przecież to państwo z CK go mianują, zapewne tak jak on dzielnie wyznacza tych, którzy na niego głosowali.

 

Wstyd umarł? Nie, jeszcze sie nie narodził.

 

Idzie jeszcze nowsze

Prof. Kulczycki opisuje najnowszy tryb habilitacji, który zacznie obowiązywać w przyszłym roku. Czas się nad nim pochylić.

 

1. W nowym nowym trybie pozostaje konieczność osiągnięcia znacznego wpływu na rozwój dyscypliny. A zatem polska nauka nadal będzie dyscypliny rozwijać, choć istnieje duże prawdopodobieństwo, że owe dyscypliny o tym wiedzieć nie będą. Zawsze mi się przypomina tu rozmowa przedszkolaków, w której jeden mówi, że ma już dziewczynę, ale ona jeszcze o tym nie wie.

 

 2. Okazuje się jednak, że ministerstwo nie pozwoli teraz tak sobie publikować –  trzeba będzie publikować na listach. I tu chciałem napisać. że to tylko pozornie to działanie projakościowe, bo jak to mówil Jeff Goldblum w Jurassic Park – life will find the way. Podobnie jak polska nauka znajdzie sposób, zeby listy przechytrzyć, a i jak odwalić rzadką perłę poza listami. Okazuje się, że już sama ustawa takie formy przechytrzenia sugeruje.

 

3. Trzeba będzie sie też wykazać działalnością naukową poza uczelnią. I aż żal mi się zrobiło badaczy, którzy będą musieli pojechać do kolegów za granicę. Nie wiadomo po co.

 

4. Rezygnujemy w naukometrii, może dlatego że i tak się nikt nią nie przejmował.

 

5. Humaniści będą mieli kolokwium. Nie do końca jest jasne, dlaczego akurat humanistów wyróżniono tym zaszczytem. Może dlatego, ze polska humanistyka w dużej mierze nie ma z kim rozmawiać, więc porozmawia sama z sobą. Przywrócenie kolokwium, jak napisał p. Kulczycki, to najgorsza i zupełnie niepotrzebna zmiana. Trudno się z tym nie zgodzić.

 

In recenzent we trust?

Już jakiś czas temu dostałem list, w którym mój korespondent opisuje swoje przygody habilitacyjne. Będę pisał o nich z czasem. Dzisiaj o tym, co przeczytałem o recenzentach. Oto (nieco zredagowany) fragment listu:

jedna z osób (profesor) miała wkład dużo mniejszy od mojego. Zasadniczo równy wkładowi postdoka z prowincjonalnego niemieckiego uniwerka. Czułem lekkie zażenowanie, że recenzuje mnie taka osoba.

 

Niejednokrotnie pisałem o recenzentach źle dobranych, niekompetentnych, ale chyba nigdy nie spojrzałem na to z punktu widzenia habilitanta. No i mamy tutaj taką perspektywę.

 

Muszę powiedzieć, że długo się zastanawiałem, co napisać. Instynktownie zgadzam się z habilitantem. Czy można traktować poważnie postępowanie, w którym ocenia nas osoba z dorobkiem, który budzi zażenowanie? Mam z tym problem. Jednak sprawy są przecież bardziej złożone. Nie chcę bowiem wyrzucić wszystkich ‚leśnych dziadków’, tylko dlatego, że uprawiali naukę w czasach, kiedy standardy dorobku były z innej planety.

 

Co z tym zrobić? Nie wiem. Znam profesorów, których dorobek przy dzisiejszych standardach jest żenujący. Jednak ja bym powieerzył im recenzowanie habilitacji. Z drugiej strony, myślę, że habilitant ma prawo mieć zaufanie do recenzenta i tego, że, na przykład, recenzent przekroczył barierę publikowania w dobrych międzynarodowych czasopismach. Habilitant nie powinien być zażenowany recezentem swego postępowania.

 

No i mamy pat.

 

Sed magis amica habilitacja

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że po raz trzeci nie uzyskał habilitacji dr Marek Migalski. Myślałem o tym i myślałem i wymyśliłem, że nie obędzie się bez wpisu na ten temat. Oto fakty. Dr Migalski chciał się habilitować na podstawie swojej najnowszej książki o budowaniu narodu. Recenzenci napisali trzy pozytywne recenzje, rada wydziału postanowiła postępowanie uwalić.

 

Zanim skomentuję, do faktów chciałbym dodać dwie rzeczy. Po pierwsze wypowiedzi w wątku na DNU. Powiedzmy sobie wprost, sylwetka habilitanta nie rysuje się w kolorach pięknie różowych, ani nie pachnie choćby nawet przemysławką. Po drugie chciałbym przytoczyć miażdżącą wręcz recenzję książki dr. Migalskiego z blogu prof. Jaskułowskiego pod znamiennym tytułem  Jak nie pisać o narodzie, w którym rozwiewa wątpliwości co do jakości dzieła habilitanta.

 

I właściwie wszystko fajnie, ale habilitacji nie nadaje się za sylwetkę, a bloger to nie recenzent. I ja chciałbym podkreślić, że dr Migalski dostał trzy pozytywne recenzje od profesorów politologii. I jeśli rada chciałaby odrzucić te recenzje, to niech to chociaż porządnie uzasadni. A gdy zaglądnąłem do uzasadnienia odmowy nadania stopnia, to mnie jasna krew zalała. Tam do cholery nie ma nic! I choć rada nie musi się kierować recenzjami, to jednak mogłaby być tak uprzejma, do cholery jasnej, i podzieliła się swymi wątpliwościami nt. dorobku habilitanta. Bo podważa również przez siebie wybranego recenzenta i członków komisji. 

 

Ale to nawet nie to zainspirowało mnie do stanięcia po stronie p. Migalskiego. Zainspirował mnie katon polskiej pedagogiki, pedagog nauki polskiej, prof. Śliwerski, który postanowił na swoim blogu zadać kluczowe wręcz pytanie: Po co habilitacja dr. Markowi Migalskiemu? Mój ulubiony pedagog pisze:

 

Niektórym nauczycielom akademickim wydaje się, że habilitacja jest za wszystko, tylko nie za osiągnięcia naukowe. Nie rozumieją i nie chcą przyjąć do swojej świadomości, że jeśli chcą być samodzielnymi pracownikami naukowymi, to muszą wykazać się koniecznymi kompetencjami metodologicznymi i merytorycznymi w przedłożonych do oceny osiągnięciach naukowych.

 

Ależ się tu politologowi wydaje, alęż on nie chce, i nie rozumie. Okazuje się, że prof. Śliwerski zna się też na politologii, ba, potrafi komentować postępowania pomimo tego, że jak przyznaje w komentarzach, nie zna recenzji Migalskiego! To jednak nie przeszkadza mu juz zdecydować, że on sie nie wykazał, nie rozumie itd. A mi się to naprawdę nie podoba!

 

Niestety, nie mogę odpowiedzieć pytanie Śliwerskiego tak, jak bym chciał. Bo ta odpowiedź zawierałaby słowo wulgarne. Odpowiem więc: nic Panu do tego, do cholery!

 

Nie znam p. Migalskiego osobiście, ale nie lubię go jako polityka. Mnie się nie podoba to, jak się zachowywał jako polityk, nie podoba mi się to, co robił. Ale mnie się nie podoba wiele osób i Migalski nie jest na górze listy, a oni jednak mają habilitację. Bo habilitacja nie jest nadawana za podobanie się. Habilitacja nie jest za sylwetkę, postawę moralno-polityczną, tudzież za ustępowanie miejsc w tramwaju. Nie wiem, czy Migalskiemu się należy habilitacja. O ile jednak pamiętam, większość recenzentów w 3 postępowaniach uważało, że tak. A skoro tak, to on powinien tę habilitację dostać. I powinien być oceniany dokładnie tak samo, jak inni politolodzy w Polsce. Potem, jak kto chce, może mu ręki nie podać.

 

Habilitacja hipoteczna

Przyszła poczta i przyniosła wieści dawno już skonsumowanej habilitacji i jednej recenzji (recensja nr 1) w tymże postępowaniu. Jako że recenzja wywołała we mnie dużą wesołość, postanowiłem o niej napisać.

 

Recenzent konkluduje w następujący sposób:

 

Najważniejsze uprawnienia uzyskiwane po nadaniu stopnia doktora habilitowanego polegają na możliwości oceny dorobku naukowego innych badaczy, kierowania własną grupą badawczą oraz samodzielnego kształcenia studentów. W żadnej z tych dziedzin dr Jarosław Wiącek dotąd nie wykazał się aktywnością pozwalającą na ocenę, czy posiada odpowiednie kwalifikacje do podjęcia tych czynności. Jego dorobek nie został dostrzeżony przez międzynarodową społeczność naukową, co nie daje mu mandatu do oceny dorobku innych. Nie kierował żadnym projektem finansowanym przez KBN, MNiSW, czy NCN, więc nie wiadomo, czy potrafi kierować zespołem badawczym. Nie wypromował żadnego magistranta i nie był opiekunem żadnego doktoranta, więc nie wiadomo, czy jest w stanie sprostać wysokim wymaganiom młodych badaczy i zapewnić im odpowiednie warunki do rozwoju naukowego. Niepokojący jest brak staży i współpracy zagranicznej. Prace przedstawione jako osiągnięcie nie są szczególnie nowatorskie i zawierają poważne błędy metodyczne.

 

I ktoś czytający tę recenzję pomyślałby: Co zrobił habilitant? Czy coś w ogóle zrobił? Może jednak zrobił coś, co wskazywałoby na to, że powinien uzyskac habilitację. Okazuje się, że nie za bardzo. I poza ‚sporą determinacją’ habilitant nie wykazał się niczym innym. A jednak, jak się okazuje, to wszystko wcale nie przeszkadza recenzentowi w konkluzji pozytywnej. Bowiem prof. Kuczyński, ludzkie chłopisko, ma serce po właściwej stronie. Pisze on bowiem:

 

Przyznam, że decyzja, którą musiałem podjąć była trudna i mam świadomość (liczę, że ma ją również Habilitant), że udzielam kredytu zaufania. Biorąc pod uwagę wszystkie argumenty przedstawione powyżej popieram wniosek doktora Jarosława Wiącka o nadanie mu stopnia doktora habilitowanego. Stwierdzam, że wniosek spełnia wymagania stawiane przez Ustawę o stopniach naukowych i tytule naukowym.



Recenzent udzielił habilitantowi kredytu zaufania, a habilitant dostał habilitację explicite na wyrost. To chyba pierwszy przypadek pozytywnej recenzji habilitacyjnej, w której recenzent proponuje nadać habilitantowi stopień za to, co habilitant dopiero zrobi.

 

Ale tu trzeba wyraźnie powiedzieć: ja osobiście serdecznie dziękuję prof. Kuczyńskiemu. Habilitacja za dorobek in spe to pomysł wręcz genialny. Można przecież zacząć nadawać habilitację wszystkim i za nic. Byle tylko zasługiwali na kredyt zaufania. Proponowałbym nawet nową nazwę: habilitacja hipoteczna!

 

Jednak nie tak chciałbym skończyć. Chcę się pochylić nad trudnością decyzji prof. Kuczyńskiego! Jakżeż musiała być trudna! A zatem chciałbym zapytać. Panie Profesorze, czy wszystko u Pana w porząsiu? Jak Pan sobie poradził z tą traumą? Trzymam Pana wirtualnie za rękę i obejmuję empatycznieprzesyłam recenzenckie całusy. Niech się Pan nie da. Niech ta decyzja, jakże dramatyczna, Pana nie zeżre od środka. Proszę być dzielnym! Proszę pamiętać, ja tylko Pana pomysł nazwałem – do historii za habilitację hipoteczną przejdzie Pan i tylko Pan!!

 

PS. Habilitację nadano. Mój korespondent pisze, że habilitant, dziwnym trafem, nie wywiązał się z kredytu zaufania. Nadal nie robi nic. Mi się nie chciało sprawdzać.

 

Diamentowe jaja

Zwrócono mi uwagę na recenzję w postępowaniu z nauk technicznych (recenzja 3). Przeczytałem, wkurzyłem się i postanowiłem napisać.

 

Oto kilka fragmentów, na które zwrócił mi uwagę mój korespondent:

Gdybym (…) ocenił negatywnie przedstawione osiągnięcia naukowe Kandydata – to z całą pewnością wywołałbym lawinę odwołań do CK (…).

Jestem odmiennego zdania, ale chcę uniknąć sporu.

Zresztą gdybym nawet zgłosił wniosek przeciwny, to powszechna wiara w fetysz ministerialnych punktów i słynnej Listy Filadelfijskiej spowodowałaby przegłosowanie mojego wniosku. Gdyby się to nie udało na Politechnice Wrocławskiej to z pewnością zadziałałby wypróbowany mechanizm uzyskania habilitacji na Uniwersytecie Technicznym w Ostrawie lub w innym czeskim lub słowackim gremium naukowym, które nie mają zwykle oporów przed nadawaniem stopni naukowych nawet w bardzo wątpliwych przypadkach.



I ja mam pytanie. Czy recenzent, prof. Tadeusiewicz, pańskie jaja sobie robi? A właściwie to jaja diamentowe! Pisze pozytywną recenzję, bo wie, że inni się nie zgodzą z negatywną? Po co więc pisać negatywną recenzję, skoro można uniknąć sporu od razu i nadać stopień? Szkoda nerw przecież!

 

I ja tu mam pewną propozycję. Może lepiej w ogóle zrezygnować z recenzji, tylko od razu nadawać stopień. Znaczy, gdy tyko habilitant (lub jego uczelnia) uiści stosowne opłaty (z czegoś trzeba honorarium recenzenckie zapłacić – z tego nie rezygnowałbym jednak), nadajemy stopień i unikamy:

  • konieczności napisania recenzji, która przecież może wywołać spór,
  • konieczności dyskusji, która przecież może się przerodzić w spór,
  • ogólnej konieczności denerwowania się, bo, jak wiadomo, nerwy szkodzą (wiadomo też, że złość piękności szkodzi).

 

Za każdym razem, gdy mam wrażenie, że polska nauka/habilitacja dotarła do dna, już takiego pełnoskalistego, okazuje się, że to jeszcze nie to. Że to nadal muł, a my spadamy dalej. I może wreszcie należy sobie powiedzieć jasno. Dna nie ma!