Po linii i na bazie

„Czasopismom i materiałom z konferencji przypisuje się dyscypliny naukowe”. Oto fragment nowej ustawy dopiero co przegłosowanej przez Sejm. Moim zdaniem, to jeden z najgłupszych i potencjalnie najbardziej szkodliwych zapisów nowej ustawy, z niewiadomych powodów nazywanych konstytucją dla na nauki. Dużo lepiej by ją nazwać kagańcem dla nauki. Na zdanie zwrócono mi uwagę na Twitterze.

 

O mojej opozycji wobec parametyzacji dyscyplin pisałem już wcześniej, zdania nie zmieniłem, co więcej, to zdanie jedynie wznacnia mnie w przekonaniu o szkodliwości tego pomysłu. Jest on częścią polskiej obsesji wobec wobec dyscyplin, szufladkowania tychże dyscyplin i wszystkiego innego, co się da zaszfludkować. Jest dla mnie dość oczywiste, że to trend przeciwny wobec tego, co można obserować na świecie, wbrew deklaracjom o umiędzynardowieniu nauki polskiej.  Oto kilka komentarzy.

 

1. Przede wszystkim martwi mnie to, kto i na jakich zasadach będzie przypisywał owe dyscypliny. Jeśli będzie sie to odbywać na podstawie baz danych (np. Scopusa), to warto pamiętać, że te opisy nigdy nie miały służyć preskryptywnym zapędom ‚włodarzy’ polskiej nauki. Jeśli, z kolei, będzie to robić jakaś ministerialna komisja, to ja się boję bać. Oczyma duszy wyobrażam sobie Politbiuro, tfu, Dyscybiuro ustające, jaką dyscyplinę reprezentuje np. „Science’. Proponuję nazwę: Dyscyplinarny Urząd Przyporządkowania Akademickiego.

 

2. To szufladkowanie najprawdopodobniej spowoduje to, że zamiast publikować w czasopismach, w których badacz chce publikować, będzie musiał publikować tam, gdzie ministerstwo mu każe. Dzisiaj trudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje takich zmian praktyk publikacyjnych, jednak nie sądzę, by były pożądane. 

 

3. Uważam, że zapis doprowadzi do zdławienia i tak ledwo dyszącej interdyscyplinarności w polskiej nauce. Ona się po prostu przestanie opłacać. I choć, powiedzmy, indywidualny filozof fizyki ma szansę się obronić swoimi ‚dziwnymi’ publikacjami, to już centra badawcze, które zajmują się ponaddyscyplinarnymi ‚tematami’, mogą mieć już problemy.

 

4. Dławienie interdyscyplinarności, moim zdaniem, będzie również polegało na tym, że badacze zaczną się zastanawiać, czy dana współpraca będzie im się opłacać. Weźmy sobie takiego ambitnego pedagogoa, który będzie chciał się zająć informowaniem dzieci o śmierci, ale lekarz, z którym współpracuje, uzna, że on chce publikować w dobrych czasopismach medycznych. Pedagog, załóżmy, że taki istnieje, jednak nie jest tym zainteresowany. Pedagogowi bowiem opłaci się bardziej  publikować w Pedagogice nowosądeckiej niż w hipotetycznym British Medical Journal!  Uprasza się o nieużywanie argumentu 20 procent.

 

5. Polska ustawa promuje mainstream. Nie warto ryzykować, innowacyjność nie sprzyja ministerialnej ocenie. Warto robić to samo, tak samo, całe życie. Niszowość badań, szczególnie  takich na granicah dyscyplin stanie się przekleństwem. Nowa ustawa to skalpel, którym ministerstwo wycina badania dyscyplinarnie  ‚niepokorne’. I na pohybel mu za to.

 

I teraz uwaga ogólna. Mnie szlag trafia, gdy słyszę o polskich dyscyplinach. Trafia mnie jeszcze bardziej, gdy minister chce kontrolować to, co robię i wskazywać, gdzie ppowienienem publikować, żeby się ‚liczyło’. Moim zdaniem sam ten zapis będzie miał konsekwencje, o któych jezcze filozofom się nie śniło. I warto zapamiętać datę uchwalenia nowej ustawy. Bowiem 3 lipca do nauki polskiej wprowadzono realny socjalizm. Aż żal, że żadna aktorka tego nie ogłosi.

 

 

Czkawka

Parę dni temu, pod wpisem z początku roku pojawił się komentarz na temat interdyscyplinarności polskich postępowań awansowych. A właściwie problemów z nią. Parę razy pisałem już na temat tego, że nauka polska nie radzi sobie z interdyscyplinarnością. Minimum kadrowe, fundament polskiej nauki, jak kotwica siedzi w dziedzinach i dyscyplinach i z pewnością jakaś tam magisterka czy doktorat, a i nawet habilitacja  nie naruszy tego.

 

Jednak warto zwrócić uwagę, że rozporządzenie ministra nie reguluje przynależnosci dyscyplinarnej członków komisji habilitacyjnych (w tym recenzentów). Dotyczy to również recenzentów rozpraw doktorskich. I rzeczywiście, jakiś czas temu omawialiśmy dość niezwykłe postepowanie z psychologii, w którym jednym z recenzentów był biolog (choć nie to stanowiło o niezwykłości postępowania). Niedawno pisałem o postępowaniu z kulturoznawstwa, w którym recenzentem był historyk.

 

Oczywiście, przynależność dyscyplinarna habilitacji nie ulega wątpliwości. Jak niedawno pisałem, recenzenci zarzucają habilitantom niewystarczające osadzenie w dyscyplinie, a przypadki recenzentów spoza dyscypliny (ba, jak w wypadku wspomnianego biologa, spoza dziedziny) są raczej rzadkością (choć być może w różnych dziedzinach wygląda to różnie).

 

Piszę o tym wszystkim, bo chcę zwrócić uwagę na kolejną niespójność przepisów. Nie ma sensu według mnie ‚uwalniać’ dyscyplinarnie recenzentów (co w sobie jest sensowne), ale oczekiwać od nich, by recenzowali habilitację z danej dyscypliny, a w szczególności odpowiadali na pytanie o wkład habilitanta w rozwój dyscypliny. Dyscypliny, podkreślmy, której taki recenzent nie zna i nie musi znać. Nie można przecież oczekiwać od biologa, by wypowiadał się na temat wkładu habilitanta w rozwój psychologii. Biolog oczywiście może się sensownie wypowiedzieć na temat tego, co, powiedzmy, napisał np. neuropsycholog, nie sądzę jednak, by był w stanie wypowiedzieć się na temat tego, jak sytuuje się taka praca w psychologii. Bo i skąd miałby to wiedzieć?

 

Po raz kolejny według mnie odbija się czkawką ów nieszczęsny wkład w dyscyplinę, którego ani nikt nie mierzy, ani nikt specjalnie nie ocenia. No ale nauka nauką, ale pamiętajmy o priorytetach. Minimum ponad wszystko!

 

 

Minimum ponad wszystko!

Parę dodatkowych słów na temat proponowanych zmian w ustawie o stopniach. Słów, które są kolejną powtórką tego, co napisałem już na tym blogu kilkukrotnie. Otóż dr Kulczycki, w linkowanym parę dni temu przeze mnie poście, wspomina, że w przeciwieństwie do doktoratów, nadal nie przewiduje się interdyscyplinarnych habilitacji. Jest to dla mnie niezrozumiałe – no przecież nie ma sensu myśleć, że interdyscyplinarni doktorzy będą gremialnie nudzić się swą interdyscyplianrnością. Brak konsekwencji ustawodawcy jest uderzający.

 

Jednak można argumentować, że skoro w wypadku habilitacji nie ma wymogu, by recenzenci mieli konkretną przynależność dyscyplinarną, nie ma przeszkód, by były habilitacje interdyscyplinarne. Problemy jednak są dwa. Po pierwsze, habilitant musi określić nie tylko dziedzinę, ale również dyscyplinę, w której zamierza się habilitować. Po drugie, praktyka recenzencka wskazuje, że przynależność dyscyplinarna jest dla recenzentów ważna i przypominam sobie habilitacje, które padły ze względu na to, że recenzenci uznali, że to nie ta dyscyplina.

 

Powstaje więc pytanie. Czy wymóg dyscyplinarności habilitacji przynosi jakiekolwiek korzyści? Myślę o tym i myślę i nie znajduję żadnych. Potrafię wymyślić wady szufladek dyscyplinarnych – choćby ograniczenia tematów badawczych, ograniczenia w rozwoju naukowym, czy w zainteresowaniach badawczych (potencjalnych) habilitantów. Zalet nadal nie widzę. To skąd, ziewam, ten nacisk na przynależność dyscyplinarną? Ano, oczywiście, interdyscyplinarna habilitacja nie pozwoliłaby na proste i jasne zakwalifikowanie doktora habilitowanego do konkretnego minimum kadrowego. A to przecież jest największy priorytet nauki polskiej.

Podziały

Zanim zacznę podsumowania, chcę odpowiedzieć na pytanie spryciurki, która zapytała mnie, czy coś bym zmienił w ujęciu tematu. Rozumiem to jako pytanie o to, czy nie lepiej byłoby zrobić coś, co nie napotka problemów. Zanim odpowiem, zastrzegam się, że odpowiadam z punktu widzenia kogoś, komu się udało. Jak bym odpowiedział, gdybym poległ, nie wiem.

 

Odpowiedź, jak się można pewnie spodziewać, jest negatywna. Czy zmieniłbym? Nie, nie zmieniłbym!  Nadal uważam, że napisałem rzeczy ciekawe, z ciekawym ujęciem tematów. Nie, nie zmieniłbym tego. Mówiąc pryncypialnie: uważam, że ja mam prawo robić naukę, jak mi się podoba. I jeśli ona jest akceptowana przez ‚srodowisko międzynardowe’, a zatem przez recenzentów, to kwestionowanie tego w czasie postępowania habilitacyjnego, nie ma najmniejszego sensu.

 

Według mnie to kwestia absolutnie podstawowa. Recenzenci nie są od tego, żeby wyznaczać granice dyscyplin. Warto sobie to powtórzyć – podział na dziedziny i dyscypliny (jak to już chyba napisał dala.tata) jest opisem tego, co robią uczeni. Z dyskrypcji my w Polsce zrobiliśmy preskrypcję, a to jest kompletne pomieszanie z poplątaniem. Nie ja się mam wpasowywać w ministerialny podział. Powinno być dokładnie odwrotnie – jeśli podział nie obejmuje moich badań, to znaczy, że trzeba zmienić podział! Wydawałoby mi się, że profesorowie powinni takie rzeczy wiedzieć.

 

Wpis jedynie słuszny

Ostatnie dyskusje coraz wyrażniej rysują wizję habilitacji, którą mam od jakiegoś czasu. Otóż coraz częściej myślę o habilitcji jako o formie quasi-polityki naukowej, w której (sposób zupełnie niekontrolowany) tworzy się kształt dyscyplin naukowych i nauki. Obraz habilitacji, który się wyłania na podstawie przeprowadzonych postepowań i dyskusji, jest następujący.

 

Po pierwsze recenzenci decydują nie tylko o tym, jaki dorobek należy mieć w celach habilitacyjnych, ale również jaką karierę. Zupełnie na początku mieliśmy do czynienia z habilitantem, który miał ‚prawidłową’ karierę, ostatnio kilkukrotnie kramka zgłaszała niekonwencjonalność swej kariery, rozmawialiśmy też tu o tym, kto jest ‚czyj’. Po drugie, recenzenci wedle uznania (podejrzewam, że jednak bez gruntownej refleksji nad konsekwencjami) decydują o granicach dyscypliny, uznając, że są badania, które do dyscypliny pasują, a są takie, które nie pasują. Takie działania to oczywiście, mniej lub bardziej strategiczne, kształtowanie tego, jak w Polsce wygląda dyscyplina naukowa oraz tak kluczowe jej elementy, jakie badania można (warto, da się)  w jej ramach robić. Decyzje recenzentów nakręcają obraz dyscypliny przez nich akceptowany. Z tego wynika, po trzecie, przynajmniej w jakimś stopniu odrzucenie badań interdyscyplinarnych. Podnoszona przeze mnie czystośc dyscyplinarna habilitanta to obraz nauki, która mieści się w szufladkach. Te działania recenzentów wspierane są rzecz jasna przez działania prawodawców, którzy silnie sytuują habilitację w ramach dyscyplinarnych (mało jest wyjątków, gdzie postępowania przekraczają je).

 

Po czwarte i ostatnie, brak  jakiejkolwiek kontroli jakości, powoduje wielką niespójność ‚jakościową’ dorobków habilitacyjnych (kliniczny wręcz przypadek nauk o zdrowiu). Jest to obraz nauki, w której ‚anything goes’, a podstawy do planowania habilitacji praktycznie nie istnieją. Wszystko zależy do widzimisię recenzyjnego, choć trzeba przyznać, że nadal wygląda na to, że dobry dorobek (szczególnie jeśli wygodnie siedzący w ‚mainstreamie’ dyscyplinarnym) jest w dużym stopniu gwarancją powodzenia habilitacyjnego.

 

Obraz habilitacji to obraz nieskoordynowanego i myślę, że w dużym stopniu bezrefleksyjnego, wpływu na obraz dyscyplin i praktyki nich zawarte. Każda recenzja, czy recenzent chce czy nie, czy zdaję sobie sprawę czy nie, rzeźbi dycyplinę naukową. Niestety, mam wrażenie, że recenzenci w dużym stopniu rzeźbią dyscyplinę na wzór własnych, jedynie słusznych, poglądów. Nasza habilitacja, a przez to i nauka jest (raczej) konwerwatywna, zamknięta. Piszę te słowa zdając sobie sprawę, że występują różnice dyscyplinarne i że opieram się na swoich wrażeniach. Jednak kierunek ‚diagnozy’ wydaje się mi (jedynie) słuszny.

 

Dziwak Goldacre

Na forum rozpoczęła się dyskusja na temat monotematyczności – mam nadzieję, że potrwa. Podobnie jak dwóch dyskutantów nie widzę zalet monotematyczności. Nie widzę w monotematyczności nic, co wskazywałoby, że habilitant ma większy czy mniejszy wpływ na rozwój dyscypliny (cokolwiek miałoby to znaczyć). W praktyce rzecz jasna kwestie są do pewnego stopnia pozorne. Szczególnie w naukach eksperymentalnych trudno o skakanie z tematu na temat w kolejnych artykułach. Jednak zakłądając, że to jest możliwe, dlaczego by nie? Dlaczego, powiedzmy, 5-7 artykułów w czołowych czasopismach na jeden temat jest lepsze od 5-7 artykułów na kilka tematów? Nie rozumiem tego zupełnie, poza oczywiście faktem, że kiedyś trzeba było pisać książki, a teraz już nie trzeba i zastąpiliśmy ksiązki cyklem monotematycznym, bo jednak ‚książka to książka, jak kiedyś usłyszałem. Uwielbiam tautologie – zawsze przygważdzają mocą argumentu.

 

Druga rzecz, do której wracam na blogu, to przynależność dyscyplinarna wspomniana przez spryciurkę. Nie rozumiem, skąd ta waga przypisywana szufladkowaniu (poza okolicznościami pozaintelektualnymi takimi jak minimum kadrowe). Czy dorobek kandydata stanie się gorszy przez to, że kwalifikujemy go jako X, a nie Y? Czy publikacja w czołowym piśmie nagle staje się publikacją w poślednim piśmie? I na odwrót, czy publikacja byle gdzie nagle staje się mistrzostwem świata? Rozumiem oczywiście, że są różne standardy w dyscyplinach, ale od tego przecież są recenzenci, żeby ocenić dorobek habilitanta w konitekście jego specjalności czy tematyki badań. Oni dokonują oceny – co za różnica, jak zakwalifikujemy dany artykuł? Mnie zresztą interdyscyplinarność moich badań martwi, o czym pisałem już parę razy. A recenzent, który twierdzi, że nie zaliczy do dorobku części publikacji habilitanta, bo ‚się liczy dorobek w dyscyplinie’ przeraża mnie!

 

Rozumiem oczywiście, że ustawa wymaga określenia wpływu na rozwój dyscypliny. Jednej. Z taką ustawą musimy żyć. Jednak warto pamiętać, że świat jest dużo bardziej interdyscyplinarny niż nasze ustawy. Na świecie robi się badania, w których ścisłowcy współpracują z humanistami. Niedawno wydana książka Bena Goldacre’a ‚Bad Pharma’, choć popularnonaukowa, świetnie pokazuje badania na pograniczu medycyny, farmakologii i socjologii. Z jakiej to dyscypliny miałby się habilitować Goldacre, który z zawodu jest lekarzem, na dodatek psychiatrą,  filozofem i neuronaukowcem?  To sztywne trzymanie się dyscyplin jest przeżytkiem z epoki w nauce, która już dawno przestała istnieć!

 

I jeszcze na koniec w sprawie trwającej dyskusji na temat habilitacji. Cieszę się z niej bardzo. Problem w niej dla mnie jest taki, że krytykować obecnie istniejącą habilitację jest bardzo łatwo. Sam to robię na tym blogu. Dużo trudniejsze jest wypracowanie nowych zasad awansu podoktorskiego. Zniesienie habilitacji można zrobić z dnia na dzień. Wypracowanie rzetelnych procedur takiego awansu zajmie wiele miesięcy, a wprowadzenie w życie, kilka lat. I to o nich  zdecydowanie warto zacząć dyskutować!

 

Maski

Kolega interdyscyplinarny, o którym tu parę razy wspominałem, poprosił mnie wczoraj o moje dokumenty, szczególnie, rzecz jasna, autorererat. Oczywiście chętnie mu je dam, choćby po to, żeby natchnęły go do napisania inaczej. W każdym razie w podobnie jak ja chce ukrywać interdyscyplinarność. Po prostu  w autoreferacie będzie ‚czysty dyscyplinarnie’, żadnych wątpliwości, żadnych trudności, wszystko jasne, piękne i monodyscplinarne. Ja sam, pomimo wczesnych wpisów o interdyscyplinarności z otwartą przyłbicą, napisałem autoreferat, w którym interdyscyplinarność jest ukryta, schowana za zasłoną dymną dyscplinarnych oczywistości. Stwierdziłem, że ryzyko ‚otwartej przyłbicy’ jest zbyt duże. Lepsza jest maska.

 

Swoją drogą, od czasu do czasu wracam do mojego procesu decyzyjnego. Nie mam pojęcia, czy dobrze napisałem wszystko. Trudno nawet określić, czym miało być owo ‚dobrze’. Nawiasem mówiąc zmęczenie materiału spowodowało, że ostatnie dni przed wysłaniem wniosku stały pod znakiem robienia na odpieprz sie. Miałem wszystkiego dość.

Interdyscyplinarność raz jeszcze

Po rozmowach bliżej jestem jeszcze jednej decyzji. Otóż skłaniam się ku traktowaniu mej interdyscyplinarności w autoreferacie z otwartą przyłbicą. Bez ściemniania. Ostateczna decyzja zostanie, rzecz jasna, podjęta w dniu wysłania autoreferatu do CK, jednak takie jest moje obecne myślenie na ten temat.

 

To myślenie nie wynika jednak z potrzeby uczciwości, mniej czy bardziej strategicznej, czy też innej naukowej rycerskości. Idzie raczej o to, że jeśli rzeczywiście w komisji będą sensowni ludzie, to nie będę obrażał ich inteligencji (tanią) ściemą, którą oni przejrzą jeśli nie natychmiast, to dość szybko. Nie chcę, żeby myśleli o mnie w takich kategoriach.

Interdyscyplinarność

Myśląc coraz intensywniej nad swym dorobkiem, doszedłem do jego interdyscyplinarności. Nie żebym miał wątpliwości wobec dyscypliny, z której chciałbym się habilitować, jednak sprawy oczywiste nie są. Piszę na pograniczu i to, jak napisałem w na początku blogowania, na pograniczu dyscyplin z różnych dziedzin. Niestety, problemów tu jest wiele.

 

Pierwszy problem to oczywiście kolejne rozporządzenie, w którym to minister uznaje za stosowne ustalić, jakie są dyscypliny i dziedziny naukowe. Na stronach CK jest wykaz stary. Warto porównać, choćby dlatego, żeby się zastanowić, czy rzeczywiście coś się na świecie zmieniło przez to, że powołano w Polsce do istnienia dziedzinę nauk społecznych czy o kulturze fizycznej. Zadaję sobie pytanie, kto na świecie się przejął tym rozporządzeniem, poza habiltantami, rzecz jasna (oraz instytucjami mającymi uprawnienia habilitacyjne, do których wczoraj Jan i Ewa się liczyli, a od dzisiaj nie). Czy rzeczywiście zmieniła się natura badań socjologicznych tylo dlatego, że minister Kudrycka przeniosła socjologię z nauk humanistycznych do społecznych.

 

Drugi problem to oczywiście recenzenci. Załóżmy bowiem, że jest trzech recenzentów, którzy robią badania podobne do moich, mają rozeznanie w literaturze, w problemach itd. Są idealni. Ale okazuje się, że mają oni habiltację z tej drugiej dyscypliny….i co? I zawieszamy zdrowy rozsądek: nie powołujemy ich na recenzentów, ale  powołujemy innych. Co prawda, mogą się nie do końca znać, ale najważnijesze jest przyporządkowanie habiltacyjne. Rozporządzenie ustala, do jakiej dziedziny i dyscypliny należą.

 

I tu, chciałoby się po cichu, powiem coś strasznego i straszliwego, wręcz podważającego naukę polską. Otóż zdarzyło mi się recenzować doktorat. Wiem, wiem, mnie się też włos jeży, przecież ja nie jestem samodzielny! Jednak to było za granicą i nikt o tym nie wiedział. I teraz tak: doktorat był w departamecie X (gdzie X jest dyscypliną naukową), ja z kolei siedzę między dyscyplinami Y i Z,  o czym śpiesznie doniosłem, gdzie trzeba. Byłem przekonany, że z pogardą na mnie popatrzą wszyscy. Gdzie tam, ja, jakiś tam Ygrekowiec doktorat Xowca recenzować! Niestety, nie udało się. Straszność dominowała – otóż okazało się, że to ja się najbardziej znam na tym, co zrobił doktorant. I nie było zmiłuj się! Zrecenzowałem, ale od razu mówię, że z dużymi wyrzutami sumienia!

 

Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy się przyznać do tej abominacji w autoreferacie. I chyba się nie przyznam (choćby dlatego, że tu o tym napisałem).

 

Trzeci problem, to właśnie zdrowy rozsądek. Jakiż to wielki plan galaktyczny by się zawalił, gdyby habilitację recenzowali ludzie, którzy sie na pewno znają na tym, co robię? Ja, co prawda, jestem umiarkowanie optymistyczny co do możliwości znalezienia recenzentów, co się znają, ale pewne to w żaden sposób nie jest. I wkurza mnie to. Na świecie badania interdyscypinarne to norma. Dorobki i prace są recenzowane jakoś – lepiej, czy gorzej, różnie pewnie bywa, ale przynajmniej nie trzeba się martwić o to, do jakiej kto jest dyscypliny przypisany. Bo co za różnica?!